Adampol/Polonezköy

 

Brzmi to jak bajka, ale jest to prawda: daleko, daleko od ojczyzny, gdzieś na zalesionych anatolijskich wzgórzach, kryje się polska wieś.
Karel Drož

„Adampol, obecnie Polonezköy [tur., ‘polska wieś’], wieś w Turcji na północny wschód od Stambułu; liczy ok. 80 osób. W 1842 M. Czajkowski, z akceptacją ks. A.J. Czartoryskiego, założył tu osadę dla Polaków; do 1883 Adampol był własnością księży lazarystów, 1883–1968 rodziny Czartoryskich; 1968 mieszkańcy uzyskali ziemię na własność; wieś nadal zachowuje polski charakter; letnisko dla mieszkańców Stambułu” (Encyklopedia PWN).

Na początku podstawówki przeczytałam Złote korony księcia Dardanów Eugeniusza Paukszty (I wyd. 1967) – historię piętnastoletniego Julka z Ostródy, który na skutek splotu nieszczęść (śmierć matki, ciężka choroba ojca) trafia na jakiś czas do rodziny w Turcji, przeżywa tam mnóstwo przygód, m.in. bierze udział w wyprawie archeologicznej i jest świadkiem odkrycia starożytnego grobowca książąt Dardanów. Powieść zrobiła na mnie tak wielkie wrażenie, że zapragnęłam zostać archeologiem i hodowałam to marzenie jeszcze w liceum. Dowiedziałam się też z niej o istnieniu w Turcji polskiej wsi – Adampola.

Adampol „położony na skłonie szerokiej doliny, przecięty głębokim jarem, pełen intensywnej zieleni. Nad nią strzelała wieża kościółka, a potem rozrzucone wokoło wyłaniały się domy. (…) Niewielkie, pobielane, z ganeczkami u frontu, skryte w krzewach, pośród kwitnących drzew owocowych”.
„Pochodzę z Adampola, tam myśmy żyli wszystkim, co polskie. Może często przesadnie, może fanatycznie, ale to chyba jest usprawiedliwione w tej sytuacji. Żona pochodzi z innego środowiska, ze starej emigracji w Grecji. Już w domu jej ojca nie zawsze się mówiło po polsku… Widzisz, dla mnie najważniejsza jest sprawa dzieci. Po to przecież co roku jeździmy do Adampola, żeby się nałykały innego powietrza. Powietrza, gdzie szanuje się i kocha polskość. Dziwna wieś, dziwni w niej ludzie, może i trochę nie z dzisiejszego, goniącego zwariowanym tempem świata. (…) dla nas tu Polska bardziej jest rzeczą wyobraźni niż realnym konkretem” – zwierza się Julkowi dużo od niego starszy kuzyn ze Stambułu.
„Widzisz, te tereny należały kiedyś do francuskich lazarystów, takiego jakby zakonu. I od nich to kupił w 1842 roku ponad pięćset hektarów książę Adam Czartoryski. A właściwie zakupu dokonywał w imieniu księcia generał Władysław Zamoyski, którego sprawa interesowała tym bardziej, że zamyślał o losie swoich własnych dragonów niedaleko stojących. I już w tym samym roku zaczęli tu ściągać pierwsi osadnicy. Żołnierze, nie było wśród tych pierwszych ani jednego cywila. Przyjechało trochę dragonów Zamoyskiego, zjawili się tak zwani kozacy otomańscy Sadyka Paszy Czajkowskiego, gdzie większość stanowili Polacy, przybrnęli również żołnierze Mickiewiczowskiego legionu. Osiedlali się tu, często z rozpaczy, nie wiedząc, co dalej począć ze sobą, skoro do ojczyzny nie było po co wracać, jeżeli nad wszystko ceniło się wolność. Życie tutaj nie zapowiadało się łatwo, na tym skrawku między Bosforem a Morzem Czarnym, które wcale nie jest tak łagodne ani tak zawsze ciepłe, jak to nieraz się sądzi. Wiele to razy mgły zimne od niego ciągnące warzą nam wszystko w ogrodach i sadach. (…) Pustkowie tu było, bandy różne ciągnęły tędy, długi czas pierwsi osadnicy sypiali niemalże z bronią. Wszystko wyrastało od nowa. Nowe budowało się domy, nowy kościółek, nowe sadziło się drzewa. (…) Dzisiaj żyje tu jeszcze piąte z najstarszych, a tak szóste i siódme pokolenie. Osamotnione, jakże daleko od ojczystego kraju, zakopane w azjatyckiej Turcji. I spójrz, nie zapomnieliśmy języka ani obyczajów, nie ma takich, którzy by nie znali polskiego. (…) W roku 1934 Atatürk odwiedził nasz Adampol. Był tu prawie przez cały dzień. (…) Bardzo mu u nas się podobało, nie skłamię, jeśli powiem, że zachwyciła go nasza wieś. Oświadczył wtedy, że Turcy w całym kraju powinni z nas, Polaków, brać przykład. Zapowiedział także, żeby nikt nie wprowadzał tu żadnych zmian, żeby zachowany został na zawsze status tej wsi. (…) Mieliśmy sporą samodzielność, własne prawa. Do własnego cmentarza, wiary, kościoła, księdza, języka, zwyczajów, do swojego typu gospodarowania. Pamiętamy to Atatürkowi, stąd te portrety w naszych domach… (…) Kawałek Polski zagubiony w Azji…” – opowiada Julkowi mieszkająca w Adampolu ciocia Zosia.

Niedawno dostałam piękny prezent – książkę-album Polonezköy. Orzeł Biały pod niebem Półksiężyca z Gwiazdą, którą napisał Akgün Akova, na polski przetłumaczyła Grażyna Zając, wydało zaś tureckie Ministerstwo Kultury i Turystyki. Gdy tylko wzięłam ją do ręki, od razu mi się przypomniały Złote korony księcia Dardanów. Na fotografiach zobaczyłam to, co Paukszta opisywał: domy, w których portret Atatürka wisi obok portretów Piłsudskiego i Mickiewicza, czereśniowe sady („Adampol słynie z okresu czereśniowego. Letnicy przyjeżdżają do nas ze Stambułu na ten czas. Inaczej byśmy nie wyżyli, z samej ziemi”), polski cmentarz („A tu, na lewo, nasz cmentarz. Same polskie napisy. Ta kolumna jakby strzaskana przez pół, widzisz ją? To grób Ludwiki Śniadeckiej. Wiesz, tej, w której się tak kochał Słowacki. Była żoną Sadyka Paszy Czajkowskiego, generała w służbie tureckiej. Mój pradziadek, jeden z założycieli naszej wioski, też był w wojskach Sadyka Paszy… Kolumna złamana dlatego, że ona złamała wiarę, przeszła na mahometanizm”).

Akgün Akova pisze o tym, jak po rozbiorach Polacy wcieleni do rosyjskiego wojska zostali wysłani na Kaukaz, na wojnę przeciwko Czerkiesom. Wielu poległo, a ci, którzy dostali się do niewoli, byli sprzedawani jako niewolnicy. Przybyły potajemnie na polecenie księcia Adama Czartoryskiego do Stambułu Michał Czajkowski wykupował z pomocą księży lazarystów polskich żołnierzy wystawionych na sprzedaż na stambulskim targu. To właśnie oni byli pierwszymi mieszkańcami Adampola. Potem dołączyli do nich żołnierze z rozwiązanego po wojnie krymskiej polskiego oddziału kozaków sułtańskich.
Ziemię, na której założono Adampol, Adam Czartoryski wydzierżawił od zakonu lazarystów. Jego syn Władysław Czartoryski wykupił ją, zapewniając wsi niezależność. W 1968 roku rodzina Czartoryskich przekazała mieszkańcom Adampola akty własności ziemi. „Dzisiaj Polonezköy od dawna ma już za sobą nostalgiczny świat wiejskich gospodarstw i hodowli zwierząt, a mieszkańcy utrzymują się z gości zapełniających pensjonaty, restauracje i kawiarniane ogródki”.

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

4 i 5 tom „Różan”

 

Tak, wiem, że trudno kupić pierwsze wydanie 4 i 5 tomu Różan. Nakład jest wyczerpany i ani Wydawnictwo Otwarte, ani Wydawnictwo JAK, które je wydały, nie planują wznowienia.
Teraz jednak w Wydawnictwie JAK i w Bonito można kupić osobno drugi wolumin Różan, który zawiera 3, 4 i 5 tom, czyli Tylko dzięki miłości, Bądź przy mnie i Na zawsze Różany.
Ponieważ ostatnie własne egzemplarze już rozdałam, tym, którzy szukają 4 i 5 tomu i piszą w tej sprawie do mnie, mogę tylko radzić wejście na stronę Wydawnictwa JAK http://ksiegarnia.wydawnictwojak.pl/ albo Bonito i kupienie trzech tomów w jednym woluminie. Link do księgarni JAK-a umieściłam w zakładce Linki.
Bonusem jest nie tylko cena, niższa niż przy zakupie trzech osobnych tomów, lecz także większy format, który umożliwił powiększenie zreprodukowanych w Tylko dzięki miłości wycinków z przedwojennych gazet. Teraz da się je swobodnie czytać, a artykuły o zorzy polarnej, która pojawiła się nad Krakowem w 1938 roku, o koronacji króla Jerzego VI, o ślubie księcia Edwarda z panią Simpson czy o maciorze, która zaatakowała żonę grabarza, są fascynujące.

 

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

Do siego roku!

 

„Dowodzili niektórzy, że to iest dawne wyrażenie Słowiańskie: »Do sieho«, lecz więcéy upowszechnioną jest tradycja że w Krakowie była Dosia zacna białogłowa, miłosierna, pracowita, nieszkodząca nikomu a chętnie w miarę swéy możności, dopomagaiąca poczciwym bliźnim. Bóg też iéy błogosławił, bo doczekała późnego wieku, gdyż żyła więcéy niż sto lat (…). Zgasła w wigilią Bożego narodzenia. Lament i płacz po niéy trwał długo; a kto komu dobrze życzy więc rzecze: »Życzę ci Dosiego roku«. To iest żyy tak długo i tak szczęśliwie, iak poczciwa nasza Dosia” (Kazimierz Władysław Wójcicki, Przysłowia narodowe, t. 1, Warszawa 1830, s. 200. Przy okazji polecam tę pozycję – smakowite wyjaśnienia takich przysłów i powiedzeń, jak: ani w Paryżu z owsianej kaszy nie urobią ryżu, będziesz bit jako święty Wit, czerwony jak toruńska cegła, diabeł wenecki, hulaj dusza bez kontusza, już mu i sandomierski doktor nie pomoże; http://www.dbc.wroc.pl/publication/6250).

Słownik wyrazów kłopotliwych Mirosława Bańki i Marii Krajewskiej brutalnie pozbawia nas złudzeń: historia o Dosi jest przywołana w haśle „etymologia ludowa” jako przykład naiwnego i nienaukowego wyjaśnienia etymologii, opartego na skojarzeniach z innymi wyrazami.

Tajemnicze „siego” to dopełniacz dawnego zaimka „si” – „ten”. Mamy jego ślady w takich związkach frazeologicznych, jak „ni to, ni sio”, „tak czy siak”, „ni taki, ni siaki”, oraz w słowach „dziś” (dzień si – dzień ten) i gwarowym „latoś” (w tym roku).
Jak mówi dr Artur Czesak (ciekawa rozmowa na https://blog.dobryslownik.pl/do-siego-roku/), sprawa jest jednak bardziej tajemnicza niż proste słownikowe wyjaśnienie. Wyrażenie „do siego roku” może być skrótem ruskiego „od sieho do wsieho roku”, czyli od tego roku, który jest, do każdego innego, do końca życia.

Tak czy siak, „od siego do siego, daj nam, Boże, doczekać takiego albo lepszego”.

Szczęśliwego nowego roku!

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

Wesołych Świąt!

 

 

Pokoju, wiary, nadziei, miłości.
I żeby ludzie mówili ludzkim głosem nie tylko w Wigilię.
Wesołych Świąt!

 

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

Do czego potrzebny jest redaktor?

 

Do czego właściwie potrzebny jest redaktor? Mickiewicz i Słowacki nieśli swoje utwory prosto do drukarni, nikt im się nie wtrącał i nie kazał zmieniać tego czy tamtego.
Nie każdy jednak jest Słowackim.
Nie każdy ma zaprzyjaźnione grono, któremu może przeczytać swój utwór, potem wysłuchać pochwał i krytyki, no i poczynić zmiany w tekście.
Redaktor po prostu jest niezbędny.
Dawno temu, gdy w wydawnictwie, w którym pracowałam, zaczęto wprowadzać komputery, dyrektor techniczny mówiący o tym na zebraniu rzucił niby żartem, że redaktorki i korektorki (załoga była sfeminizowana) właściwie mogą już iść do domu i nie wracać. Z szumem i przytupem przygotowano pierwszą książkę w formie elektronicznej. Dyrektor techniczny postarał się przy tym, żeby udział redakcji był jak najmniejszy. Maszyna zrobiła ostatnią korektę, tekst wysłano do drukarni, a gdy przyszły czystodruki do czytania do erraty (kiedyś był i taki etap pracy), okazało się, że jeden z bohaterów powiesił się na szczurze.
Odetchnęłam z ulgą – bardzo chciałam nadal pracować w wydawnictwie, a wtedy zrozumiałam, że dopóki komputer nie nauczy się analizować kontekstów, ja, człowiek, będę niezbędna.
Redakcje doskonaliły systemy komputerowe i na przykład w pewnej gazecie automatyczny korektor śledził w tle pisany tekst, podpowiadając zmiany. Kiedyś moja koleżanka pisała artykuł o domowych świątecznych alkoholach. Gdy doszła do ajerkoniaku i wystukała na klawiaturze: „Weź osiem żółtek”, maszyna pisnęła i na ekranie pojawiła się podpowiedź: „Żółtek – określenie pogardliwe, lepiej: człowiek rasy żółtej”.
Komputery to wspaniałe urządzenia. Błogosławię je, gdy robię indeks do jakiejś książki i gdy sobie przypomnę czasy przepisywania na maszynie. Gdyby nie internet, nie miałabym na wyciągnięcie ręki (a właściwie kliknięcie) katalogu Biblioteki Jagiellońskiej czy Kongresu Stanów Zjednoczonych, mnóstwa przeróżnych słowników i encyklopedii. Jednak pewnych rzeczy za nas nie zrobią.
Redaktorzy i korektorzy, choć nie są nieomylni, nadal są niezbędni.
Przypomniałam sobie o tym, gdy w mojej ulubionej (papierowej) gazecie przeczytałam artykuł „Maryja miała fajny biust”. Autorka pisze, jak trudno jest rozmawiać z młodzieżą o Niepokalanym Poczęciu Matki Boskiej i że ten dogmat odziera Maryję z seksualności i kobiecości. Co ma Niepokalane Poczęcie, czyli poczęcie się Maryi bez grzechu pierworodnego, do seksualności? Nic. Chodzi oczywiście o dogmat o Dziewiczym Poczęciu Jezusa.
Brakło dobrej korekty.
Dlaczego dalej autorka porównuje średniowieczne przestawienia Maryi karmiącej tryskającym z piersi mlekiem dusze czyśćcowe z przeciągającą się lubieżnie półnagą „Madonną” Muncha i ta pierwsza wydaje się jej szokująca, druga zaś – „grzecznym obrazkiem”, tak jakby fizjologiczna czynność karmienia piersią była wstydliwa, a erotyzm był jak najbardziej na miejscu?
Brakło życzliwej podpowiedzi redaktora, że nie wystarczy chwytliwy tytuł i kilka obliczonych na wzbudzenie kontrowersji tez, przydaje się też chwila refleksji.
Dlaczego w internetowym wydaniu mojej ulubionej gazety tak często są literówki, nawet błędy ortograficzne, a wystawa Wyspiańskiego jest anonsowana autoportretem, którego na wystawie nie ma, bo wisi sobie spokojnie w Muzeum Narodowym w Warszawie?
Dlaczego belfer Stuhr, w serialu ponoć doskonały polonista, nie odmienia imienia Iwo (no, Iwo, Iwona, niestety, jak Hugo, Hugona, Bruno, Brunona) i propaguje mniej staranną formę?
Bo redaktora przy tym nie było.

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

Kraków miastem Wyspiańskiego

 


Chcę, żeby w letni dzień,
w upalny letni dzień
przede mną zżęto żytni łan,
dzwoniących sierpów słyszeć szmer
i świerszczów szept, i szum,
i żeby w oczach mych
koszono kąkol w snopie zbóż (Wyzwolenie).

Wczoraj cały dzień padał śnieg, dziś wszystko jest białe i błyszczy w słońcu, dzieci w ogródku sąsiadów lepią bałwana, a ja myślę o kwietnych łąkach urządzonych na trawnikach w Krakowie na cześć Wyspiańskiego, które jeszcze niedawno fotografowałam. „Mnogość kwiatów jakby deszcz drogich kamieni” – pisał Wyspiański o łące do Karola Maszkowskiego.

 

„Kwiaty w przykopach, tak piękne i ładne, biedne – nie będą nigdy widziane, ani nie ustroją główki żadnego dziewczęcia – nikt ich nie zerwie – zmarnieją i zginą zapomniane a tak są wdzięczne, tak się pięknie grupują, tak kołyszą łagodnie, tak ponętnie przeginają róże koron kolorowych – ; – ileż takiej przydrożnej poezji ginie zapomnianej, pominiętej a tak pięknej jak te kwiaty” – pisał Wyspiański do Lucjana Rydla. A w innym liście do niego: „Malwy, dziewanny co to za cudne rośliny. Jakie to strzeliste kształtów pędy – jakie to żywe, rozmowne kwiaty. Najbujniejsze tych kwiatów krzaki powyrywałem z łąk i skał pod Bielanami i snop cały przyniosłem do siebie, że mi ustawiony na stole sięga warkoczami do pułapu i ocienia wszystko wokół. Jak ja lubię wśród tych kwiatów siedzieć”. Adolf Nowaczyński zaś tak wspominał pracownię Wyspiańskiego na Poselskiej: „Tam około niego unosiła się całkiem inna atmosfera, jakby klasztorku, cela Fra Angelica czy Poverella z Asyżu, kwiatki, ptaszki, praca, upojenia, ale czysto duchowe – egzaltacje artystyczne. Trzeba się było wkupiać znów w łaski sporym »naręczem« kwiatów. Gdy się bowiem wchodziło np. z malwami, nagietkami, z »pantofelkami Matki Boskiej«, z kiściami serduszek różowych – twarz surowa za pukanie intruza rozpromieniała się cudownie”.

 

 

 

 

 

 

 

Gdy w kościele Franciszkanów patrzę na namalowane na ścianach i jaśniejące w witrażach róże, nasturcje, bratki, słoneczniki, rumianki, chabry, maki, kąkole, dziewanny, niezapominajki, jaskry, lilie, dzwonki, głogi i ciernie, czuję bijącą od nich moc. Przestają być dekoracją, pulsuje w nich życie. Róże niemal pachną, nasturcje płoną, ciernie kolą do krwi. Za każdym razem jest tak samo, a jednocześnie „coraz inaczéj”.

 

 

 

 

 

 

 

W 1902 roku Wyspiański dostał posadę na Wydziale Sztuki Dekoracyjnej i Kościelnej krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych i podczas inauguracji roku akademickiego powiedział: „Obejmuję Katedrę Sztuki Dekoracyjnej, bo tak to określono i nazwano w Wiedniu, skąd otrzymałem nominację, lecz pojęcia takiego, jak sztuka dekoracyjna, w rzeczywistości nie ma, gdyż musiałaby być w takim razie sztuka niedekoracyjna lub mniej dekoracyjna; to są pojęcia nieistotne i niewłaściwe” (za: Wojciech Jastrzębowski 1884–1963). Słowo „dekoracja”, dziś podszyte ironią, miało więc dla niego zupełnie inne znaczenie. „Tymczasem zajęty jestem komponowaniem dekoracji kościoła Franciszkanów, (…) – dwie główne kompozycje do Franciszkanów ci wymienię – a te są: – ogród zupełnej szczęśliwości, gdzie jest lubo, tak miło, tak spokojnie jak nigdy na ziemi być nie może i nie było… las zwątpienia, walki, trudów, przeciwieństw, przeszkód, gdzie pobyt jest straszny, przerażający” – pisał do Lucjana Rydla. I w innym liście do Rydla: „Proszę Cię w jakim też stylu są malwy lub trzewiczki M. boskiej. – Jakżeż mnie to cieszy że nie potrzebuję sobie żadnej fatygi zadawać – potrzebuję tylko wziąć do ręki roślinę, obejrzeć, rozpatrzeć i zrozumieć jak rośnie, i już mam jej styl i patrząc coraz inaczej coraz lepiej mogę ją układać”. I do Karola Maszkowskiego: „[ludziom, którym] wystarcza (…) ogłada powierzchowna i co chcą wiedzieć o wszystkim po trochu i robią notatki i wyciągi bóg wie z czego − − to wszystko nic nie warte − natura, natura − − natura − wszystkiego cię nauczy. − Jak się kwiat z pączka rozwija, czyś widział piękniejszy ornament – ja nie”.

 

 

 

 

 

 

 

„Ileż to razy byłem rozkochany w kwiecie przez litość i tylko przez litość kochałem nieraz raz gdzieś dojrzaną dziewczynę. Czyż to wystarcza do życia. – zostawcie wy mnie moje ułudne kwietne kochanki i przez jedną chwilkę dojrzane a wiecznie żyjące w pamięci mej istoty bo temu uczuciu litości nie zrówna żadne inne uczucie, bo w nim jest smutku i żałości najwięcej a piękna tyle, że jakby wonią jest do owych kwiatów podobne” – pisał Wyspiański do Karola Maszkowskiego. A do Rydla: „w moich rękach (…) drżał biały kwiat rumianku, o drobniutkich listeczkach misternych zielonych, tak cudownych (…) patrzał ku mnie żałośnie białą buzią – litośnie…”.
Tajemnica natury i jej prawa, którym podlega tak samo rumianek i człowiek.
„Bo piękno ma to do siebie, że się go pragnie coraz to więcej i nigdy go dosyć i nigdy dosyć jasne, dosyć wyraziste, dosyć bliskie, bo zawsze musi coś przy zerwaniu kwiatu opaść pyłu wonnego, barw pyłu, i blasków i czaru, i kwiatek zerwany gdy się ma w ręku czuje się smutek jego martwoty i czuje się radość posiadania cząsteczki ogromnego żywego tworu, która zawsze drzewem pozostanie naturalnem” – to znów fragment listu do Rydla.

Gdy patrzymy na malowane żywioły, np. cykl Turnera, widzimy ogień, morze, chmury. U Wyspiańskiego żywioł ognia to maki i żółte lilie, żywioł wody – niebieskie kosaćce i lilie wodne. W roślinach jest cały świat, radość życia („będziesz widział jak będziesz szczęśliwy patrząc na naturę, na pejzaż, na otoczenie – to jest rozkosz” – pisał do Maszkowskiego), tajemnica bytu („powiadał mi o tem jeden kwiat (…) był taki piękny. – Czy ty też wierzysz kwiatom?” – do Rydla).

Doczekaliśmy się wreszcie dużej wystawy Wyspiańskiego. Ponad czterysta eksponatów, wszystkie ze zbiorów Muzeum Narodowego w Krakowie, dlatego nie ma na przykład fantastycznego autoportretu – Portretu szafirowego – czy Chochołów, ale i tak jest co oglądać. Gdy się pomyśli, że Wyspiański żył tylko 38 lat!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

Zapasy na zimę

 

Czy jeszcze ktoś robi zapasy na zimę? Smaży dżemy, powidła i konfitury, gotuje kompoty, kisi ogórki i kapustę? Chętnie bym to robiła, bo jest w tych czynnościach coś uspokajającego. Nie tylko dlatego, że są dość monotonne – w podświadomy sposób przeganiają także atawistyczne widmo głodu.
Może kiedyś zdobędę się na kupienie beczki i potem kiszenie kapusty. Przed laty nauczyłam się ją kisić w słoikach. Żadna kupna kapusta, nawet z Charsznicy, do niej się nie umywa.
Mogłabym robić marmoladę z jabłek, gdyby na mojej jabłonce było choć jedno. Jeszcze nie owocowała, ale wybaczam jej wszystko, bo cudownie kwitnie na wiosnę.
W tym roku było za to mnóstwo malin. Zapobiegliwy Pan Sąsiad, który – jak mówi – w kupionej od Ruskich maszynie kiedyś przerabiał cukier i śliwki na ogólnie znane środki psychoaktywne, dziś pędzi w niej sok malinowy. „Cóż, lata robią swoje” – wzdycha, dając mi w prezencie butelkę soku. Ja swoje maliny jem bez przerabiania i zrywałam je jeszcze w październiku.

Były też jak zwykle dyniowe prezenty od Pani Sąsiadki, był niezwykły wysyp grzybów.

Ogródek, który mam od dwóch lat, w tym roku zakwitł. Nawet gladiole, które sadziłam bez przekonania, bo nie należą do moich ulubionych kwiatów, i niezbyt się przykładałam do ich pielęgnacji, zachwyciły mnie kolorami.

A co to dopiero będzie na wiosnę! Posadziłam chyba ze dwieście cebulek – krokusy, tulipany, żonkile, narcyzy, szafirki, cebulice, anemony, pełniki, zimowity. Zimowity już zakwitły! Skąd wiedzą, że ich pora to jesień, choć dopiero co znalazły się w ziemi?

Zrobiłam porządki w ogródku, zerwałam ostatnie nagietki, resztkę roszponki. Zielona pietruszka, zamrożona w słoiczkach i w pęczkach, czeka na zimowe zupy.

Przenoszę do pokoju, w którym pracuję, kwitnące zimą kwiatki, bo nie mam stąd widoku na frontowy kwietnik, na którym ciągle kwitną róże, anemony i lawenda.

Trzeba sobie robić przyjemności, nie tylko dlatego, że mamy dziś Dzień Życzliwości. Ja, zgodnie z radami psychologów, zaczynam od siebie. Właściwie zaczęłam ten dzień świętować już wczoraj. Wieczorem naszła mnie ochota na placki ziemniaczane. Szast-prast, cebulka przysmażona, trzy ziemniaki utarte. Bądźmy dla siebie dobrzy!

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

Targi Książki w hali EXPO na Galicyjskiej w Krakowie

 

 

Właśnie wróciłam z Targów Książki. Rozmawiałam z miłymi, entuzjastycznie nastawionymi do wydawania i czytania książek młodymi ludźmi, potem chodziłam sobie między stoiskami. Upolowałam kilka książek, na które od dawna miałam ochotę, tylko jakoś na nie dotąd nie trafiłam. Moja kolekcja zakładek powiększyła się o parę okazów.

Tyle się teraz mówi o upadku czytelnictwa. Tymczasem w pierwszy dzień Targów, i to przed południem, już były tłumy. Patrząc na małe dzieci, z balonikiem w jednej ręce i książeczką w drugiej, myślałam, że o przyszłość papierowych książek nie musimy się martwić.

Idźcie na Targi, koniecznie, choćby po to, żeby zobaczyć, ile nas, moli książkowych, naprawdę jest. Całe roje! Ćma!

Zaszufladkowano do kategorii Blog | 1 komentarz

Nie pisałam, bo pisałam

 

Rok 1950. W marcu Związek Radziecki poinformował świat, że ma bombę atomową, w czerwcu wybuchła wojna koreańska. W Polsce panuje Bierut, nadal trwają walki z „bandami podziemia”, coraz więcej jest procesów politycznych, wprowadzono nakaz pracy, plan 6-letni, wymianę pieniędzy i zakaz posiadania złota i dewiz. Ministerstwo Rolnictwa ogłosiło, że samoloty amerykańskie zrzuciły przy polskiej granicy stonkę ziemniaczaną, która rozpełzła się po całym kraju.

Rok 1951. Na poligonie w Nevadzie przeprowadzono pierwsze próbne wybuchy jądrowe. Ethel i Julius Rosenbergowie zostali skazani na śmierć za przekazanie Związkowi Radzieckiemu tajemnic dotyczących broni atomowej i dwa lata później straceni w więzieniu Sing Sing. W Warszawie odsłonięto pomnik Feliksa Dzierżyńskiego. Wyrokami dożywocia zakończył się pokazowy proces generałów Stanisława Tatara, Jerzego Kirchmayera, Stefana Mossora i Franciszka Hermana, oskarżonych o szpiegostwo na podstawie sfingowanych dowodów. Wydaje się, że Stalin będzie żył wiecznie.

W takim właśnie świecie muszą sobie radzić cztery kobiety: Olga, Elżbieta, Klementyna i Eleonora. Każda z nich ma inną historię, inne marzenia i plany, inny sposób na przetrwanie. Łączą je wspólnie spędzone ostatnie przedwojenne wakacje oraz mężczyzna, który jest synem jednej z nich, mężem drugiej, kochankiem trzeciej i młodzieńczą miłością czwartej. Ale nie będzie lekko i romansowo.

Książka ukaże się w pierwszej połowie przyszłego roku w wydawnictwie Znak. Jeszcze nie wiem pod jakim tytułem. Pierwotnie miał on brzmieć „Pamiętasz tamto lato?”, wołałabym jednak „A w drodze będzie zimno”. Pożyjemy, zobaczymy 🙂

Dawno niczego nie napisałam na stronie, teraz więc duży fragment tej nowej książki.

***

OLGA

„Przemawiacie tak, jakbyście byli szefem wielkiego mocarstwa, a jesteście przywódcą słabej partii i słabego kraju, który my wyzwoliliśmy”.
(Józef Stalin w rozmowie z Władysławem Gomułką w 1945 roku)

Do pokoju o przybrudzonych ścianach, z wiszącą wysoko pod sufitem gołą żarówką, z taboretem dla więźnia, prostokątnym stołem i twardym krzesłem dla przesłuchującego, wpadł promień słońca.
„Wolni i niewolnicy. Dwa światy oddzielone tak ściśle, jak jasność i ciemność. Więzienie. Jedno z tych słów, które rzadko się słyszy i nad którymi człowiek się nie zastanawia. Nigdy nie wypełniłam go treścią, nawet gdy przed wojną przeczytałam, że w Berezie jedynym wyposażeniem celi było wiadro na nieczystości, ani gdy Maszka mi opowiadała, jak w więzieniu w Charkowie czekiści próbowali wiarę w nowy ustrój zaszczepić jej siłą i trzymali jej ręce we wrzątku, aż spod skóry wyszło krwawiące mięso”.
Za obitym metalową siatką oknem kołysały się liście klonu. Patrząc na nie, zapomniała na chwilę o tym, że więzienie to stanie godzinami twarzą do ściany, żeby człowiek poczuł się samotny, słaby i opuszczony, popychanie i bicie kluczami w drodze na przesłuchanie, spanie na betonie, w zaduchu, ciasnocie. Niegasnące światło raniące oczy. Obnażona fizjologia – jedzenie, trawienie i wypróżnianie się na oczach wszystkich. Pchły i wszy.
Szelest papierów ustał. Oficer śledczy podniósł głowę znad kartki. Był całkiem inny niż przysadzisty prostak, który przesłuchiwał ją wcześniej. Miał inteligentne ciemne oczy, szczupłą twarz, podgolone po żołniersku, lekko siwiejące na skroniach włosy. I jeszcze ani raz jej nie uderzył.
Od początku starała się sobie wyobrazić, że więzienie, a szczególnie pokój przesłuchań, to teatr. Musiała odegrać swoją rolę, od tego nie było ucieczki, lecz sposób gry zależał od niej. Dziś udało się jej przykuć uwagę śledczego do tego stopnia, że kilka razy się zapomniał i powiedział do niej „pani”.
– Przyznajesz się, że napisałaś ten list, to dlaczego zaprzeczasz, że szkalujesz w nim państwo polskie i rozpowszechniasz fałszywe wiadomości dotyczące naszej sytuacji społeczno-gospodarczej? Chyba sama widzisz, że to nielogiczne.
– Tak, napisałam ten list, ale każde słowo jest prawdą.
– Przyznaj się po dobroci. Dostaniesz pół roku obozu pracy i wrócisz do domu. – Wziął kartkę ze stołu i zaczął czytać. – „Kraków, szósty sierpnia tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego pierwszego. Wniosek o rozpoznanie sprawy przed Komisją Specjalną. W dniu trzeciego sierpnia bieżącego roku przez Wojewódzki Urząd Bezpieczeństwa w Krakowie została aresztowana objęta niniejszym wnioskiem Olga Mężyńska, z domu Zacharenko, pochodzenie społeczne: arystokracja, podejrzana o rozpowszechnianie wrogiej propagandy. W toku przeprowadzonego śledztwa ustalono, że Olga Mężyńska, będąc wrogo ustosunkowana do obecnego ustroju państwa polskiego, chciała nawiązać korespondencyjne kontakty z osobą przebywającą za granicą, w kraju kapitalistycznym, Klementyną Zabierzeską, obywatelką polską zamieszkałą od tysiąc dziewięćset czterdziestego roku w Londynie, i napisała do niej list, w którym podała fałszywe wiadomości dotyczące sytuacji społeczno-gospodarczej w Polsce Ludowej. Poza tym w fałszywym świetle przedstawiła swoje warunki materialne i stosunki panujące w Polsce Ludowej i w ZSRR. Jak wynika z zeznań podejrzanej Olgi Mężyńskiej, jej wrogość do obecnego ustroju Polski Ludowej wynika z jej pochodzenia społecznego i wychowania (urodzona w tysiąc osiemset osiemdziesiątym roku w Petersburgu, obecnie Leningrad, jako córka księcia Aleksandra Nikołajewicza Zacharenki i hrabianki Marii Konstancji Struś) oraz z systematycznego słuchania wrogich audycji radiowych z państw kapitalistycznych. W wyżej przytoczony sposób podejrzana ułatwiła wrogim ośrodkom zagranicznym szerzenie propagandy wojennej wśród społeczeństwa polskiego, wyrządzając przez to szkodę interesom Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Za okoliczności łagodzące w niniejszej sprawie należy uznać niekaralność oskarżonej oraz jej szczere przyznanie się w toku śledztwa do zarzucanych jej czynów”.
Odłożył kartkę na stół.
– Podpiszesz protokół z przyznaniem się do winy, sąd cię szybko osądzi i dostaniesz najwyżej pół roku obozu pracy, tyle co nic.
Olga przypomniała sobie radę towarzyszki z celi: „Niech się pani przyznaje tylko do tego, czego w żaden sposób nie może się pani wyprzeć”.
– Jestem niewinna.
– Niewinne to może być nowo narodzone dziecko, a i to zależy, z jakich rodziców. No już, podpisuj, mam ważniejsze rzeczy na głowie niż ta twoja sprawa.
Wiedziała, że nie wolno jej przeciągać struny. Mógł ją tu zatłuc jak psa, gdyby tylko przyszła mu ochota. Nie było żadnych świadków, nawet protokolanta.
– Napisałam list do Klementyny Zabierzeskiej, nie przeczę, podałam przecież na kopercie swoje prawdziwe nazwisko i adres. Słuchałam Londynu i Free Europe, ale to wszystko po to, żeby dowiedzieć się czegoś o synu. Mówiłam panu, że Teofil w czterdziestym roku uciekł przez zieloną granicę do polskiej armii we Francji i od tamtej pory nie dał znaku życia. Od Klementyny dowiedziałam się, że dotarł na Bliski Wschód.
– To znaczy ona pisała do ciebie z Londynu?
– Tak. Napisała do mnie raz, zaraz po wojnie, w sierpniu albo we wrześniu czterdziestego piątego roku.
– Tego listu nie ma w zabezpieczonym materiale dowodowym.
– Gdy jesienią czterdziestego szóstego roku wyrzucono mnie z domu, mogłam zabrać tylko trochę rzeczy. Wszystkie listy zostały we dworze, a potem je spalono.
Oficer sięgnął do leżących na stole papierów.
– „Charakterystyka podejrzanej Olgi Mężyńskiej” – przeczytał na głos. – „Sporządził…” Mniejsza o nazwisko. „Wyżej wymieniona jest »białą« Rosjanką. Urodziła się w Leningradzie. Matka, Polka, wcześnie ją odumarła. W rozmowach indywidualnych nieraz mówiła, że pochodzi od księcia Ruryka, że do jej rodziny należało pół Ukrainy i że poznała swojego przyszłego męża, Jana Mężyńskiego, na ślubie cara Mikołaja. W tych samych rozmowach wychwalała carat i Polskę sanacyjną, do której przyjechała z mężem w tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym ósmym albo dziewiątym roku (pytani na okoliczność podają różne daty). Jej córka, mając osiemnaście lat, umarła na hiszpankę. Mąż poległ w dwudziestym roku w bitwie warszawskiej. Także ten fakt był dla niej powodem do poniżania Związku Radzieckiego. Syn Teofil na początku tysiąc dziewięćset czterdziestego roku uciekł do Francji, do reakcyjnej armii generała Sikorskiego. Po parcelacji majątku Olszynka w rozmowach indywidualnych starała się wpoić mieszkańcom przekonanie, że parcelacja była bezprawna, a także wpoić nienawiść do Polski Ludowej i innych krajów demokracji ludowej. Ponieważ majątek był resztówką o powierzchni czterdziestu dwóch hektarów, mogła pozostać na jego terenie. We dworze urządzono magazyn i mieszka w dawnym domu stajennego przy częściowo rozebranych stajniach. W rozmowach indywidualnych wychwala Amerykę i inne kraje kapitalistyczne, a także prawdopodobnie utrzymuje z nimi kontakt, znając język angielski, niemiecki i francuski. Paczek z zagranicy nie otrzymuje. Nie należy do żadnej organizacji społecznej ani nie przejawia żadnej działalności”.
Oficer milczał chwilę.
– Tylko ode mnie zależy, czy przekażę tę charakterystykę dalej – powiedział. – Już ona sama jest gotowym aktem oskarżenia.
– Aktem oskarżenia władz, które odebrały mi dom i ziemię, choć reformie rolnej podlegały majątki mające co najmniej pięćdziesiąt hektarów?
– Rozumiem, że wszystko się zgadza?
– Moje rodzinne miasto nazywało się Petersburg, a w tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym ósmym roku, gdy przyjechałam z mężem do Olszynki, nie było ani sanacyjnej Polski, ani żadnej innej. Poza tym nie mam zwyczaju nikogo wychwalać ani poniżać. I na pewno nie chwaliłam się księciem Rurykiem. Jestem słaba z historii średniowiecznej.
– Dość tych żartów! – Oficer uderzył pięścią w stół.
Olga drgnęła. Rozgniewać go to było najgłupsze, co mogła zrobić.
– Ja nie żartuję, tylko się bronię – powiedziała cicho. – Przecież pan wie, że mam siedemdziesiąt jeden lat i w obozie nie przetrwam nawet miesiąca.
Żałowała, że nie ma na podorędziu łez. Nawet gdy robiła sceny zazdrości Jasiowi, nie potrafiła się rozpłakać, choć wiedziała, jaki był czuły na kobiece łzy.
– A więc słuchała pani zagranicznych stacji i napisała list tylko po to, żeby zdobyć wiadomości o synu? – spytał śledczy po długiej chwili.
– Tak.
– A ta ulotka o treści antypaństwowej? – Oficer wyjął z teczki wiersz napisany na maszynie na burej przebitce.

Kochajmy Rosję – rozkaz dla Polaków,
Bo jej zawdzięczamy niezniszczony Kraków
I takiż Lublin, w nim rząd nasz kochany
Wolą narodu na Kremlu wybrany.
Gdyby nie Rosja, całe nasze dzieje
Inne by zgoła przybrały koleje.
Ona wytycza nam kontury
Politycznego bytu i kultury.
Wszystko, co wielkie i co dla nas święte,
Wszak dzięki Rosji zostało poczęte.
Bez Rosji czyżby nam przeszło przez głowę
Zaśpiewać nasze hymny narodowe:
„Z dymem pożarów”, „Jeszcze nie zginęła”
Lub „Warszawiankę”? Bo to Rosji dzieła.
W Rosji się rodzą, bądźmy z sobą szczerzy,
Nasi wieszczowie, nasi bohaterzy.
Gdyby nie Rosja, czym byłby Kościuszko
Lub książę Józef? Spasibo, Matuszko!
No i ksiądz Marek, i Anhelli
Czy by bez Rosji kiedyś zasłynęli?
I przyznaj, gdyby nie Rosji chęć mocna i szczera,
Czy miałabyś, Polsko, swojego Grottgera?
Wreszcie Piłsudski, Wyspiański,
Karmieni piersią siostrzycy słowiańskiej.
Przecież tylokrotnie w tym życiowym wirze
Moskwa nam dała gościnę w Sybirze.
Gdzie się obrócisz, w którą spojrzysz stronę,
Wszędzie masz figury w Rosji ulepione.
I dziś mamy tej przyjaźni próbki,
Ślą nam Bieruty, Gomułki, Osóbki!
I czyż to już nie jest wprost szczytem wszystkiego,
Że nam na marszałka dano Żymierskiego?
Iluż podobnych Rosja nam daje,
Oczy łzami zachodzą, dech w piersi ustaje.
I czyż cię zachwyt, Polaku, nie bierze,
Widząc ducha Moskwy w naszym Pepeerze?
Rosja nam stworzy armię, co wystrzeli
Do tych faszystów Andersa, którzy by chcieli
Przekroczyć te nasze granice,
Gdzie płyną bogactwa wielkie krynice.
Taka rzeczywistość tylko dla nas, chłopy!
Kochajmy Rosję, liżmy Rosji stopy!!!

Olga, ile razy czytała ten wiersz, tyle razy śmiała się w głos. Nie spaliła go właśnie dlatego, że zawarta w nim ironia była odtrutką na absurd otaczającego ją świata.
– Pierwszy raz go widzę – powiedziała.
– Znaleziono go podczas rewizji.
– Nie wiem, czy to zaznaczono w protokole, ale ja nigdy nie zamykam drzwi na klucz. Włamano się do mnie dwukrotnie i żeby ocalić to, co z nich zostało, przestałam je zamykać. Każdy może wejść i podrzucić mi, co chce.
– Zgłosiłaś włamanie?
– Za pierwszym razem. Powiedziano mi wtedy, że takie osoby jak ja nie zasługują na ochronę ludowej milicji.
– Nie lubią cię we wsi – raczej stwierdził, niż spytał oficer. Wziął do ręki kilka kartek w kratkę i w linie, wyrwanych z zeszytu. – „Kupiła w gminnym sklepie papierosy Mocne i powiedziała, że ich nazwa pochodzi od słów »Moskwa okrada całą naszą Europę«”.
– To kłamstwo. Nie palę i nie kupuję papierosów.
– „Wyraża się wrogo w stosunku do obecnej rzeczywistości. W końcu miesiąca maja bieżącego roku opowiedziała taki kawał: Trzej mali chłopcy się przechwalają. Jeden mówi: Mój tatuś przyjechał z Ameryki i przywiózł mamie srebrnego lisa. Drugi mówi: Mój przyjechał z Anglii i przywiózł czarnego lisa. Trzeci na to: A mój ojciec przyjechał z Rosji i przywiózł mamie syfilisa. Nadmieniam, że mówiła to w formie złośliwej do ZSRR”.
– Nie lubię wulgarnych dowcipów.
– Nawet jeśli to dowcipy na temat Rosji?
– Przecież to moja ojczyzna.
Spojrzała mu w oczy i w nagłym przebłysku zrozumiała, że on z jakiegoś powodu jest jej ciekaw i że grzeszyła pychą, myśląc, że styl tego przesłuchania, innego niż wszystkie dotychczasowe, zawdzięcza własnej przemyślności.
– No to niech mi pani powie, co myśli o swojej ojczyźnie.
„Pani”! Postanowiła zaryzykować i odrzekła szczerze:
Strana rabow, strana gospod.
– Ojczyzna niewolników, ojczyzna panów… To słowa Lermontowa, nie twoje.
– Czyta pan… – Urwała. Jego poprzednik kilka razy boleśnie jej uświadomił, kto tu jest od zadawania pytań.
Uśmiech błysnął w jego oczach.
Lisz w legkom czełnokie iskusstwa ot skuki mira upływiosz.
– To Błok, prawda? – Nie mogła sobie przypomnieć tytułu. O czym był ten wiersz? Coś o smutku, florenckim skwarze w porze sjesty, cichym kościele, mdlejących w upale kwiatach…
Spojrzała na liście klonu za oknem. Tam było lato, dzieci grały w piłkę, ludzie chodzili po ulicach, jakby ich nie dotyczyła ani polityka, ani historia…
„Tylko w lekkiej łódeczce sztuki umkniesz od nudy świata”. Czemu zacytował wiersz, który Błok napisał we Włoszech na długo przed rewolucją? Chciał jej dać jakiś znak? Może głos Lorci, który usłyszała w pierwszy dzień po aresztowaniu, nie był urojeniem? Może…
– No to porozmawialiśmy sobie o poezji, a teraz powiedz coś własnymi słowami.
Z trudem oderwała wzrok od liści za oknem.
– Czasem myślę, że Rosja jest jak trojka.
– Trojka? Masz na myśli Stalina, Lenina i Marksa?
– Zwykłą trojkę zaprzężoną do sań. Na obrazach wspaniałe rumaki galopują przez bezkresną równinę, malowniczo odginając łby. Prawdziwe są tam tylko rosyjskie przestrzenie, śnieg i bujne końskie grzywy. Kto choć raz widział trojkę, wie, że zaletą tych wiackich koników nie jest uroda, tylko wytrzymałość. Na płótnie nie widać bólu ani strachu, których musiały zaznać, by się nauczyć tak zgodnie mknąć przez śniegi: żeby środkowy kłusował, a boczne galopowały: ten po lewej zawsze z prawej nogi, drugi zawsze z lewej…
– Do czego zmierzasz? Nie mam całego dnia – przerwał jej śledczy.
– Do tego, że Rosja inaczej wygląda z daleka, inaczej z bliska. Z daleka może wydawać się piękna, z bliska jest brutalna.
– Pozostaje się cieszyć, że odeszła w przeszłość i że Związek Radziecki nie ma z nią nic wspólnego.
„Wszystko jest jak dawniej – pomyślała Olga. – Tylko sto razy gorzej”.

Zaszufladkowano do kategorii Blog | 1 komentarz

Leonardo i jego Dama

 

„Ten obraz przez Leonarda d’Avinci malowany ma być portretem kochanki Franciszka I, króla francuskiego. Zwali ją La Belle Ferronière, miała być żoną kupca trzymającego sklep żelazny. Inni twierdzą, że mąż jej był patronem. Umizgi króla i pędzel Leonarda są zaletą tego obrazu. Osoba wydaje się być młodą, szczupłą i delikatną. Ubiór jej bardzo skromny. Trzyma zwierzątko do kuny podobne. Obraz ten dany do Domu Gotyckiego przez księcia Adama Czartoryskiego”, napisała księżna Izabela Czartoryska w katalogu swoich zbiorów.


Dom Gotycki, romantyczny pawilon otwarty w 1809 roku, to druga po Świątyni Sybilli budowla mająca pomieścić puławskie zbiory muzealne. Świątynia Sybilli była królewskim panteonem Polaków, Dom Gotycki – panteonem cesarzy, królów i książąt europejskich.
„Ten domek stanie na ustroniu, w głębi dzikiej promenady. Zbuduje się go z rozmaitych szczątków, jakie tu pozbierałam. Mam je stąd: po Kazimierzach, Zygmuntach, Zamoyskich, gzymsy, orły, odrzwia itd.”, pisała księżna Izabela do syna, Adama.

Hasło na jednej ze ścian głosiło: „Oby odtąd zwycięstwa nasze zatrzeć mogły pamięć klęsk doznanych”, frontowa ściana otrzymała imię Kazimierza Wielkiego i wmurowano w nią płaskorzeźbę orła zdjętą z zamku w Łobzowie. Była też ściana Długosza, ściana Kościuszki, ściana Żółkiewskiego. „Dom Gotycki, który zawiera pamiątki zagraniczne, zdawał mi się czczy i mało znaczący, póki nie umieściłam w nim jakiegoś wspomnienia mojej ojczyzny”.

Na piętrze, w Pokoju Zielonym, urządzono galerię malarstwa. Na honorowym miejscu wisiały portrety rodzinne Czartoryskich, dalej podobizny królów, wodzów, poetów, a także „mozaika florencka z wyobrażeniem Zwiastowania Najśw. Panny”, „gałązka cyprysu urwanego na grobie sławnej Inez de Castro w Coimbrze”, „portret Husa, wyrabiany z gliny wziętej z miejsca, na którym był spalony” i w końcu dzieło Leonarda.
Izabela Czartoryska nie była szczególną miłośniczką malarstwa, a ze starych mistrzów najbardziej ceniła Rafaela: „Rzadki geniusz, imaginacja obfita, wybór zawsze szczęśliwy, słodycz, przyjemność, doskonałość we wszystkich szczegółach”. Poza tym w ocenie zbiorów motyw patriotyczny górował nad innymi: „Przywiązanie, które mam do mojej ojczyzny, jest uczuciem niepospolitym i, mogę śmiało dodać, nieograniczonym. (…) Ojczyzno, nie mogłam cię obronić, niech cię przynajmniej uwiecznię”.
To wszystko sprawiło, że Dama z gronostajem nie była perłą w koronie, lecz takim samym eksponatem, jak relikwie Heloizy i Abelarda, krzesło Szekspira, kaftan łosiowy Cromwella czy chorągwie hiszpańskie z bitwy pod Lepanto.

Dziś Dama z gronostajem jest uważna za najcenniejszy obraz w polskich zbiorach.
W grudniu 2016 roku stała się własnością państwa, czyli nas wszystkich,  i od 18 maja można ją odwiedzać w Gmachu Głównym Muzeum Narodowego w Krakowie przy alei 3 Maja.

Byłam w gronie witających Damę krakowian. Nie przyszłam ani na koncert muzyki barokowej, ani na wino, ani po to, żeby sobie zrobić selfie na tle kopii, tylko żeby znowu ją zobaczyć. W ten wyjątkowy wieczór pozwolono ją fotografować.


Każdy kto oglądał film Vinci, wie, że portret jest namalowany na desce orzechowej i że jest nieduży: 54,7 na 40,3 cm (ale i tak nie mieści się w studzience kanalizacyjnej). Wie także, ile wąsów ma gronostaj i że kobieta na portrecie to Cecylia Gallerani, kochanka księcia Mediolanu Lodovica Sforzy.


Kiedy się na niego patrzy, czuje się w nim prawdę i moc.


No i jak miło popatrzeć na piękną kobietę, która ma drobne usta, a nie wypchany silikonem kaczy dziób.

(Cytaty pochodzą z książki Zdzisława Żygulskiego Dzieje zbiorów puławskich, Kraków 2009).

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz