Nie pisałam, bo pisałam

 

Rok 1950. W marcu Związek Radziecki poinformował świat, że ma bombę atomową, w czerwcu wybuchła wojna koreańska. W Polsce panuje Bierut, nadal trwają walki z „bandami podziemia”, coraz więcej jest procesów politycznych, wprowadzono nakaz pracy, plan 6-letni, wymianę pieniędzy i zakaz posiadania złota i dewiz. Ministerstwo Rolnictwa ogłosiło, że samoloty amerykańskie zrzuciły przy polskiej granicy stonkę ziemniaczaną, która rozpełzła się po całym kraju.

Rok 1951. Na poligonie w Nevadzie przeprowadzono pierwsze próbne wybuchy jądrowe. Ethel i Julius Rosenbergowie zostali skazani na śmierć za przekazanie Związkowi Radzieckiemu tajemnic dotyczących broni atomowej i dwa lata później straceni w więzieniu Sing Sing. W Warszawie odsłonięto pomnik Feliksa Dzierżyńskiego. Wyrokami dożywocia zakończył się pokazowy proces generałów Stanisława Tatara, Jerzego Kirchmayera, Stefana Mossora i Franciszka Hermana, oskarżonych o szpiegostwo na podstawie sfingowanych dowodów. Wydaje się, że Stalin będzie żył wiecznie.

W takim właśnie świecie muszą sobie radzić cztery kobiety: Olga, Elżbieta, Klementyna i Eleonora. Każda z nich ma inną historię, inne marzenia i plany, inny sposób na przetrwanie. Łączą je wspólnie spędzone ostatnie przedwojenne wakacje oraz mężczyzna, który jest synem jednej z nich, mężem drugiej, kochankiem trzeciej i młodzieńczą miłością czwartej. Ale nie będzie lekko i romansowo.

Książka ukaże się w pierwszej połowie przyszłego roku w wydawnictwie Znak. Jeszcze nie wiem pod jakim tytułem. Pierwotnie miał on brzmieć „Pamiętasz tamto lato?”, wołałabym jednak „A w drodze będzie zimno”. Pożyjemy, zobaczymy 🙂

Dawno niczego nie napisałam na stronie, teraz więc duży fragment tej nowej książki.

***

OLGA

„Przemawiacie tak, jakbyście byli szefem wielkiego mocarstwa, a jesteście przywódcą słabej partii i słabego kraju, który my wyzwoliliśmy”.
(Józef Stalin w rozmowie z Władysławem Gomułką w 1945 roku)

