Międzynarodowy Dzień Języka Ojczystego

 

Kochany Języku Polski!
W dniu Twojego święta życzę Ci zdrowia, szacunku i miłości ludzi oraz dalszego wspaniałego rozwoju.
Gdyby nie Ty, o ileż uboższe byłoby moje życie! Muszę Ci wyznać, że Cię uwielbiam i podziwiam z całego serca. Kto tak jak Ty potrafi pogodzić dżinsy ze szmizetką, media z kukuruźnikiem, miglanca z ziomalem!

Czy wiesz, że jesteś dla mnie jak wspaniały dom z ogrodem? W tym domu jest salon, gdzie używa się tylko pięknych słów, gabinet, w którym się pisze uczonym językiem, sypialnia, gdzie wymyśla się nowe słowa, bo – wybacz, że Ci to wypominam przy Twoim święcie – w pewnych dziedzinach jesteś skromniej rozwinięty, kuchnia, w której czasem zetrze się na tarce palec albo uderzy tłuczkiem nie tam, gdzie trzeba, i słychać „do diabła!” albo nawet „cholera jasna!”, i w końcu strych, na którym leżą słowa zapomniane, przykryte kurzem, które czasem się znajduje, podnosi do światła, zachwyca się i zabiera, żeby się nimi cieszyć.
A w ogrodzie na grządkach kiełkują słowa nowe, starannie dobrane i pielęgnowane, takie jak „zwolnienie monitorowane” i „podomka”, w kątach zaś bujnie się krzewią rozmaite slangi, języki zawodowe i wulgaryzmy, nic sobie nierobiące z ogrodnika, który próbuje je przycinać albo nawet trzebić.

Choć na Uniwersytecie uczono mnie czegoś innego, głęboko wierzę, że jesteś nam dany przez Boga. Ludzie nie umieliby stworzyć czegoś tak naturalnie pięknego – takich słów, jak heca, kredens, ancymonek, szadź. Lubię je i mam zamiar przekazać je wnukom.

Jestem redaktorką, ale nie z tych bezlitosnych, które przycinają Cię do literackiej nijakości. Lubię długie zdania, czas zaprzeszły, rzadkie słowa i niecodzienne skojarzenia. Zgadzam się na powtórzenia, choć Ty trudno je znosisz. Oboje przecież wiemy, że czasem są niezbędne, prawda? Lubię także słowa nowe i sekretne języki domowe. Pamiętasz „hecny kolor”, „z chętnością” i „weź się w garść”, które należą do tajemnego języka mojego domu?

Kocham Cię za o z kreską, erzet i żet, za wszystkie znaki diakrytyczne, i przepraszam, że gdy piszę SMS, to z lenistwa ich nie używam. Od razu przychodzi mi na myśl niezbyt cenzuralne powiedzenie profesora Bralczyka, że to jednak różnica zrobić komuś łaskę albo zrobić mu laskę.

No właśnie, wulgaryzmy. Serdecznie Ci życzę, żeby ludzie częściej mówili: „ale heca!”, „ojejku!”, „do diaska!”, nawet „do stu tysięcy fur beczek!”. Czasem gdy jadę tramwajem, myślę, że współczesne babcie powinny kultywować stary zwyczaj szorowania mydłem języka wnucząt, którym wypsnęło się brzydkie słowo. Ja tak kiedyś będę robić, obiecuję.

Sztywny mi wyszedł ten list, ale przecież wiesz, że to z szacunku, jakim Cię darzę. Tak często mnie onieśmielasz! Słucham Cię i z zachwytu zapiera mi dech. Dziękuję Ci za to, że jesteś!

Z szacunkiem, podziwem i miłością
B.Z.

Opublikowano Blog | Skomentuj

Dziewczynka w kapuście

 

Jeśli ktoś po przeczytaniu tytułu westchnął z ulgą: „Nareszcie, po jakichś plackach i zupie z dyni, coś konkretnego”, to muszę go rozczarować. Znów będzie o malarstwie.
Do malarstwa naprawdę można się przekonać. Moja córka, gdy miała jakieś sześć lat i pojechałyśmy do Wiednia, codziennie rano prosiła: „Tylko żadnego muzeum obrazowego, dobrze?”. Później poszła na historię sztuki.

