Leonardo i jego Dama

 

„Ten obraz przez Leonarda d’Avinci malowany ma być portretem kochanki Franciszka I, króla francuskiego. Zwali ją La Belle Ferronière, miała być żoną kupca trzymającego sklep żelazny. Inni twierdzą, że mąż jej był patronem. Umizgi króla i pędzel Leonarda są zaletą tego obrazu. Osoba wydaje się być młodą, szczupłą i delikatną. Ubiór jej bardzo skromny. Trzyma zwierzątko do kuny podobne. Obraz ten dany do Domu Gotyckiego przez księcia Adama Czartoryskiego”, napisała księżna Izabela Czartoryska w katalogu swoich zbiorów.


Dom Gotycki, romantyczny pawilon otwarty w 1809 roku, to druga po Świątyni Sybilli budowla mająca pomieścić puławskie zbiory muzealne. Świątynia Sybilli była królewskim panteonem Polaków, Dom Gotycki – panteonem cesarzy, królów i książąt europejskich.
„Ten domek stanie na ustroniu, w głębi dzikiej promenady. Zbuduje się go z rozmaitych szczątków, jakie tu pozbierałam. Mam je stąd: po Kazimierzach, Zygmuntach, Zamoyskich, gzymsy, orły, odrzwia itd.”, pisała księżna Izabela do syna, Adama.

Hasło na jednej ze ścian głosiło: „Oby odtąd zwycięstwa nasze zatrzeć mogły pamięć klęsk doznanych”, frontowa ściana otrzymała imię Kazimierza Wielkiego i wmurowano w nią płaskorzeźbę orła zdjętą z zamku w Łobzowie. Była też ściana Długosza, ściana Kościuszki, ściana Żółkiewskiego. „Dom Gotycki, który zawiera pamiątki zagraniczne, zdawał mi się czczy i mało znaczący, póki nie umieściłam w nim jakiegoś wspomnienia mojej ojczyzny”.

Na piętrze, w Pokoju Zielonym, urządzono galerię malarstwa. Na honorowym miejscu wisiały portrety rodzinne Czartoryskich, dalej podobizny królów, wodzów, poetów, a także „mozaika florencka z wyobrażeniem Zwiastowania Najśw. Panny”, „gałązka cyprysu urwanego na grobie sławnej Inez de Castro w Coimbrze”, „portret Husa, wyrabiany z gliny wziętej z miejsca, na którym był spalony” i w końcu dzieło Leonarda.
Izabela Czartoryska nie była szczególną miłośniczką malarstwa, a ze starych mistrzów najbardziej ceniła Rafaela: „Rzadki geniusz, imaginacja obfita, wybór zawsze szczęśliwy, słodycz, przyjemność, doskonałość we wszystkich szczegółach”. Poza tym w ocenie zbiorów motyw patriotyczny górował nad innymi: „Przywiązanie, które mam do mojej ojczyzny, jest uczuciem niepospolitym i, mogę śmiało dodać, nieograniczonym. (…) Ojczyzno, nie mogłam cię obronić, niech cię przynajmniej uwiecznię”.
To wszystko sprawiło, że Dama z gronostajem nie była perłą w koronie, lecz takim samym eksponatem, jak relikwie Heloizy i Abelarda, krzesło Szekspira, kaftan łosiowy Cromwella czy chorągwie hiszpańskie z bitwy pod Lepanto.

Dziś Dama z gronostajem jest uważna za najcenniejszy obraz w polskich zbiorach.
W grudniu 2016 roku stała się własnością państwa, czyli nas wszystkich,  i od 18 maja można ją odwiedzać w Gmachu Głównym Muzeum Narodowego w Krakowie przy alei 3 Maja.

Byłam w gronie witających Damę krakowian. Nie przyszłam ani na koncert muzyki barokowej, ani na wino, ani po to, żeby sobie zrobić selfie na tle kopii, tylko żeby znowu ją zobaczyć. W ten wyjątkowy wieczór pozwolono ją fotografować.


Każdy kto oglądał film Vinci, wie, że portret jest namalowany na desce orzechowej i że jest nieduży: 54,7 na 40,3 cm (ale i tak nie mieści się w studzience kanalizacyjnej). Wie także, ile wąsów ma gronostaj i że kobieta na portrecie to Cecylia Gallerani, kochanka księcia Mediolanu Lodovica Sforzy.