Do pokoju o przybrudzonych ścianach, z wiszącą wysoko pod sufitem gołą żarówką, z taboretem dla więźnia, prostokątnym stołem i twardym krzesłem dla przesłuchującego, wpadł promień słońca.
„Wolni i niewolnicy. Dwa światy oddzielone tak ściśle, jak jasność i ciemność. Więzienie. Jedno z tych słów, które rzadko się słyszy i nad którymi człowiek się nie zastanawia. Nigdy nie wypełniłam go treścią, nawet gdy przed wojną przeczytałam, że w Berezie jedynym wyposażeniem celi było wiadro na nieczystości, ani gdy Maszka mi opowiadała, jak w więzieniu w Charkowie czekiści próbowali wiarę w nowy ustrój zaszczepić jej siłą i trzymali jej ręce we wrzątku, aż spod skóry wyszło krwawiące mięso”.
Za obitym metalową siatką oknem kołysały się liście klonu. Patrząc na nie, zapomniała na chwilę o tym, że więzienie to stanie godzinami twarzą do ściany, żeby człowiek poczuł się samotny, słaby i opuszczony, popychanie i bicie kluczami w drodze na przesłuchanie, spanie na betonie, w zaduchu, ciasnocie. Niegasnące światło raniące oczy. Obnażona fizjologia – jedzenie, trawienie i wypróżnianie się na oczach wszystkich. Pchły i wszy.
Szelest papierów ustał. Oficer śledczy podniósł głowę znad kartki. Był całkiem inny niż przysadzisty prostak, który przesłuchiwał ją wcześniej. Miał inteligentne ciemne oczy, szczupłą twarz, podgolone po żołniersku, lekko siwiejące na skroniach włosy. I jeszcze ani raz jej nie uderzył.
Od początku starała się sobie wyobrazić, że więzienie, a szczególnie pokój przesłuchań, to teatr. Musiała odegrać swoją rolę, od tego nie było ucieczki, lecz sposób gry zależał od niej. Dziś udało się jej przykuć uwagę śledczego do tego stopnia, że kilka razy się zapomniał i powiedział do niej „pani”.
– Przyznajesz się, że napisałaś ten list, to dlaczego zaprzeczasz, że szkalujesz w nim państwo polskie i rozpowszechniasz fałszywe wiadomości dotyczące naszej sytuacji społeczno-gospodarczej? Chyba sama widzisz, że to nielogiczne.
– Tak, napisałam ten list, ale każde słowo jest prawdą.
– Przyznaj się po dobroci. Dostaniesz pół roku obozu pracy i wrócisz do domu. – Wziął kartkę ze stołu i zaczął czytać. – „Kraków, szósty sierpnia tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego pierwszego. Wniosek o rozpoznanie sprawy przed Komisją Specjalną. W dniu trzeciego sierpnia bieżącego roku przez Wojewódzki Urząd Bezpieczeństwa w Krakowie została aresztowana objęta niniejszym wnioskiem Olga Mężyńska, z domu Zacharenko, pochodzenie społeczne: arystokracja, podejrzana o rozpowszechnianie wrogiej propagandy. W toku przeprowadzonego śledztwa ustalono, że Olga Mężyńska, będąc wrogo ustosunkowana do obecnego ustroju państwa polskiego, chciała nawiązać korespondencyjne kontakty z osobą przebywającą za granicą, w kraju kapitalistycznym, Klementyną Zabierzeską, obywatelką polską zamieszkałą od tysiąc dziewięćset czterdziestego roku w Londynie, i napisała do niej list, w którym podała fałszywe wiadomości dotyczące sytuacji społeczno-gospodarczej w Polsce Ludowej. Poza tym w fałszywym świetle przedstawiła swoje warunki materialne i stosunki panujące w Polsce Ludowej i w ZSRR. Jak wynika z zeznań podejrzanej Olgi Mężyńskiej, jej wrogość do obecnego ustroju Polski Ludowej wynika z jej pochodzenia społecznego i wychowania (urodzona w tysiąc osiemset osiemdziesiątym roku w Petersburgu, obecnie Leningrad, jako córka księcia Aleksandra Nikołajewicza Zacharenki i hrabianki Marii Konstancji Struś) oraz z systematycznego słuchania wrogich audycji radiowych z państw kapitalistycznych. W wyżej przytoczony sposób podejrzana ułatwiła wrogim ośrodkom zagranicznym szerzenie propagandy wojennej wśród społeczeństwa polskiego, wyrządzając przez to szkodę interesom Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Za okoliczności łagodzące w niniejszej sprawie należy uznać niekaralność oskarżonej oraz jej szczere przyznanie się w toku śledztwa do zarzucanych jej czynów”.
Odłożył kartkę na stół.
– Podpiszesz protokół z przyznaniem się do winy, sąd cię szybko osądzi i dostaniesz najwyżej pół roku obozu pracy, tyle co nic.
Olga przypomniała sobie radę towarzyszki z celi: „Niech się pani przyznaje tylko do tego, czego w żaden sposób nie może się pani wyprzeć”.
– Jestem niewinna.
– Niewinne to może być nowo narodzone dziecko, a i to zależy, z jakich rodziców. No już, podpisuj, mam ważniejsze rzeczy na głowie niż ta twoja sprawa.
Wiedziała, że nie wolno jej przeciągać struny. Mógł ją tu zatłuc jak psa, gdyby tylko przyszła mu ochota. Nie było żadnych świadków, nawet protokolanta.
– Napisałam list do Klementyny Zabierzeskiej, nie przeczę, podałam przecież na kopercie swoje prawdziwe nazwisko i adres. Słuchałam Londynu i Free Europe, ale to wszystko po to, żeby dowiedzieć się czegoś o synu. Mówiłam panu, że Teofil w czterdziestym roku uciekł przez zieloną granicę do polskiej armii we Francji i od tamtej pory nie dał znaku życia. Od Klementyny dowiedziałam się, że dotarł na Bliski Wschód.
– To znaczy ona pisała do ciebie z Londynu?
– Tak. Napisała do mnie raz, zaraz po wojnie, w sierpniu albo we wrześniu czterdziestego piątego roku.
– Tego listu nie ma w zabezpieczonym materiale dowodowym.
– Gdy jesienią czterdziestego szóstego roku wyrzucono mnie z domu, mogłam zabrać tylko trochę rzeczy. Wszystkie listy zostały we dworze, a potem je spalono.
Oficer sięgnął do leżących na stole papierów.
– „Charakterystyka podejrzanej Olgi Mężyńskiej” – przeczytał na głos. – „Sporządził…” Mniejsza o nazwisko. „Wyżej wymieniona jest »białą« Rosjanką. Urodziła się w Leningradzie. Matka, Polka, wcześnie ją odumarła. W rozmowach indywidualnych nieraz mówiła, że pochodzi od księcia Ruryka, że do jej rodziny należało pół Ukrainy i że poznała swojego przyszłego męża, Jana Mężyńskiego, na ślubie cara Mikołaja. W tych samych rozmowach wychwalała carat i Polskę sanacyjną, do której przyjechała z mężem w tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym ósmym albo dziewiątym roku (pytani na okoliczność podają różne daty). Jej córka, mając osiemnaście lat, umarła na hiszpankę. Mąż poległ w dwudziestym roku w bitwie warszawskiej. Także ten fakt był dla niej powodem do poniżania Związku Radzieckiego. Syn Teofil na początku tysiąc dziewięćset czterdziestego roku uciekł do Francji, do reakcyjnej armii generała Sikorskiego. Po parcelacji majątku Olszynka w rozmowach indywidualnych starała się wpoić mieszkańcom przekonanie, że parcelacja była bezprawna, a także wpoić nienawiść do Polski Ludowej i innych krajów demokracji ludowej. Ponieważ majątek był resztówką o powierzchni czterdziestu dwóch hektarów, mogła pozostać na jego terenie. We dworze urządzono magazyn i mieszka w dawnym domu stajennego przy częściowo rozebranych stajniach. W rozmowach indywidualnych wychwala Amerykę i inne kraje kapitalistyczne, a także prawdopodobnie utrzymuje z nimi kontakt, znając język angielski, niemiecki i francuski. Paczek z zagranicy nie otrzymuje. Nie należy do żadnej organizacji społecznej ani nie przejawia żadnej działalności”.
Oficer milczał chwilę.
– Tylko ode mnie zależy, czy przekażę tę charakterystykę dalej – powiedział. – Już ona sama jest gotowym aktem oskarżenia.
– Aktem oskarżenia władz, które odebrały mi dom i ziemię, choć reformie rolnej podlegały majątki mające co najmniej pięćdziesiąt hektarów?
– Rozumiem, że wszystko się zgadza?
– Moje rodzinne miasto nazywało się Petersburg, a w tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym ósmym roku, gdy przyjechałam z mężem do Olszynki, nie było ani sanacyjnej Polski, ani żadnej innej. Poza tym nie mam zwyczaju nikogo wychwalać ani poniżać. I na pewno nie chwaliłam się księciem Rurykiem. Jestem słaba z historii średniowiecznej.
– Dość tych żartów! – Oficer uderzył pięścią w stół.
Olga drgnęła. Rozgniewać go to było najgłupsze, co mogła zrobić.
– Ja nie żartuję, tylko się bronię – powiedziała cicho. – Przecież pan wie, że mam siedemdziesiąt jeden lat i w obozie nie przetrwam nawet miesiąca.
Żałowała, że nie ma na podorędziu łez. Nawet gdy robiła sceny zazdrości Jasiowi, nie potrafiła się rozpłakać, choć wiedziała, jaki był czuły na kobiece łzy.
– A więc słuchała pani zagranicznych stacji i napisała list tylko po to, żeby zdobyć wiadomości o synu? – spytał śledczy po długiej chwili.
– Tak.
– A ta ulotka o treści antypaństwowej? – Oficer wyjął z teczki wiersz napisany na maszynie na burej przebitce.

Kochajmy Rosję – rozkaz dla Polaków,
Bo jej zawdzięczamy niezniszczony Kraków
I takiż Lublin, w nim rząd nasz kochany
Wolą narodu na Kremlu wybrany.
Gdyby nie Rosja, całe nasze dzieje
Inne by zgoła przybrały koleje.
Ona wytycza nam kontury
Politycznego bytu i kultury.
Wszystko, co wielkie i co dla nas święte,
Wszak dzięki Rosji zostało poczęte.
Bez Rosji czyżby nam przeszło przez głowę
Zaśpiewać nasze hymny narodowe:
„Z dymem pożarów”, „Jeszcze nie zginęła”
Lub „Warszawiankę”? Bo to Rosji dzieła.
W Rosji się rodzą, bądźmy z sobą szczerzy,
Nasi wieszczowie, nasi bohaterzy.
Gdyby nie Rosja, czym byłby Kościuszko
Lub książę Józef? Spasibo, Matuszko!
No i ksiądz Marek, i Anhelli
Czy by bez Rosji kiedyś zasłynęli?
I przyznaj, gdyby nie Rosji chęć mocna i szczera,
Czy miałabyś, Polsko, swojego Grottgera?
Wreszcie Piłsudski, Wyspiański,
Karmieni piersią siostrzycy słowiańskiej.
Przecież tylokrotnie w tym życiowym wirze
Moskwa nam dała gościnę w Sybirze.
Gdzie się obrócisz, w którą spojrzysz stronę,
Wszędzie masz figury w Rosji ulepione.
I dziś mamy tej przyjaźni próbki,
Ślą nam Bieruty, Gomułki, Osóbki!
I czyż to już nie jest wprost szczytem wszystkiego,
Że nam na marszałka dano Żymierskiego?
Iluż podobnych Rosja nam daje,
Oczy łzami zachodzą, dech w piersi ustaje.
I czyż cię zachwyt, Polaku, nie bierze,
Widząc ducha Moskwy w naszym Pepeerze?
Rosja nam stworzy armię, co wystrzeli
Do tych faszystów Andersa, którzy by chcieli
Przekroczyć te nasze granice,
Gdzie płyną bogactwa wielkie krynice.
Taka rzeczywistość tylko dla nas, chłopy!
Kochajmy Rosję, liżmy Rosji stopy!!!

Olga, ile razy czytała ten wiersz, tyle razy śmiała się w głos. Nie spaliła go właśnie dlatego, że zawarta w nim ironia była odtrutką na absurd otaczającego ją świata.
– Pierwszy raz go widzę – powiedziała.
– Znaleziono go podczas rewizji.
– Nie wiem, czy to zaznaczono w protokole, ale ja nigdy nie zamykam drzwi na klucz. Włamano się do mnie dwukrotnie i żeby ocalić to, co z nich zostało, przestałam je zamykać. Każdy może wejść i podrzucić mi, co chce.
– Zgłosiłaś włamanie?
– Za pierwszym razem. Powiedziano mi wtedy, że takie osoby jak ja nie zasługują na ochronę ludowej milicji.
– Nie lubią cię we wsi – raczej stwierdził, niż spytał oficer. Wziął do ręki kilka kartek w kratkę i w linie, wyrwanych z zeszytu. – „Kupiła w gminnym sklepie papierosy Mocne i powiedziała, że ich nazwa pochodzi od słów »Moskwa okrada całą naszą Europę«”.
– To kłamstwo. Nie palę i nie kupuję papierosów.
– „Wyraża się wrogo w stosunku do obecnej rzeczywistości. W końcu miesiąca maja bieżącego roku opowiedziała taki kawał: Trzej mali chłopcy się przechwalają. Jeden mówi: Mój tatuś przyjechał z Ameryki i przywiózł mamie srebrnego lisa. Drugi mówi: Mój przyjechał z Anglii i przywiózł czarnego lisa. Trzeci na to: A mój ojciec przyjechał z Rosji i przywiózł mamie syfilisa. Nadmieniam, że mówiła to w formie złośliwej do ZSRR”.
– Nie lubię wulgarnych dowcipów.
– Nawet jeśli to dowcipy na temat Rosji?
– Przecież to moja ojczyzna.
Spojrzała mu w oczy i w nagłym przebłysku zrozumiała, że on z jakiegoś powodu jest jej ciekaw i że grzeszyła pychą, myśląc, że styl tego przesłuchania, innego niż wszystkie dotychczasowe, zawdzięcza własnej przemyślności.
– No to niech mi pani powie, co myśli o swojej ojczyźnie.
„Pani”! Postanowiła zaryzykować i odrzekła szczerze:
Strana rabow, strana gospod.
– Ojczyzna niewolników, ojczyzna panów… To słowa Lermontowa, nie twoje.
– Czyta pan… – Urwała. Jego poprzednik kilka razy boleśnie jej uświadomił, kto tu jest od zadawania pytań.
Uśmiech błysnął w jego oczach.
Lisz w legkom czełnokie iskusstwa ot skuki mira upływiosz.
– To Błok, prawda? – Nie mogła sobie przypomnieć tytułu. O czym był ten wiersz? Coś o smutku, florenckim skwarze w porze sjesty, cichym kościele, mdlejących w upale kwiatach…
Spojrzała na liście klonu za oknem. Tam było lato, dzieci grały w piłkę, ludzie chodzili po ulicach, jakby ich nie dotyczyła ani polityka, ani historia…
„Tylko w lekkiej łódeczce sztuki umkniesz od nudy świata”. Czemu zacytował wiersz, który Błok napisał we Włoszech na długo przed rewolucją? Chciał jej dać jakiś znak? Może głos Lorci, który usłyszała w pierwszy dzień po aresztowaniu, nie był urojeniem? Może…
– No to porozmawialiśmy sobie o poezji, a teraz powiedz coś własnymi słowami.
Z trudem oderwała wzrok od liści za oknem.
– Czasem myślę, że Rosja jest jak trojka.
– Trojka? Masz na myśli Stalina, Lenina i Marksa?
– Zwykłą trojkę zaprzężoną do sań. Na obrazach wspaniałe rumaki galopują przez bezkresną równinę, malowniczo odginając łby. Prawdziwe są tam tylko rosyjskie przestrzenie, śnieg i bujne końskie grzywy. Kto choć raz widział trojkę, wie, że zaletą tych wiackich koników nie jest uroda, tylko wytrzymałość. Na płótnie nie widać bólu ani strachu, których musiały zaznać, by się nauczyć tak zgodnie mknąć przez śniegi: żeby środkowy kłusował, a boczne galopowały: ten po lewej zawsze z prawej nogi, drugi zawsze z lewej…
– Do czego zmierzasz? Nie mam całego dnia – przerwał jej śledczy.
– Do tego, że Rosja inaczej wygląda z daleka, inaczej z bliska. Z daleka może wydawać się piękna, z bliska jest brutalna.
– Pozostaje się cieszyć, że odeszła w przeszłość i że Związek Radziecki nie ma z nią nic wspólnego.
„Wszystko jest jak dawniej – pomyślała Olga. – Tylko sto razy gorzej”.