Malarstwo węgierskie. Czy komuś coś to mówi? Mnie do niedawna nie mówiło nic. Dlatego gdy dostałam zaproszenie na wernisaż wystawy „Złoty wiek malarstwa węgierskiego (1836–1936)”, pobiegałam w te pędy.

Sto lat malarstwa – od XIX-wiecznego przebudzenia narodowego Węgrów do XX-wiecznego modernizmu, od akademickiego malarstwa portretowego do awangardowych płócien. Historia sztuki w pigułce: realiści i romantycy, symboliści i impresjoniści, fowiści i konstruktywiści, wychowankowie szkoły monachijskiej i paryskiej Académie Julian.

János Vaszary, Dziewczynka w ogrodzie warzywnym (1893)

János Vaszary (1867–1939) należał do najznakomitszego ugrupowania okresu międzywojnia – założonego w 1924 roku Nowego Towarzystwa Artystów Sztuk Pięknych, uznawanego za węgierski odpowiednik École de Paris.
Zachwycił mnie ten obraz. Niezwykła kolorystyka, niezwykła dziewczynka o chudziutkich rękach, drobnej kibici i oczach dojrzałej kobiety.

Miklós Barabás, Ferenc Liszt (1847)

Miklós Barabás (1810–1898), nazwany w katalogu wystawy „artystą-mieszczaninem”, wzięty portrecista, który prowadził szczegółowy spis swoich prac, zamówień i dochodów, uwiecznił na obrazach wielkich ludzi swojej epoki. „Był pierwszym węgierskim artystą, któremu wyłącznie dzięki działalności artystycznej udało się osiągnąć zacny mieszczański dobrobyt”.
Długo stałam przed portretem Liszta, myśląc: „Wspaniały”. Wspaniały portret, wspaniały muzyk, wspaniały węgierski strój, wspaniały instrument.
„Instrument niczym pokonany przeciwnik, muzyk jak zwycięski wódz. Czysto i jasno ukazany fortepian nie stanowi w tej kompozycji prostego elementu sceny rodzajowej, ale wręcz równy jest artyście. Na tym obrazie muzyka jest bronią, w dodatku bronią w walce staczanej za kulturę narodową, muzyk zaś jest tej walki wybitnym mistrzem. Nie słyszymy utworów kompozytora, ale tak jak widzimy artystę, tak czujemy siłę muzyki. Portret Liszta pędzla Barabása jest szczególnie udanym i wybitnym dziełem dlatego, że przedstawia takiego Ferenca Liszta, jakiego słyszymy w jego kompozycjach – ukazuje jednocześnie wielkiego muzyka i wielkiego Węgra”, nieco patetycznie, ale ładnie napisał w katalogu Gábor Bellák.

Miklós Barabás, Hrabia István Széchenyi (1848)

Hrabia Széchenyi, niezwykle bogaty i wpływowy polityk, wielka postać węgierskiego odrodzenia narodowego, był nie tylko mężem stanu, ale i przedsiębiorcą, autorem książek ekonomicznych, a przede wszystkim jednym z założycieli i mecenasów Węgierskiej Akademii Nauk.

Antal Ligeti, Krajobraz regionu Bodrogköz (1870)

Program narodowy w sztuce – to brzmi znajomo dla polskiego ucha. Miklós Barabás portretował wielkich Węgrów, inni, na przykład Antal Ligeti (1823–1890), uwieczniali węgierskie krajobrazy.

Jenö Jendrassik, Wdowa (1891)

W XIX wieku węgierskie malarstwo historyczne osiągnęło szczyt swego rozwoju. Tak jak Polacy walczyli z zaborcami, tak Węgrzy buntowali się przeciw panowaniu Habsburgów, a w malarstwie mieli swojego Matejkę i swojego Grottgera.