Kiedy się na niego patrzy, czuje się w nim prawdę i moc.


No i jak miło popatrzeć na piękną kobietę, która ma drobne usta, a nie wypchany silikonem kaczy dziób.

(Cytaty pochodzą z książki Zdzisława Żygulskiego Dzieje zbiorów puławskich, Kraków 2009).

Opublikowano Blog | Skomentuj

Wesołych Świąt!

 

 

Wesołych Świąt Wielkanocnych!
Zdrowia, radości, optymizmu, czasu dla bliskich i dla siebie oraz na podziwianie piękna świata

 

Opublikowano Blog | Skomentuj

Wiosna! Gramy w zielone

 

Wojciech Młynarski, Jeszcze w zielone gramy

Przez kolejne grudnie, maje
Człowiek goni jak szalony,
A za nami pozostaje
Sto okazji przegapionych.
Ktoś wytyka nam co chwilę,
W mróz czy w upał, w zimie, w lecie,
Szans niedostrzeżonych tyle
I ktoś rację ma, lecz przecież

Jeszcze w zielone gramy, jeszcze nie umieramy,
Jeszcze któregoś rana odbijemy się od ściany,
Jeszcze wiosenne deszcze obudzą ruń zieloną,
Jeszcze zimowe śmiecie na ogniskach wiosny spłoną.
Jeszcze w zielone gramy, jeszcze wzrok nam się pali,
Jeszcze się nam pokłonią ci, co palcem wygrażali,
My możemy być w kłopocie, ale na rozpaczy dnie
Jeszcze nie, długo nie.

Więc nie martwmy się, bo w końcu
Nie nam jednym się nie klei,
Ważne, by choć raz w miesiącu
Mieć dyktando u nadziei,
Żeby w serca kajeciku
Po literkach zanotować
I powtarzać sobie cicho
Takie prościuteńkie słowa:

Jeszcze w zielone gramy, jeszcze nie umieramy,
Jeszcze się spełnią nasze piękne dni, marzenia, plany,
Tylko nie ulegajmy przedwczesnym niepokojom,
Bądźmy jak stare wróble, które stracha się nie boją.
Jeszcze w zielone gramy, choć skroń niejedna siwa,
Jeszcze sól będzie mądra, a oliwa sprawiedliwa,
Różne drogi nas prowadzą, lecz ta, która w przepaść mknie,
Jeszcze nie, długo nie.

Jeszcze w zielone gramy, chęć życia nam nie zbrzydła,
Jeszcze na strychu każdy klei połamane skrzydła
I myśli sobie Ikar, co nie raz już w dół runął,
„Jakby powiało zdrowo, tobym jeszcze raz pofrunął”.
Jeszcze w zielone gramy, choć życie nam doskwiera,
Gramy w nim swoje role, naturszczycy bez suflera,
W najróżniejszych sztukach gramy, lecz w tej, co się skończy źle,
Jeszcze nie, długo nie!

Opublikowano Blog | Skomentuj

11.45 i 22.50

 

Dopiero dziś się dowiedziałam, że Radio Kraków nadaje każdy odcinek Bądź przy mnie dwa razy: o 11.45 i o 22.50.

Słuchałam dziś – głos Pawła Sanakiewicza na dobranoc to jest to. Szkoda, że tak krótko 🙂

 

Opublikowano Blog | Skomentuj

„Bądź przy mnie” w Radiu Kraków

 

Jestem szczęśliwa, że mogę to napisać:

od 6 do 17 marca w Radiu Kraków Paweł Sanakiewicz będzie czytał fragmenty Bądź przy mnie.

Bardzo się cieszę, że redakcja wybrała właśnie moją książkę, i zapraszam do słuchania przez dwa tygodnie, od poniedziałku do piątku o 11.45.

Uwielbiam słuchowiska i gdy tylko mogę, słucham także książek czytanych w radiu. Nigdy nie zapomnę powieści w wydaniu dźwiękowym w Trójce – Egipcjanina Sinuhe, Przeminęło z wiatrem, Dziwnych losów Jane Eyre, powieści Vicki Baum, w wykonaniu fantastycznych aktorów. I jeszcze Ireny Kwiatkowskiej czytającej najpierw Trędowatą, a potem Na ustach grzechu. I oczywiście Teatrzyku Zielone Oko. Gdy słyszałam te skrzypiące drzwi, kroki i krzyk w czołówce, ciarki chodziły mi po plecach.

Sama nie wiem dlaczego, ale wolę, jeśli lektorem jest mężczyzna, i bardzo się cieszę, że Radio Kraków wybrało pana Sanakiewicza. On ma taki przystojny głos! To fantastyczne, że udzielił go Joachimowi. Jeśli ktoś zna audiobook Tylko dzięki miłości, wie, o czym mówię, bo partie Zuzanny czyta w nim Anna Dymna, a w postać Joachima wcielił się właśnie Paweł Sanakiewicz.

Pani Katarzyna Fortuna zaprosiła mnie do jutrzejszej audycji Koło Kultury. To oczywiście Radio Kraków, między 21 a 23. Na pewno będziemy rozmawiały o tej czytanej w radiu powieści.

Radio Kraków, wydawnictwo JAK z Krakowa, krakowska autorka i Różany, których akcja w dużej części rozgrywa się w Krakowie. Monotonne? Ale jakie miłe!

Opublikowano Blog | Skomentuj

Międzynarodowy Dzień Języka Ojczystego

 

Kochany Języku Polski!
W dniu Twojego święta życzę Ci zdrowia, szacunku i miłości ludzi oraz dalszego wspaniałego rozwoju.
Gdyby nie Ty, o ileż uboższe byłoby moje życie! Muszę Ci wyznać, że Cię uwielbiam i podziwiam z całego serca. Kto tak jak Ty potrafi pogodzić dżinsy ze szmizetką, media z kukuruźnikiem, miglanca z ziomalem!

Czy wiesz, że jesteś dla mnie jak wspaniały dom z ogrodem? W tym domu jest salon, gdzie używa się tylko pięknych słów, gabinet, w którym się pisze uczonym językiem, sypialnia, gdzie wymyśla się nowe słowa, bo – wybacz, że Ci to wypominam przy Twoim święcie – w pewnych dziedzinach jesteś skromniej rozwinięty, kuchnia, w której czasem zetrze się na tarce palec albo uderzy tłuczkiem nie tam, gdzie trzeba, i słychać „do diabła!” albo nawet „cholera jasna!”, i w końcu strych, na którym leżą słowa zapomniane, przykryte kurzem, które czasem się znajduje, podnosi do światła, zachwyca się i zabiera, żeby się nimi cieszyć.
A w ogrodzie na grządkach kiełkują słowa nowe, starannie dobrane i pielęgnowane, takie jak „zwolnienie monitorowane” i „podomka”, w kątach zaś bujnie się krzewią rozmaite slangi, języki zawodowe i wulgaryzmy, nic sobie nierobiące z ogrodnika, który próbuje je przycinać albo nawet trzebić.

Choć na Uniwersytecie uczono mnie czegoś innego, głęboko wierzę, że jesteś nam dany przez Boga. Ludzie nie umieliby stworzyć czegoś tak naturalnie pięknego – takich słów, jak heca, kredens, ancymonek, szadź. Lubię je i mam zamiar przekazać je wnukom.

Jestem redaktorką, ale nie z tych bezlitosnych, które przycinają Cię do literackiej nijakości. Lubię długie zdania, czas zaprzeszły, rzadkie słowa i niecodzienne skojarzenia. Zgadzam się na powtórzenia, choć Ty trudno je znosisz. Oboje przecież wiemy, że czasem są niezbędne, prawda? Lubię także słowa nowe i sekretne języki domowe. Pamiętasz „hecny kolor”, „z chętnością” i „weź się w garść”, które należą do tajemnego języka mojego domu?

Kocham Cię za o z kreską, erzet i żet, za wszystkie znaki diakrytyczne, i przepraszam, że gdy piszę SMS, to z lenistwa ich nie używam. Od razu przychodzi mi na myśl niezbyt cenzuralne powiedzenie profesora Bralczyka, że to jednak różnica zrobić komuś łaskę albo zrobić mu laskę.

No właśnie, wulgaryzmy. Serdecznie Ci życzę, żeby ludzie częściej mówili: „ale heca!”, „ojejku!”, „do diaska!”, nawet „do stu tysięcy fur beczek!”. Czasem gdy jadę tramwajem, myślę, że współczesne babcie powinny kultywować stary zwyczaj szorowania mydłem języka wnucząt, którym wypsnęło się brzydkie słowo. Ja tak kiedyś będę robić, obiecuję.

Sztywny mi wyszedł ten list, ale przecież wiesz, że to z szacunku, jakim Cię darzę. Tak często mnie onieśmielasz! Słucham Cię i z zachwytu zapiera mi dech. Dziękuję Ci za to, że jesteś!

Z szacunkiem, podziwem i miłością
B.Z.

Opublikowano Blog | Skomentuj

Dziewczynka w kapuście

 

Jeśli ktoś po przeczytaniu tytułu westchnął z ulgą: „Nareszcie, po jakichś plackach i zupie z dyni, coś konkretnego”, to muszę go rozczarować. Znów będzie o malarstwie.
Do malarstwa naprawdę można się przekonać. Moja córka, gdy miała jakieś sześć lat i pojechałyśmy do Wiednia, codziennie rano prosiła: „Tylko żadnego muzeum obrazowego, dobrze?”. Później poszła na historię sztuki.

Malarstwo węgierskie. Czy komuś coś to mówi? Mnie do niedawna nie mówiło nic. Dlatego gdy dostałam zaproszenie na wernisaż wystawy „Złoty wiek malarstwa węgierskiego (1836–1936)”, pobiegałam w te pędy.

Sto lat malarstwa – od XIX-wiecznego przebudzenia narodowego Węgrów do XX-wiecznego modernizmu, od akademickiego malarstwa portretowego do awangardowych płócien. Historia sztuki w pigułce: realiści i romantycy, symboliści i impresjoniści, fowiści i konstruktywiści, wychowankowie szkoły monachijskiej i paryskiej Académie Julian.

János Vaszary, Dziewczynka w ogrodzie warzywnym (1893)

János Vaszary (1867–1939) należał do najznakomitszego ugrupowania okresu międzywojnia – założonego w 1924 roku Nowego Towarzystwa Artystów Sztuk Pięknych, uznawanego za węgierski odpowiednik École de Paris.
Zachwycił mnie ten obraz. Niezwykła kolorystyka, niezwykła dziewczynka o chudziutkich rękach, drobnej kibici i oczach dojrzałej kobiety.

Miklós Barabás, Ferenc Liszt (1847)

Miklós Barabás (1810–1898), nazwany w katalogu wystawy „artystą-mieszczaninem”, wzięty portrecista, który prowadził szczegółowy spis swoich prac, zamówień i dochodów, uwiecznił na obrazach wielkich ludzi swojej epoki. „Był pierwszym węgierskim artystą, któremu wyłącznie dzięki działalności artystycznej udało się osiągnąć zacny mieszczański dobrobyt”.
Długo stałam przed portretem Liszta, myśląc: „Wspaniały”. Wspaniały portret, wspaniały muzyk, wspaniały węgierski strój, wspaniały instrument.
„Instrument niczym pokonany przeciwnik, muzyk jak zwycięski wódz. Czysto i jasno ukazany fortepian nie stanowi w tej kompozycji prostego elementu sceny rodzajowej, ale wręcz równy jest artyście. Na tym obrazie muzyka jest bronią, w dodatku bronią w walce staczanej za kulturę narodową, muzyk zaś jest tej walki wybitnym mistrzem. Nie słyszymy utworów kompozytora, ale tak jak widzimy artystę, tak czujemy siłę muzyki. Portret Liszta pędzla Barabása jest szczególnie udanym i wybitnym dziełem dlatego, że przedstawia takiego Ferenca Liszta, jakiego słyszymy w jego kompozycjach – ukazuje jednocześnie wielkiego muzyka i wielkiego Węgra”, nieco patetycznie, ale ładnie napisał w katalogu Gábor Bellák.

Miklós Barabás, Hrabia István Széchenyi (1848)

Hrabia Széchenyi, niezwykle bogaty i wpływowy polityk, wielka postać węgierskiego odrodzenia narodowego, był nie tylko mężem stanu, ale i przedsiębiorcą, autorem książek ekonomicznych, a przede wszystkim jednym z założycieli i mecenasów Węgierskiej Akademii Nauk.

Antal Ligeti, Krajobraz regionu Bodrogköz (1870)

Program narodowy w sztuce – to brzmi znajomo dla polskiego ucha. Miklós Barabás portretował wielkich Węgrów, inni, na przykład Antal Ligeti (1823–1890), uwieczniali węgierskie krajobrazy.

Jenö Jendrassik, Wdowa (1891)

W XIX wieku węgierskie malarstwo historyczne osiągnęło szczyt swego rozwoju. Tak jak Polacy walczyli z zaborcami, tak Węgrzy buntowali się przeciw panowaniu Habsburgów, a w malarstwie mieli swojego Matejkę i swojego Grottgera.

Viktor Madarász, Péter Zrínyi i Ferenc Frangepán w więzieniu w Wiener Neustadt (1864)

Viktor Madarász (1830–1917) przedstawił pożegnanie Petara Zrinskiego i Ferenca Frankopana, straconych w 1671 roku za udział w antyhabsburskim spisku. Przodkiem Zrinskiego, pochodzącego ze znakomitego rodu bana Chorwacji, był Nikola Šubić Zrinski, wsławiony obroną Szigetvaru obleganego przez Sulejmana Wspaniałego, potomkiem zaś książę siedmiogrodzki Franciszek II Rakoczy, jeden z węgierskich bohaterów narodowych.

Pál Vágó, Uchodźcy (1882)

Dziewiętnastowiecznym wynalazkiem była panorama, dzięki której widz mógł doświadczyć iluzji uczestnictwa w wydarzeniach historycznych. W 1896 roku pokazano w Budapeszcie namalowaną przez Jana Stykę i Wojciecha Kossaka Panoramę Racławicką. Stykę witał wtedy Pál Vágó (1853–1928), który później był w grupie malarzy tworzących pod kierunkiem Styki Panoramę Siedmiogrodzką, mającą 120 metrów obwodu i ukazującą jedną z bitew podczas walk niepodległościowych w 1849 roku. Głównym jednak tematem twórczości Pála Vágó był krajobraz Niziny Węgierskiej i jej mieszkańcy.

Lajos Deák-Ébner, Droga z dzikimi malwami (ok. 1880)

Lubię malarstwo pejzażowe, bo często nawiązuje do Arkadii, opiera się na nastroju, ma dawać ukojenie. „W pejzażu intymnym nic nie zakłóca spokoju obserwatora: ukazuje on przyjazne oblicze natury, światło jest równomierne, nie ma żadnych skrajnych zjawisk naturalnych, brak też motywów odwołujących się do historii” (Gábor Bellák).
Dla Lajosa Deáka-Ébnera (1850–1934), mistrza pejzażu intymnego, inspiracją był impresjonizm, a jednocześnie malarz wiernie oddawał rzeczywistość.
W przedstawieniach drogi kryje się jakiś czar. Może jest to obietnica tego, co zobaczymy za zakrętem?

Mihály Munkácsy, Pejzaż z aleją i budynkiem (ok. 1882)

„Horyzont dostosowany do punktu widzenia obserwatora, nieciekawe z perspektywy narodowego romantyzmu tematy: drzewa, lasy, polany, moczary, zagrody, potrzeba oddania naturalnych kolorów i wpływu światła, w końcu zaś malowanie na wolnym powietrzu i pomijanie przygotowań w pracowni – to znaki gruntownie nowego podejścia, które poprzedziło pojawienie się realizmu, naturalizmu i impresjonizmu” (Gábor Bellák).
Jednym z pierwszych reprezentantów tego nowego stylu był Mihály Munkácsy (1844–1900).
Urocza, choć uporządkowana i przemyślana kompozycja, drzewa tworzące niemal scenę, droga tajemniczo ginąca za zakrętem, wspaniałe światło. Taki obraz chętnie powiesiłabym sobie na ścianie.

Sándor Bortnyik, Czerwona butelka (1923)

No i na koniec awangarda. Sándor Bortnyik (1893–1976) tworzył dzieła o tematyce rewolucyjnej (stąd czerwień w tytułach – Czerwony maj, Czerwona lokomotywa), potem był konstruktywistą, Vaszary zaś połączył zainteresowanie fowizmem (syntetyczny rysunek graniczący z deformacją, ostre, kontrastowe kolory, często niemające związku z przedstawianymi motywami) z tworzeniem miejskich pejzaży.

János Vaszary, Promenada I (1934)
Opublikowano Blog | Skomentuj

Wspaniałych widoków!

 

Rondo Grunwaldzkie jest okropnym miejscem, pełnym aut, autobusów, spalin i wiecznych korków. Ma jednak zaletę: piękny widok na Wisłę, Wawel, Skałkę i Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha.


Od razu powiem, że nie lubię sztuki japońskiej. Nie rozumiem jej, wydaje mi się obca, sztuczna, nadmiernie skonwencjonalizowana. Ale gdy przeczytałam tytuł najnowszej wystawy „Kachō-ga. Obrazy kwiatów i ptaków w sztuce Japonii i Zachodu”, nie mogłam nie pójść do Mangghi.

„Nie mogę się doczekać kwiatów i wiosny i wyobrażam sobie już moje szaleństwa, jak cały pokój będzie pełny woni i barw zielska, zieloności, chwastów”, pisał Wyspiański do Rydla w styczniu 1896 roku. Jego Zielnik jest cudem, a na namalowane przez niego róże, bratki i nasturcje w kościele Franciszkanów mogę patrzeć godzinami. Na wystawie Wyspiańskiego jest niestety mało, ale to – obok słabego oświetlenia – jedyna jej wada.

Stanisław Wyspiański, Łabędzie
Stanisław Wyspiański, projekt poręczy z liśćmi kasztanowca i kwiatami lilii

Po raz pierwszy zobaczyłam prace Josepha Langera (1865–1918) i jego studia roślin i ptaków mnie urzekły. Niektóre wyglądają jak precyzyjne i wierne ilustracje botaniczne, nie dzieła malarskie.

Joseph Langer, Studia tulipanów
Joseph Langer, Studium liści gardenii
Joseph Langer, Chryzantemy indyjskie

Jest oczywiście Chełmoński, jest Stanisławski, Wyczółkowski, Sichulski.

Józef Chełmoński, Dropie
Jan Stanisławski, Dziewanna
Jan Stanisławski, Kwitnące maki
Leon Wyczółkowski, Mieczyki
Kazimierz Sichulski, Nasturcje

Jednak przede wszystkim jest Wojciech Weiss. Zachwycający! Od razu widzę moje grządki z nasturcjami, czuję szorstkość łodyg pomidorów i ich gorzki zapach.

Wojciech Weiss, Studium liści
Wojciech Weiss, Grządka. Nasturcje
Wojciech Weiss, Łodygi pomidorów

Można podpatrywać pracę malarza. Każdy lubi zaglądać do kuchni.

Wojciech Weiss, Studium żaby
Wojciech Weiss, Studium żab
Wojciech Weiss, Żaby w zaroślach

Widać także jak na dłoni inspiracje, nie tylko secesyjne.

Katarzyna Makieła-Organisty, Bukiecik maków i miska

I choć malarstwo Wschodu do mnie nie przemawia, zachwyciło mnie kilka przedstawień ptaków.

Ohara Koson, Biała czapla
Ohara Koson, Nurkująca kaczka krzyżówka

Na wystawie są także ornaty, witraże, naczynia, tkaniny, albumy z projektami wzorów na kimona.


„Uwierz mi, że niejednokrotnie więcej znajdziesz w lasach niż w księgach. Drzewa i kamienie pouczą cię o tym, czego nie usłyszysz od mistrzów”, napisał święty Bernard z Clairvaux. Kontemplację Stwórcy można zaczynać od kontemplacji najdrobniejszych stworzeń.

Na progu nowego roku życzę wszystkim pięknych widoków, także widoków na przyszłość, i czasu na podziwianie natury.

PS Wystawa została przedłużona do 22 stycznia 🙂

Opublikowano Blog | Skomentuj

Krakowskie szopki

W Krakowie pierwszym zwiastunem świąt jest konkurs szopek odbywający się w pierwszy czwartek grudnia pod pomnikiem Mickiewicza. To stara tradycja, zapoczątkowana w 1937 roku.

Kiedyś szopkarzami byli głównie murarze, bezrobotni od pierwszych mrozów, gdy przerywano prace budowlane. Małe szopki sprzedawali na Rynku, z dużymi – przenośnymi teatrzykami lalkowymi – chodzili po kolędzie. Z początku były to zwykłe pudełkowe sceny ze strzechą i ruchomymi lalkami do odgrywania jasełek. Potem zaczęto w nich wykorzystywać elementy krakowskiej architektury i tak narodziła się szopka krakowska: skomplikowana budowla z wieżami wzorowanymi na wieżach kościoła Mariackiego, katedry na Wawelu lub Ratusza.

Na wieżach powiewają biało-czerwone i krakowskie biało-niebieskie flagi, zdobi je Orzeł Biały i herb Krakowa (w polu błękitnym czerwony mur z trzema basztami, a w prześwicie bramy ukoronowany Orzeł biały).

W szopce, obok Świętej Rodziny, osła i wołu, Trzech Królów i pasterzy, pojawiają się bohaterowie krakowskich legend – Lajkonik, Smok Wawelski, Trębacz, a także znane postacie historyczne i współczesne – w tym roku, w 74. Konkursie Szopek Krakowskich, najpopularniejszy był chyba papież Franciszek.


Szopkarze – amatorzy i zawodowcy, dzieci i dorośli – przychodzą od rana pod Adasia i na stopniach pomnika ustawiają swoje szopki. Wcześniej komisja konkursowa je rejestruje i każdej nadaje numer. W południe przy dźwiękach hejnału korowód szopkarzy, prowadzony przez krakowiaka z kolędniczą gwiazdą, niesie szopki do Krzysztoforów, gdzie trzy dni później, w niedzielę, jury przyznaje nagrody, a potem szopki są prezentowane na wystawie w Muzeum Historycznym (do 26 lutego 2017).

W tym roku padało i tylko kilku straceńców postawiło swoje szopki na stopniach pomnika.


Twórcy ze swoimi szopkami oraz publiczność skupili się pod Sukiennicami.

Komisja osłonięta namiotem przepytywała twórców i musieli się spowiadać z wyborów architektonicznych i wszystkich innych.
– O, mamy tu nawet smoka! – mówi komisja.
– To smoczyca – poprawia młoda artystka.
– A po czym to można odróżnić? – pyta komisja, która nie uważała na lekcjach biologii.
– Ma pomalowane pazury.

Niektóre motywy były całkiem nowe.


Ale królowały tradycyjne, choć opracowywane na różne sposoby.


Od kilku lat szopki zdobią wystawy sklepów, księgarni, restauracji, banków w Rynku. W tym roku wielką szopkę ustawiono także koło Barbakanu, na placu Marii Magdaleny, na placu Szczepańskim, na Plantach koło Fortepianu Chopina – fontanny według projektu Marii Jaremy.

Franciszkanie kultywują tradycję żywej szopki, zapoczątkowaną w 1223 roku przez świętego Franciszka z Asyżu, który w Greccio ustawił w grocie żłób z sianem obok żywych zwierząt, by unaocznić, w jakich warunkach na świat przyszło Dzieciątko.
Już po raz dwudziesty na Plantach koło Bazyliki Franciszkańskiej w Wigilię przed pasterką i w święta będzie można kolędować, obejrzeć jasełka i zobaczyć Świętą Rodzinę jak żywą oraz osiołka, owce, kozy i lamy. Pamiętam oczy mojej córki, gdy przed laty głaskała żywe zwierzęta w tej szopce, pamiętam także stary harcerski zwyczaj palenia ogniska na Pasterniku po pasterce u Świętego Szczepana i dzielenia się jabłkami z miodem. Piękne czasy!
Pozdrawiam serdecznie Harnasi, a wszystkim odwiedzającym ten blog życzę wesołych Świąt.

Opublikowano Blog | Skomentuj

„Różany” już w sprzedaży!

 

rozany-okladki-z-opaska

Nowe wydanie cyklu Różany można kupić bezpośrednio u wydawcy
http://www.wydawnictwojak.pl/  (do świąt w cenie promocyjnej 63,20 zł za komplet),
a także w księgarniach, również wysyłkowych, takich jak Bonito.

5 tomów w jednym wydaniu

rozany-okladka-czesc-i-przodwolumin 1:
Droga do Różan
Wiosna w Różanach

rozany-okladka-czesc-ii-przod
wolumin 2:
Tylko dzięki miłości
Bądź przy mnie
Na zawsze Różany

Saga Różany to zaczynająca się na początku XX wieku, kończąca zaś współcześnie opowieść o losach Zosi Boruckiej, jej niani Zuzanny Hulewicz oraz jej przyjaciółki Marianny Milejko. Trzy kobiety z trzech różnych pokoleń wiąże podkrakowska wieś Różany i położony w niej dwór.
Przedwojenny i współczesny Kraków, brytyjska Tanganika, Prusy Wschodnie, hitlerowskie Niemcy, Rosja sowiecka, a przede wszystkim Różany, i na ich tle historia trzech niezwykłych kobiet. W sagach takich jak ta można poczuć smak międzywojnia, zanurzyć się w świecie, który na zawsze przeminął.

rozany-004

rozany-001

 

Opublikowano Blog | Skomentuj