Zaszufladkowano do kategorii Blog | 1 komentarz

Leonardo i jego Dama

 

„Ten obraz przez Leonarda d’Avinci malowany ma być portretem kochanki Franciszka I, króla francuskiego. Zwali ją La Belle Ferronière, miała być żoną kupca trzymającego sklep żelazny. Inni twierdzą, że mąż jej był patronem. Umizgi króla i pędzel Leonarda są zaletą tego obrazu. Osoba wydaje się być młodą, szczupłą i delikatną. Ubiór jej bardzo skromny. Trzyma zwierzątko do kuny podobne. Obraz ten dany do Domu Gotyckiego przez księcia Adama Czartoryskiego”, napisała księżna Izabela Czartoryska w katalogu swoich zbiorów.


Dom Gotycki, romantyczny pawilon otwarty w 1809 roku, to druga po Świątyni Sybilli budowla mająca pomieścić puławskie zbiory muzealne. Świątynia Sybilli była królewskim panteonem Polaków, Dom Gotycki – panteonem cesarzy, królów i książąt europejskich.
„Ten domek stanie na ustroniu, w głębi dzikiej promenady. Zbuduje się go z rozmaitych szczątków, jakie tu pozbierałam. Mam je stąd: po Kazimierzach, Zygmuntach, Zamoyskich, gzymsy, orły, odrzwia itd.”, pisała księżna Izabela do syna, Adama.

Hasło na jednej ze ścian głosiło: „Oby odtąd zwycięstwa nasze zatrzeć mogły pamięć klęsk doznanych”, frontowa ściana otrzymała imię Kazimierza Wielkiego i wmurowano w nią płaskorzeźbę orła zdjętą z zamku w Łobzowie. Była też ściana Długosza, ściana Kościuszki, ściana Żółkiewskiego. „Dom Gotycki, który zawiera pamiątki zagraniczne, zdawał mi się czczy i mało znaczący, póki nie umieściłam w nim jakiegoś wspomnienia mojej ojczyzny”.

Na piętrze, w Pokoju Zielonym, urządzono galerię malarstwa. Na honorowym miejscu wisiały portrety rodzinne Czartoryskich, dalej podobizny królów, wodzów, poetów, a także „mozaika florencka z wyobrażeniem Zwiastowania Najśw. Panny”, „gałązka cyprysu urwanego na grobie sławnej Inez de Castro w Coimbrze”, „portret Husa, wyrabiany z gliny wziętej z miejsca, na którym był spalony” i w końcu dzieło Leonarda.
Izabela Czartoryska nie była szczególną miłośniczką malarstwa, a ze starych mistrzów najbardziej ceniła Rafaela: „Rzadki geniusz, imaginacja obfita, wybór zawsze szczęśliwy, słodycz, przyjemność, doskonałość we wszystkich szczegółach”. Poza tym w ocenie zbiorów motyw patriotyczny górował nad innymi: „Przywiązanie, które mam do mojej ojczyzny, jest uczuciem niepospolitym i, mogę śmiało dodać, nieograniczonym. (…) Ojczyzno, nie mogłam cię obronić, niech cię przynajmniej uwiecznię”.
To wszystko sprawiło, że Dama z gronostajem nie była perłą w koronie, lecz takim samym eksponatem, jak relikwie Heloizy i Abelarda, krzesło Szekspira, kaftan łosiowy Cromwella czy chorągwie hiszpańskie z bitwy pod Lepanto.

Dziś Dama z gronostajem jest uważna za najcenniejszy obraz w polskich zbiorach.
W grudniu 2016 roku stała się własnością państwa, czyli nas wszystkich,  i od 18 maja można ją odwiedzać w Gmachu Głównym Muzeum Narodowego w Krakowie przy alei 3 Maja.

Byłam w gronie witających Damę krakowian. Nie przyszłam ani na koncert muzyki barokowej, ani na wino, ani po to, żeby sobie zrobić selfie na tle kopii, tylko żeby znowu ją zobaczyć. W ten wyjątkowy wieczór pozwolono ją fotografować.


Każdy kto oglądał film Vinci, wie, że portret jest namalowany na desce orzechowej i że jest nieduży: 54,7 na 40,3 cm (ale i tak nie mieści się w studzience kanalizacyjnej). Wie także, ile wąsów ma gronostaj i że kobieta na portrecie to Cecylia Gallerani, kochanka księcia Mediolanu Lodovica Sforzy.


Kiedy się na niego patrzy, czuje się w nim prawdę i moc.


No i jak miło popatrzeć na piękną kobietę, która ma drobne usta, a nie wypchany silikonem kaczy dziób.