Viktor Madarász, Péter Zrínyi i Ferenc Frangepán w więzieniu w Wiener Neustadt (1864)

Viktor Madarász (1830–1917) przedstawił pożegnanie Petara Zrinskiego i Ferenca Frankopana, straconych w 1671 roku za udział w antyhabsburskim spisku. Przodkiem Zrinskiego, pochodzącego ze znakomitego rodu bana Chorwacji, był Nikola Šubić Zrinski, wsławiony obroną Szigetvaru obleganego przez Sulejmana Wspaniałego, potomkiem zaś książę siedmiogrodzki Franciszek II Rakoczy, jeden z węgierskich bohaterów narodowych.

Pál Vágó, Uchodźcy (1882)

Dziewiętnastowiecznym wynalazkiem była panorama, dzięki której widz mógł doświadczyć iluzji uczestnictwa w wydarzeniach historycznych. W 1896 roku pokazano w Budapeszcie namalowaną przez Jana Stykę i Wojciecha Kossaka Panoramę Racławicką. Stykę witał wtedy Pál Vágó (1853–1928), który później był w grupie malarzy tworzących pod kierunkiem Styki Panoramę Siedmiogrodzką, mającą 120 metrów obwodu i ukazującą jedną z bitew podczas walk niepodległościowych w 1849 roku. Głównym jednak tematem twórczości Pála Vágó był krajobraz Niziny Węgierskiej i jej mieszkańcy.

Lajos Deák-Ébner, Droga z dzikimi malwami (ok. 1880)

Lubię malarstwo pejzażowe, bo często nawiązuje do Arkadii, opiera się na nastroju, ma dawać ukojenie. „W pejzażu intymnym nic nie zakłóca spokoju obserwatora: ukazuje on przyjazne oblicze natury, światło jest równomierne, nie ma żadnych skrajnych zjawisk naturalnych, brak też motywów odwołujących się do historii” (Gábor Bellák).
Dla Lajosa Deáka-Ébnera (1850–1934), mistrza pejzażu intymnego, inspiracją był impresjonizm, a jednocześnie malarz wiernie oddawał rzeczywistość.
W przedstawieniach drogi kryje się jakiś czar. Może jest to obietnica tego, co zobaczymy za zakrętem?

Mihály Munkácsy, Pejzaż z aleją i budynkiem (ok. 1882)

„Horyzont dostosowany do punktu widzenia obserwatora, nieciekawe z perspektywy narodowego romantyzmu tematy: drzewa, lasy, polany, moczary, zagrody, potrzeba oddania naturalnych kolorów i wpływu światła, w końcu zaś malowanie na wolnym powietrzu i pomijanie przygotowań w pracowni – to znaki gruntownie nowego podejścia, które poprzedziło pojawienie się realizmu, naturalizmu i impresjonizmu” (Gábor Bellák).
Jednym z pierwszych reprezentantów tego nowego stylu był Mihály Munkácsy (1844–1900).
Urocza, choć uporządkowana i przemyślana kompozycja, drzewa tworzące niemal scenę, droga tajemniczo ginąca za zakrętem, wspaniałe światło. Taki obraz chętnie powiesiłabym sobie na ścianie.

Sándor Bortnyik, Czerwona butelka (1923)

No i na koniec awangarda. Sándor Bortnyik (1893–1976) tworzył dzieła o tematyce rewolucyjnej (stąd czerwień w tytułach – Czerwony maj, Czerwona lokomotywa), potem był konstruktywistą, Vaszary zaś połączył zainteresowanie fowizmem (syntetyczny rysunek graniczący z deformacją, ostre, kontrastowe kolory, często niemające związku z przedstawianymi motywami) z tworzeniem miejskich pejzaży.

János Vaszary, Promenada I (1934)
Opublikowano Blog | Skomentuj

Wspaniałych widoków!

 

Rondo Grunwaldzkie jest okropnym miejscem, pełnym aut, autobusów, spalin i wiecznych korków. Ma jednak zaletę: piękny widok na Wisłę, Wawel, Skałkę i Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha.


Od razu powiem, że nie lubię sztuki japońskiej. Nie rozumiem jej, wydaje mi się obca, sztuczna, nadmiernie skonwencjonalizowana. Ale gdy przeczytałam tytuł najnowszej wystawy „Kachō-ga. Obrazy kwiatów i ptaków w sztuce Japonii i Zachodu”, nie mogłam nie pójść do Mangghi.

„Nie mogę się doczekać kwiatów i wiosny i wyobrażam sobie już moje szaleństwa, jak cały pokój będzie pełny woni i barw zielska, zieloności, chwastów”, pisał Wyspiański do Rydla w styczniu 1896 roku. Jego Zielnik jest cudem, a na namalowane przez niego róże, bratki i nasturcje w kościele Franciszkanów mogę patrzeć godzinami. Na wystawie Wyspiańskiego jest niestety mało, ale to – obok słabego oświetlenia – jedyna jej wada.

Stanisław Wyspiański, Łabędzie
Stanisław Wyspiański, projekt poręczy z liśćmi kasztanowca i kwiatami lilii

Po raz pierwszy zobaczyłam prace Josepha Langera (1865–1918) i jego studia roślin i ptaków mnie urzekły. Niektóre wyglądają jak precyzyjne i wierne ilustracje botaniczne, nie dzieła malarskie.

Joseph Langer, Studia tulipanów
Joseph Langer, Studium liści gardenii
Joseph Langer, Chryzantemy indyjskie

Jest oczywiście Chełmoński, jest Stanisławski, Wyczółkowski, Sichulski.

Józef Chełmoński, Dropie
Jan Stanisławski, Dziewanna
Jan Stanisławski, Kwitnące maki
Leon Wyczółkowski, Mieczyki
Kazimierz Sichulski, Nasturcje

Jednak przede wszystkim jest Wojciech Weiss. Zachwycający! Od razu widzę moje grządki z nasturcjami, czuję szorstkość łodyg pomidorów i ich gorzki zapach.

Wojciech Weiss, Studium liści
Wojciech Weiss, Grządka. Nasturcje
Wojciech Weiss, Łodygi pomidorów

Można podpatrywać pracę malarza. Każdy lubi zaglądać do kuchni.

Wojciech Weiss, Studium żaby
Wojciech Weiss, Studium żab
Wojciech Weiss, Żaby w zaroślach

Widać także jak na dłoni inspiracje, nie tylko secesyjne.

Katarzyna Makieła-Organisty, Bukiecik maków i miska

I choć malarstwo Wschodu do mnie nie przemawia, zachwyciło mnie kilka przedstawień ptaków.

Ohara Koson, Biała czapla
Ohara Koson, Nurkująca kaczka krzyżówka

Na wystawie są także ornaty, witraże, naczynia, tkaniny, albumy z projektami wzorów na kimona.


„Uwierz mi, że niejednokrotnie więcej znajdziesz w lasach niż w księgach. Drzewa i kamienie pouczą cię o tym, czego nie usłyszysz od mistrzów”, napisał święty Bernard z Clairvaux. Kontemplację Stwórcy można zaczynać od kontemplacji najdrobniejszych stworzeń.

Na progu nowego roku życzę wszystkim pięknych widoków, także widoków na przyszłość, i czasu na podziwianie natury.

PS Wystawa została przedłużona do 22 stycznia 🙂

Opublikowano Blog | Skomentuj

Krakowskie szopki

W Krakowie pierwszym zwiastunem świąt jest konkurs szopek odbywający się w pierwszy czwartek grudnia pod pomnikiem Mickiewicza. To stara tradycja, zapoczątkowana w 1937 roku.

Kiedyś szopkarzami byli głównie murarze, bezrobotni od pierwszych mrozów, gdy przerywano prace budowlane. Małe szopki sprzedawali na Rynku, z dużymi – przenośnymi teatrzykami lalkowymi – chodzili po kolędzie. Z początku były to zwykłe pudełkowe sceny ze strzechą i ruchomymi lalkami do odgrywania jasełek. Potem zaczęto w nich wykorzystywać elementy krakowskiej architektury i tak narodziła się szopka krakowska: skomplikowana budowla z wieżami wzorowanymi na wieżach kościoła Mariackiego, katedry na Wawelu lub Ratusza.

Na wieżach powiewają biało-czerwone i krakowskie biało-niebieskie flagi, zdobi je Orzeł Biały i herb Krakowa (w polu błękitnym czerwony mur z trzema basztami, a w prześwicie bramy ukoronowany Orzeł biały).

W szopce, obok Świętej Rodziny, osła i wołu, Trzech Królów i pasterzy, pojawiają się bohaterowie krakowskich legend – Lajkonik, Smok Wawelski, Trębacz, a także znane postacie historyczne i współczesne – w tym roku, w 74. Konkursie Szopek Krakowskich, najpopularniejszy był chyba papież Franciszek.


Szopkarze – amatorzy i zawodowcy, dzieci i dorośli – przychodzą od rana pod Adasia i na stopniach pomnika ustawiają swoje szopki. Wcześniej komisja konkursowa je rejestruje i każdej nadaje numer. W południe przy dźwiękach hejnału korowód szopkarzy, prowadzony przez krakowiaka z kolędniczą gwiazdą, niesie szopki do Krzysztoforów, gdzie trzy dni później, w niedzielę, jury przyznaje nagrody, a potem szopki są prezentowane na wystawie w Muzeum Historycznym (do 26 lutego 2017).

W tym roku padało i tylko kilku straceńców postawiło swoje szopki na stopniach pomnika.


Twórcy ze swoimi szopkami oraz publiczność skupili się pod Sukiennicami.

Komisja osłonięta namiotem przepytywała twórców i musieli się spowiadać z wyborów architektonicznych i wszystkich innych.
– O, mamy tu nawet smoka! – mówi komisja.
– To smoczyca – poprawia młoda artystka.
– A po czym to można odróżnić? – pyta komisja, która nie uważała na lekcjach biologii.
– Ma pomalowane pazury.

Niektóre motywy były całkiem nowe.


Ale królowały tradycyjne, choć opracowywane na różne sposoby.


Od kilku lat szopki zdobią wystawy sklepów, księgarni, restauracji, banków w Rynku. W tym roku wielką szopkę ustawiono także koło Barbakanu, na placu Marii Magdaleny, na placu Szczepańskim, na Plantach koło Fortepianu Chopina – fontanny według projektu Marii Jaremy.

Franciszkanie kultywują tradycję żywej szopki, zapoczątkowaną w 1223 roku przez świętego Franciszka z Asyżu, który w Greccio ustawił w grocie żłób z sianem obok żywych zwierząt, by unaocznić, w jakich warunkach na świat przyszło Dzieciątko.
Już po raz dwudziesty na Plantach koło Bazyliki Franciszkańskiej w Wigilię przed pasterką i w święta będzie można kolędować, obejrzeć jasełka i zobaczyć Świętą Rodzinę jak żywą oraz osiołka, owce, kozy i lamy. Pamiętam oczy mojej córki, gdy przed laty głaskała żywe zwierzęta w tej szopce, pamiętam także stary harcerski zwyczaj palenia ogniska na Pasterniku po pasterce u Świętego Szczepana i dzielenia się jabłkami z miodem. Piękne czasy!
Pozdrawiam serdecznie Harnasi, a wszystkim odwiedzającym ten blog życzę wesołych Świąt.

Opublikowano Blog | Skomentuj

„Różany” już w sprzedaży!

 

rozany-okladki-z-opaska

Nowe wydanie cyklu Różany można kupić bezpośrednio u wydawcy
http://www.wydawnictwojak.pl/  (do świąt w cenie promocyjnej 63,20 zł za komplet),
a także w księgarniach, również wysyłkowych, takich jak Bonito.

5 tomów w jednym wydaniu

rozany-okladka-czesc-i-przodwolumin 1:
Droga do Różan
Wiosna w Różanach

rozany-okladka-czesc-ii-przod
wolumin 2:
Tylko dzięki miłości
Bądź przy mnie
Na zawsze Różany

Saga Różany to zaczynająca się na początku XX wieku, kończąca zaś współcześnie opowieść o losach Zosi Boruckiej, jej niani Zuzanny Hulewicz oraz jej przyjaciółki Marianny Milejko. Trzy kobiety z trzech różnych pokoleń wiąże podkrakowska wieś Różany i położony w niej dwór.
Przedwojenny i współczesny Kraków, brytyjska Tanganika, Prusy Wschodnie, hitlerowskie Niemcy, Rosja sowiecka, a przede wszystkim Różany, i na ich tle historia trzech niezwykłych kobiet. W sagach takich jak ta można poczuć smak międzywojnia, zanurzyć się w świecie, który na zawsze przeminął.

rozany-004

rozany-001

 

Opublikowano Blog | Skomentuj

„Różany” tom 5: „Na zawsze Różany”

 

rozany-przekladka-5

Wybierając tytuł, nawiązałam do pierwszych dwóch tomów, bo ten ma podobny charakter – akcja rozgrywa się współcześnie, jednak retrospekcje sięgają czasów przedwojennych.
To najkrótszy ze wszystkich tomów (ale i tak, jak inne, trochę go skróciłam). Niektórzy czytelnicy skarżyli się nawet, że jest za krótki. Lepiej jednak, by pozostał niedosyt niż wrażenie przesytu. No i każda historia kiedyś musi się skończyć 🙂

Ponad 1200 stron opowieści. Żeby w niej nie zbłądzić, dodałam drzewa genealogiczne trzech głównych bohaterek: Zuzanny, Zosi i Marianny. Otwierają oba woluminy, bo będą one też sprzedawane osobno, tak by ktoś, kto ma już na przykład 1 i 2 tom, mógł dokupić 3, 4 i 5.

rozany-drzewo-genealogiczne

Opracowując cykl graficznie, Basia Widłak zadbała o wszystkie elementy, nawet tak drobne, jak oznaczenie pierwszego i drugiego woluminu (bardzo mi się podoba ten nietypowy układ kropek) oraz pagina. Wystarczy chwila, by zauważyć, że kropki przed numerem strony to oznaczenie woluminu, a kropki po numerze – oznaczenie tomu.

Róża otwierająca 5 tom jest w pełnym rozkwicie. Być może symbolizuje szczęśliwą Zosię, a może równie szczęśliwą Mariannę?

Opublikowano Blog | Skomentuj

„Różany” tom 4: „Bądź przy mnie”

rozany-przekladka-4

Nie było łatwo wczuć się w męski świat, choć pisanie w rodzaju męskim przećwiczyłam już wcześniej, w Tylko dzięki miłości. Bardzo jednak się starałam, tak że aż łapałam się na tym, że prywatne e-maile piszę, używając czasowników rodzaju męskiego 🙂

Poprosiłam kilku przyjaciół, by krytycznie przeczytali ten tom (gdy przy takich okazjach mówię „bądź bezlitosny”, wcale nie żartuję). Zgłosili kilka poprawek, które wprowadziłam do tekstu, i jak jeden mąż ocenili, że Joachim jest wystarczająco męski i że to najlepszy tom z całego cyklu. Ja też tak myślę – to mój ulubiony.

Jeśli się przyjrzeć otwierającej Bądź przy mnie róży, można w niej zobaczyć streszczenie tego tomu: trzy kwiaty jak trzy kobiety, a jedna z nich ukryta przed światem. Można nawet pójść dalej: pączek uznać za symbol dziecka, którego Joachim pragnął, a wycięty listek za skazę jednej z jego kobiet.

Opublikowano Blog | 2 komentarze

„Różany” tom 3: „Tylko dzięki miłości”

 

rozany-przekladka-3

Kompletne wydanie Różan to pięć tomów w dwóch woluminach. Ten drugi wolumin, zawierający tomy 3–5, otwiera rysunek dwóch pączków róż, bo to nie tylko drugi wolumin, ale i drugie życie tej sagi.
Początkowo miało się skończyć na dwóch tomach, cieszyły się jednak tak dużym powodzeniem, że Wydawnictwo Otwarte poprosiło mnie o napisanie dalszego ciągu. Wykorzystałam sytuację i zaplanowałam jeszcze trzy tomy: dwa rozgrywające się wyłącznie w przeszłości, trzeci nawiązujący do dwóch pierwszych, czyli dziejący się współcześnie, przetykany retrospekcjami.

Tylko dzięki miłości kosztowało mnie najwięcej pracy – przejrzałam wszystkie numery „Ilustrowanego Kuryera Codziennego” z lat 1935–1939. Przy pierwszym wydaniu było mi żal każdego wycinka, każdego faktu i zdania, które usuwałam. Teraz bez wahania wyrzuciłam kilkadziesiąt stron i wyszło to książce na dobre.
Pan Andrzej Choczewski, który wtedy przygotował ten tom do wydania, dokonał cudu – gdy inni się poddali, on doprowadził wycinki z przedwojennej prasy do takiego stanu, że można je było zreprodukować w książce.
Ponieważ format jest tym razem większy, można je było powiększyć i da się je swobodnie czytać. Są ważne dla powieści, bo tworzą tło, oddają atmosferę epoki.

Na początku woluminu jest mapa Afryki Północnej i Środkowej. W poprzednim wydaniu była w czwartym tomie, kiedy jednak czytałam trzeci, często na nią patrzyłam i dlatego postanowiłam ją przenieść. Lubię książki, w których jest mapa.

Opublikowano Blog | Skomentuj

„Różany” tom 2: „Wiosna w Różanach”

rozany-przekladka-2

Ten tom jest przez czytelników najgoręcej chwalony. Zgadzam się, że jest lepszy niż pierwszy.
Jak już pisałam, dodałam do tekstu rozdział 15, który wcześniej był na stronie w zakładce Ścinki. Jakie jeszcze zaszły w nim zmiany? Dużo drobnych – usunęłam trochę zbędnych słów, niepotrzebnych zdań, zmieniłam kilka mniej ważnych scen i jedną ważną.
Jedna z mniej ważnych to opis uczuć Zosi w samolocie lądującym w Dubrowniku. Gdy pisałam tę scenę wyobrażałam sobie, że Zosia jest zdenerwowana przed spotkaniem z dziadkiem, którego miała zobaczyć po raz pierwszy w życiu, wydawnictwo jednak opatrzyło ją uwagą, że bohaterka powinna bardziej się bać. Skupiona na walce o ważniejsze rzeczy niż ta scena zmieniłam ją niemal automatycznie. Teraz znów Zosia jest tylko zdenerwowana, bo przecież nie ma powodu panicznie się bać.
Ważna scena to rozmowa Zosi z Leszkiem w rozdziale 49. Wydawało mi się, że wcześniej wystarczająco wiele razy sugerowałam, jaki jest stan uczuć Zosi – kogo naprawdę kocha, nie do końca zdając sobie z tego sprawę. Chyba jednak tylko mi się wydawało, bo kilka osób zwróciło mi uwagę, że nie bardzo rozumie, dlaczego Zosia nie wybrała Leszka. Teraz chyba nie będzie to budziło wątpliwości.

Czytając ten tom, jedna z koleżanek odkryła moją „obsesję majtkową”, z której kompletnie nie zdawałam sobie sprawy. Trochę majtek zniknęło więc z tekstu, choć na przykład w rozdziale 47 zostały. Już nieco mniej jestem podatna na wpływy, gdy chodzi o to, co mam zmienić w tekście 🙂

W poprzednich wydaniach były tylko dwa ozdobniki dzielące rozdziały na mniejsze części: różyczka i róża wiatrów. W tym wydaniu w każdym tomie jest inny ozdobnik – cztery różyczki, nawiązujące do róży ze strony tytułowej danego tomu, a w 4 tomie, historii Joachima – listek róży.

Rozpoczynająca 2 tom róża jest w pełnym rozkwicie, tak jak ta historia, która ładnie się rozwinęła. I ma pączek, jak zapowiedź naszego ulubionego ciągu dalszego 🙂

Opublikowano Blog | Skomentuj

„Różany” tom 1: „Droga do Różan”

 

rozany-przekladka-1

 

Napisałam tę książkę w 2009 roku i wysłałam do Wydawnictwa Otwartego, do jego poczty literackiej, przeznaczonej dla początkujących autorów. Jakieś pół roku później dostałam wiadomość, że tekst się spodobał, choć wymaga zmian i dopracowania.
Po długiej rozmowie z redaktor Marią Kulą przemyślałam spisaną historię i poprawiłam ją w wielu miejscach. Pierwsze wydanie Drogi do Różan ukazało się w 2012 roku.

Dziś, z perspektywy siedmiu lat, widzę, że poprawek było za mało 🙂 Przygotowując nowe wydanie pięciu tomów Różan, po raz pierwszy przeczytałam wszystkie części jedną po drugiej, bez przerw, i uznałam, że ten pierwszy tom – choć wiele osób go pochwaliło – jest najsłabszy z całej serii. Trudno się dziwić, nie miałam ani odwagi, ani doświadczenia.
W nowym wydaniu jest według mnie lepszy – trochę skrócony, z gruntownie przerobionymi kilkoma scenami. W rozdziale 10, który zamieściłam w zakładce „Poczytaj”, jest na przykład scena erotyczna stworzona niemal od nowa. Przy tej dawnej koleżanka mi napisała: „Nawet jej nie pocałował? Jestem oburzona!”.

Moje pisanie jest także zabawą literacką. Kiedyś „Gazeta Wyborcza” publikowała zagadki – teksty skompilowane ze zdań wziętych z rozmaitych powieści. Trzeba było odgadnąć ich autorów. Rozwiązywałam te zagadki razem z moją córką, także zagorzałą czytelniczką, i raz nawet dostałyśmy nagrodę – paczkę książek.
W tekście wszystkich tomów są rozsiane drobne kryptocytaty. Na przykład rozdział 10 zaczyna się od zdania: „Była pierwsza w nocy, gdy dojechał do Różan”. W pierwotnej wersji był to dosłowny cytat fragmentu zdania rozpoczynającego Rodzinę Połanieckich: „Była godzina pierwsza po północy…”, ale jedna z redaktorek uznała, że to źle brzmi, i poprawiła (nie zdradziłam, że to Sienkiewicz). Tak jak Połaniecki przyjechał do Krzemienia po pieniądze, tak samo Krzysztof przyjeżdża do Różan, by odzyskać stary dług.
Pewna scena jest wzorowana na scenie opisanej przez Galsworthy’ego – myślę, że jego miłośnicy łatwo odgadną która. Są też nawiązania do Miłosza, Prusa, Iwaszkiewicza, Dąbrowskiej i innych autorów, których lubię i których zdania mam w pamięci.

Roboczy tytuł tomu brzmiał „Mężczyzna, który pozwalał się kochać”, bo w pierwszej jego wersji było więcej o Krzysztofie i Zosi. Kiedy wysyłałam tekst do wydawnictwa, zaproponowałam tytuł „Za blisko”. Nie spodobał się i książka miała się ukazać jako „Sekrety róż”. Żartowałam wtedy, że sprzedaż będzie większa, bo stanie nie tylko na półce z powieściami, także wśród poradników ogrodniczych.

Nowe wydanie zostało opracowane przez niezwykle utalentowaną graficzkę Basię Widłak. Basia zaprojektowała piękne okładki, karty tytułowe, ilustracje, ozdobniki, mapy, paginy.
Na stronach tytułowych królują róże ze starego zielnika. W pierwszym tomie jeden pąk – jako zapowiedź rozwijającej się historii.

Opublikowano Blog | Skomentuj