(Cytaty pochodzą z książki Zdzisława Żygulskiego Dzieje zbiorów puławskich, Kraków 2009).

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

Wesołych Świąt!

 

 

Wesołych Świąt Wielkanocnych!
Zdrowia, radości, optymizmu, czasu dla bliskich i dla siebie oraz na podziwianie piękna świata

 

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

Wiosna! Gramy w zielone

 

Wojciech Młynarski, Jeszcze w zielone gramy

Przez kolejne grudnie, maje
Człowiek goni jak szalony,
A za nami pozostaje
Sto okazji przegapionych.
Ktoś wytyka nam co chwilę,
W mróz czy w upał, w zimie, w lecie,
Szans niedostrzeżonych tyle
I ktoś rację ma, lecz przecież

Jeszcze w zielone gramy, jeszcze nie umieramy,
Jeszcze któregoś rana odbijemy się od ściany,
Jeszcze wiosenne deszcze obudzą ruń zieloną,
Jeszcze zimowe śmiecie na ogniskach wiosny spłoną.
Jeszcze w zielone gramy, jeszcze wzrok nam się pali,
Jeszcze się nam pokłonią ci, co palcem wygrażali,
My możemy być w kłopocie, ale na rozpaczy dnie
Jeszcze nie, długo nie.

Więc nie martwmy się, bo w końcu
Nie nam jednym się nie klei,
Ważne, by choć raz w miesiącu
Mieć dyktando u nadziei,
Żeby w serca kajeciku
Po literkach zanotować
I powtarzać sobie cicho
Takie prościuteńkie słowa:

Jeszcze w zielone gramy, jeszcze nie umieramy,
Jeszcze się spełnią nasze piękne dni, marzenia, plany,
Tylko nie ulegajmy przedwczesnym niepokojom,
Bądźmy jak stare wróble, które stracha się nie boją.
Jeszcze w zielone gramy, choć skroń niejedna siwa,
Jeszcze sól będzie mądra, a oliwa sprawiedliwa,
Różne drogi nas prowadzą, lecz ta, która w przepaść mknie,
Jeszcze nie, długo nie.

Jeszcze w zielone gramy, chęć życia nam nie zbrzydła,
Jeszcze na strychu każdy klei połamane skrzydła
I myśli sobie Ikar, co nie raz już w dół runął,
„Jakby powiało zdrowo, tobym jeszcze raz pofrunął”.
Jeszcze w zielone gramy, choć życie nam doskwiera,
Gramy w nim swoje role, naturszczycy bez suflera,
W najróżniejszych sztukach gramy, lecz w tej, co się skończy źle,
Jeszcze nie, długo nie!

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

11.45 i 22.50

 

Dopiero dziś się dowiedziałam, że Radio Kraków nadaje każdy odcinek Bądź przy mnie dwa razy: o 11.45 i o 22.50.

Słuchałam dziś – głos Pawła Sanakiewicza na dobranoc to jest to. Szkoda, że tak krótko 🙂

 

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

„Bądź przy mnie” w Radiu Kraków

 

Jestem szczęśliwa, że mogę to napisać:

od 6 do 17 marca w Radiu Kraków Paweł Sanakiewicz będzie czytał fragmenty Bądź przy mnie.

Bardzo się cieszę, że redakcja wybrała właśnie moją książkę, i zapraszam do słuchania przez dwa tygodnie, od poniedziałku do piątku o 11.45.

Uwielbiam słuchowiska i gdy tylko mogę, słucham także książek czytanych w radiu. Nigdy nie zapomnę powieści w wydaniu dźwiękowym w Trójce – Egipcjanina Sinuhe, Przeminęło z wiatrem, Dziwnych losów Jane Eyre, powieści Vicki Baum, w wykonaniu fantastycznych aktorów. I jeszcze Ireny Kwiatkowskiej czytającej najpierw Trędowatą, a potem Na ustach grzechu. I oczywiście Teatrzyku Zielone Oko. Gdy słyszałam te skrzypiące drzwi, kroki i krzyk w czołówce, ciarki chodziły mi po plecach.

Sama nie wiem dlaczego, ale wolę, jeśli lektorem jest mężczyzna, i bardzo się cieszę, że Radio Kraków wybrało pana Sanakiewicza. On ma taki przystojny głos! To fantastyczne, że udzielił go Joachimowi. Jeśli ktoś zna audiobook Tylko dzięki miłości, wie, o czym mówię, bo partie Zuzanny czyta w nim Anna Dymna, a w postać Joachima wcielił się właśnie Paweł Sanakiewicz.

Pani Katarzyna Fortuna zaprosiła mnie do jutrzejszej audycji Koło Kultury. To oczywiście Radio Kraków, między 21 a 23. Na pewno będziemy rozmawiały o tej czytanej w radiu powieści.

Radio Kraków, wydawnictwo JAK z Krakowa, krakowska autorka i Różany, których akcja w dużej części rozgrywa się w Krakowie. Monotonne? Ale jakie miłe!

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

Międzynarodowy Dzień Języka Ojczystego

 

Kochany Języku Polski!
W dniu Twojego święta życzę Ci zdrowia, szacunku i miłości ludzi oraz dalszego wspaniałego rozwoju.
Gdyby nie Ty, o ileż uboższe byłoby moje życie! Muszę Ci wyznać, że Cię uwielbiam i podziwiam z całego serca. Kto tak jak Ty potrafi pogodzić dżinsy ze szmizetką, media z kukuruźnikiem, miglanca z ziomalem!

Czy wiesz, że jesteś dla mnie jak wspaniały dom z ogrodem? W tym domu jest salon, gdzie używa się tylko pięknych słów, gabinet, w którym się pisze uczonym językiem, sypialnia, gdzie wymyśla się nowe słowa, bo – wybacz, że Ci to wypominam przy Twoim święcie – w pewnych dziedzinach jesteś skromniej rozwinięty, kuchnia, w której czasem zetrze się na tarce palec albo uderzy tłuczkiem nie tam, gdzie trzeba, i słychać „do diabła!” albo nawet „cholera jasna!”, i w końcu strych, na którym leżą słowa zapomniane, przykryte kurzem, które czasem się znajduje, podnosi do światła, zachwyca się i zabiera, żeby się nimi cieszyć.
A w ogrodzie na grządkach kiełkują słowa nowe, starannie dobrane i pielęgnowane, takie jak „zwolnienie monitorowane” i „podomka”, w kątach zaś bujnie się krzewią rozmaite slangi, języki zawodowe i wulgaryzmy, nic sobie nierobiące z ogrodnika, który próbuje je przycinać albo nawet trzebić.

Choć na Uniwersytecie uczono mnie czegoś innego, głęboko wierzę, że jesteś nam dany przez Boga. Ludzie nie umieliby stworzyć czegoś tak naturalnie pięknego – takich słów, jak heca, kredens, ancymonek, szadź. Lubię je i mam zamiar przekazać je wnukom.

Jestem redaktorką, ale nie z tych bezlitosnych, które przycinają Cię do literackiej nijakości. Lubię długie zdania, czas zaprzeszły, rzadkie słowa i niecodzienne skojarzenia. Zgadzam się na powtórzenia, choć Ty trudno je znosisz. Oboje przecież wiemy, że czasem są niezbędne, prawda? Lubię także słowa nowe i sekretne języki domowe. Pamiętasz „hecny kolor”, „z chętnością” i „weź się w garść”, które należą do tajemnego języka mojego domu?

Kocham Cię za o z kreską, erzet i żet, za wszystkie znaki diakrytyczne, i przepraszam, że gdy piszę SMS, to z lenistwa ich nie używam. Od razu przychodzi mi na myśl niezbyt cenzuralne powiedzenie profesora Bralczyka, że to jednak różnica zrobić komuś łaskę albo zrobić mu laskę.

No właśnie, wulgaryzmy. Serdecznie Ci życzę, żeby ludzie częściej mówili: „ale heca!”, „ojejku!”, „do diaska!”, nawet „do stu tysięcy fur beczek!”. Czasem gdy jadę tramwajem, myślę, że współczesne babcie powinny kultywować stary zwyczaj szorowania mydłem języka wnucząt, którym wypsnęło się brzydkie słowo. Ja tak kiedyś będę robić, obiecuję.

Sztywny mi wyszedł ten list, ale przecież wiesz, że to z szacunku, jakim Cię darzę. Tak często mnie onieśmielasz! Słucham Cię i z zachwytu zapiera mi dech. Dziękuję Ci za to, że jesteś!

Z szacunkiem, podziwem i miłością
B.Z.

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

Dziewczynka w kapuście

 

Jeśli ktoś po przeczytaniu tytułu westchnął z ulgą: „Nareszcie, po jakichś plackach i zupie z dyni, coś konkretnego”, to muszę go rozczarować. Znów będzie o malarstwie.
Do malarstwa naprawdę można się przekonać. Moja córka, gdy miała jakieś sześć lat i pojechałyśmy do Wiednia, codziennie rano prosiła: „Tylko żadnego muzeum obrazowego, dobrze?”. Później poszła na historię sztuki.

Malarstwo węgierskie. Czy komuś coś to mówi? Mnie do niedawna nie mówiło nic. Dlatego gdy dostałam zaproszenie na wernisaż wystawy „Złoty wiek malarstwa węgierskiego (1836–1936)”, pobiegałam w te pędy.

Sto lat malarstwa – od XIX-wiecznego przebudzenia narodowego Węgrów do XX-wiecznego modernizmu, od akademickiego malarstwa portretowego do awangardowych płócien. Historia sztuki w pigułce: realiści i romantycy, symboliści i impresjoniści, fowiści i konstruktywiści, wychowankowie szkoły monachijskiej i paryskiej Académie Julian.

János Vaszary, Dziewczynka w ogrodzie warzywnym (1893)

János Vaszary (1867–1939) należał do najznakomitszego ugrupowania okresu międzywojnia – założonego w 1924 roku Nowego Towarzystwa Artystów Sztuk Pięknych, uznawanego za węgierski odpowiednik École de Paris.
Zachwycił mnie ten obraz. Niezwykła kolorystyka, niezwykła dziewczynka o chudziutkich rękach, drobnej kibici i oczach dojrzałej kobiety.

Miklós Barabás, Ferenc Liszt (1847)

Miklós Barabás (1810–1898), nazwany w katalogu wystawy „artystą-mieszczaninem”, wzięty portrecista, który prowadził szczegółowy spis swoich prac, zamówień i dochodów, uwiecznił na obrazach wielkich ludzi swojej epoki. „Był pierwszym węgierskim artystą, któremu wyłącznie dzięki działalności artystycznej udało się osiągnąć zacny mieszczański dobrobyt”.
Długo stałam przed portretem Liszta, myśląc: „Wspaniały”. Wspaniały portret, wspaniały muzyk, wspaniały węgierski strój, wspaniały instrument.
„Instrument niczym pokonany przeciwnik, muzyk jak zwycięski wódz. Czysto i jasno ukazany fortepian nie stanowi w tej kompozycji prostego elementu sceny rodzajowej, ale wręcz równy jest artyście. Na tym obrazie muzyka jest bronią, w dodatku bronią w walce staczanej za kulturę narodową, muzyk zaś jest tej walki wybitnym mistrzem. Nie słyszymy utworów kompozytora, ale tak jak widzimy artystę, tak czujemy siłę muzyki. Portret Liszta pędzla Barabása jest szczególnie udanym i wybitnym dziełem dlatego, że przedstawia takiego Ferenca Liszta, jakiego słyszymy w jego kompozycjach – ukazuje jednocześnie wielkiego muzyka i wielkiego Węgra”, nieco patetycznie, ale ładnie napisał w katalogu Gábor Bellák.

Miklós Barabás, Hrabia István Széchenyi (1848)

Hrabia Széchenyi, niezwykle bogaty i wpływowy polityk, wielka postać węgierskiego odrodzenia narodowego, był nie tylko mężem stanu, ale i przedsiębiorcą, autorem książek ekonomicznych, a przede wszystkim jednym z założycieli i mecenasów Węgierskiej Akademii Nauk.

Antal Ligeti, Krajobraz regionu Bodrogköz (1870)

Program narodowy w sztuce – to brzmi znajomo dla polskiego ucha. Miklós Barabás portretował wielkich Węgrów, inni, na przykład Antal Ligeti (1823–1890), uwieczniali węgierskie krajobrazy.

Jenö Jendrassik, Wdowa (1891)

W XIX wieku węgierskie malarstwo historyczne osiągnęło szczyt swego rozwoju. Tak jak Polacy walczyli z zaborcami, tak Węgrzy buntowali się przeciw panowaniu Habsburgów, a w malarstwie mieli swojego Matejkę i swojego Grottgera.

Viktor Madarász, Péter Zrínyi i Ferenc Frangepán w więzieniu w Wiener Neustadt (1864)

Viktor Madarász (1830–1917) przedstawił pożegnanie Petara Zrinskiego i Ferenca Frankopana, straconych w 1671 roku za udział w antyhabsburskim spisku. Przodkiem Zrinskiego, pochodzącego ze znakomitego rodu bana Chorwacji, był Nikola Šubić Zrinski, wsławiony obroną Szigetvaru obleganego przez Sulejmana Wspaniałego, potomkiem zaś książę siedmiogrodzki Franciszek II Rakoczy, jeden z węgierskich bohaterów narodowych.

Pál Vágó, Uchodźcy (1882)

Dziewiętnastowiecznym wynalazkiem była panorama, dzięki której widz mógł doświadczyć iluzji uczestnictwa w wydarzeniach historycznych. W 1896 roku pokazano w Budapeszcie namalowaną przez Jana Stykę i Wojciecha Kossaka Panoramę Racławicką. Stykę witał wtedy Pál Vágó (1853–1928), który później był w grupie malarzy tworzących pod kierunkiem Styki Panoramę Siedmiogrodzką, mającą 120 metrów obwodu i ukazującą jedną z bitew podczas walk niepodległościowych w 1849 roku. Głównym jednak tematem twórczości Pála Vágó był krajobraz Niziny Węgierskiej i jej mieszkańcy.

Lajos Deák-Ébner, Droga z dzikimi malwami (ok. 1880)

Lubię malarstwo pejzażowe, bo często nawiązuje do Arkadii, opiera się na nastroju, ma dawać ukojenie. „W pejzażu intymnym nic nie zakłóca spokoju obserwatora: ukazuje on przyjazne oblicze natury, światło jest równomierne, nie ma żadnych skrajnych zjawisk naturalnych, brak też motywów odwołujących się do historii” (Gábor Bellák).
Dla Lajosa Deáka-Ébnera (1850–1934), mistrza pejzażu intymnego, inspiracją był impresjonizm, a jednocześnie malarz wiernie oddawał rzeczywistość.
W przedstawieniach drogi kryje się jakiś czar. Może jest to obietnica tego, co zobaczymy za zakrętem?

Mihály Munkácsy, Pejzaż z aleją i budynkiem (ok. 1882)

„Horyzont dostosowany do punktu widzenia obserwatora, nieciekawe z perspektywy narodowego romantyzmu tematy: drzewa, lasy, polany, moczary, zagrody, potrzeba oddania naturalnych kolorów i wpływu światła, w końcu zaś malowanie na wolnym powietrzu i pomijanie przygotowań w pracowni – to znaki gruntownie nowego podejścia, które poprzedziło pojawienie się realizmu, naturalizmu i impresjonizmu” (Gábor Bellák).
Jednym z pierwszych reprezentantów tego nowego stylu był Mihály Munkácsy (1844–1900).
Urocza, choć uporządkowana i przemyślana kompozycja, drzewa tworzące niemal scenę, droga tajemniczo ginąca za zakrętem, wspaniałe światło. Taki obraz chętnie powiesiłabym sobie na ścianie.

Sándor Bortnyik, Czerwona butelka (1923)

No i na koniec awangarda. Sándor Bortnyik (1893–1976) tworzył dzieła o tematyce rewolucyjnej (stąd czerwień w tytułach – Czerwony maj, Czerwona lokomotywa), potem był konstruktywistą, Vaszary zaś połączył zainteresowanie fowizmem (syntetyczny rysunek graniczący z deformacją, ostre, kontrastowe kolory, często niemające związku z przedstawianymi motywami) z tworzeniem miejskich pejzaży.

János Vaszary, Promenada I (1934)
Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

Wspaniałych widoków!

 

Rondo Grunwaldzkie jest okropnym miejscem, pełnym aut, autobusów, spalin i wiecznych korków. Ma jednak zaletę: piękny widok na Wisłę, Wawel, Skałkę i Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha.


Od razu powiem, że nie lubię sztuki japońskiej. Nie rozumiem jej, wydaje mi się obca, sztuczna, nadmiernie skonwencjonalizowana. Ale gdy przeczytałam tytuł najnowszej wystawy „Kachō-ga. Obrazy kwiatów i ptaków w sztuce Japonii i Zachodu”, nie mogłam nie pójść do Mangghi.

„Nie mogę się doczekać kwiatów i wiosny i wyobrażam sobie już moje szaleństwa, jak cały pokój będzie pełny woni i barw zielska, zieloności, chwastów”, pisał Wyspiański do Rydla w styczniu 1896 roku. Jego Zielnik jest cudem, a na namalowane przez niego róże, bratki i nasturcje w kościele Franciszkanów mogę patrzeć godzinami. Na wystawie Wyspiańskiego jest niestety mało, ale to – obok słabego oświetlenia – jedyna jej wada.

Stanisław Wyspiański, Łabędzie
Stanisław Wyspiański, projekt poręczy z liśćmi kasztanowca i kwiatami lilii

Po raz pierwszy zobaczyłam prace Josepha Langera (1865–1918) i jego studia roślin i ptaków mnie urzekły. Niektóre wyglądają jak precyzyjne i wierne ilustracje botaniczne, nie dzieła malarskie.

Joseph Langer, Studia tulipanów
Joseph Langer, Studium liści gardenii
Joseph Langer, Chryzantemy indyjskie

Jest oczywiście Chełmoński, jest Stanisławski, Wyczółkowski, Sichulski.

Józef Chełmoński, Dropie
Jan Stanisławski, Dziewanna
Jan Stanisławski, Kwitnące maki
Leon Wyczółkowski, Mieczyki
Kazimierz Sichulski, Nasturcje

Jednak przede wszystkim jest Wojciech Weiss. Zachwycający! Od razu widzę moje grządki z nasturcjami, czuję szorstkość łodyg pomidorów i ich gorzki zapach.

Wojciech Weiss, Studium liści
Wojciech Weiss, Grządka. Nasturcje
Wojciech Weiss, Łodygi pomidorów

Można podpatrywać pracę malarza. Każdy lubi zaglądać do kuchni.

Wojciech Weiss, Studium żaby
Wojciech Weiss, Studium żab
Wojciech Weiss, Żaby w zaroślach

Widać także jak na dłoni inspiracje, nie tylko secesyjne.

Katarzyna Makieła-Organisty, Bukiecik maków i miska

I choć malarstwo Wschodu do mnie nie przemawia, zachwyciło mnie kilka przedstawień ptaków.

Ohara Koson, Biała czapla
Ohara Koson, Nurkująca kaczka krzyżówka

Na wystawie są także ornaty, witraże, naczynia, tkaniny, albumy z projektami wzorów na kimona.


„Uwierz mi, że niejednokrotnie więcej znajdziesz w lasach niż w księgach. Drzewa i kamienie pouczą cię o tym, czego nie usłyszysz od mistrzów”, napisał święty Bernard z Clairvaux. Kontemplację Stwórcy można zaczynać od kontemplacji najdrobniejszych stworzeń.

Na progu nowego roku życzę wszystkim pięknych widoków, także widoków na przyszłość, i czasu na podziwianie natury.

PS Wystawa została przedłużona do 22 stycznia 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

Krakowskie szopki

W Krakowie pierwszym zwiastunem świąt jest konkurs szopek odbywający się w pierwszy czwartek grudnia pod pomnikiem Mickiewicza. To stara tradycja, zapoczątkowana w 1937 roku.

Kiedyś szopkarzami byli głównie murarze, bezrobotni od pierwszych mrozów, gdy przerywano prace budowlane. Małe szopki sprzedawali na Rynku, z dużymi – przenośnymi teatrzykami lalkowymi – chodzili po kolędzie. Z początku były to zwykłe pudełkowe sceny ze strzechą i ruchomymi lalkami do odgrywania jasełek. Potem zaczęto w nich wykorzystywać elementy krakowskiej architektury i tak narodziła się szopka krakowska: skomplikowana budowla z wieżami wzorowanymi na wieżach kościoła Mariackiego, katedry na Wawelu lub Ratusza.

Na wieżach powiewają biało-czerwone i krakowskie biało-niebieskie flagi, zdobi je Orzeł Biały i herb Krakowa (w polu błękitnym czerwony mur z trzema basztami, a w prześwicie bramy ukoronowany Orzeł biały).

W szopce, obok Świętej Rodziny, osła i wołu, Trzech Królów i pasterzy, pojawiają się bohaterowie krakowskich legend – Lajkonik, Smok Wawelski, Trębacz, a także znane postacie historyczne i współczesne – w tym roku, w 74. Konkursie Szopek Krakowskich, najpopularniejszy był chyba papież Franciszek.


Szopkarze – amatorzy i zawodowcy, dzieci i dorośli – przychodzą od rana pod Adasia i na stopniach pomnika ustawiają swoje szopki. Wcześniej komisja konkursowa je rejestruje i każdej nadaje numer. W południe przy dźwiękach hejnału korowód szopkarzy, prowadzony przez krakowiaka z kolędniczą gwiazdą, niesie szopki do Krzysztoforów, gdzie trzy dni później, w niedzielę, jury przyznaje nagrody, a potem szopki są prezentowane na wystawie w Muzeum Historycznym (do 26 lutego 2017).

W tym roku padało i tylko kilku straceńców postawiło swoje szopki na stopniach pomnika.


Twórcy ze swoimi szopkami oraz publiczność skupili się pod Sukiennicami.

Komisja osłonięta namiotem przepytywała twórców i musieli się spowiadać z wyborów architektonicznych i wszystkich innych.
– O, mamy tu nawet smoka! – mówi komisja.
– To smoczyca – poprawia młoda artystka.
– A po czym to można odróżnić? – pyta komisja, która nie uważała na lekcjach biologii.
– Ma pomalowane pazury.

Niektóre motywy były całkiem nowe.


Ale królowały tradycyjne, choć opracowywane na różne sposoby.


Od kilku lat szopki zdobią wystawy sklepów, księgarni, restauracji, banków w Rynku. W tym roku wielką szopkę ustawiono także koło Barbakanu, na placu Marii Magdaleny, na placu Szczepańskim, na Plantach koło Fortepianu Chopina – fontanny według projektu Marii Jaremy.

Franciszkanie kultywują tradycję żywej szopki, zapoczątkowaną w 1223 roku przez świętego Franciszka z Asyżu, który w Greccio ustawił w grocie żłób z sianem obok żywych zwierząt, by unaocznić, w jakich warunkach na świat przyszło Dzieciątko.
Już po raz dwudziesty na Plantach koło Bazyliki Franciszkańskiej w Wigilię przed pasterką i w święta będzie można kolędować, obejrzeć jasełka i zobaczyć Świętą Rodzinę jak żywą oraz osiołka, owce, kozy i lamy. Pamiętam oczy mojej córki, gdy przed laty głaskała żywe zwierzęta w tej szopce, pamiętam także stary harcerski zwyczaj palenia ogniska na Pasterniku po pasterce u Świętego Szczepana i dzielenia się jabłkami z miodem. Piękne czasy!
Pozdrawiam serdecznie Harnasi, a wszystkim odwiedzającym ten blog życzę wesołych Świąt.

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz