„Pamiętasz tamto lato” już w sprzedaży!

 

W księgarni internetowej wydawnictwa Znak można już kupić Pamiętasz tamto lato
– z 25-procentową bonifikatą plus dostawa kurierem gratis.

https://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,116442,Pamietasz-tamto-lato

Napisałam tę książkę ponad rok temu – długo czekałam i w końcu jest! Bardzo się cieszę!

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

Pierwsza recenzja „Pamiętasz tamto lato”

 

Dziś na blogu Chabrowej Czytelniczki przeczytałam pierwszą recenzję swojej nowej książki. Pamiętasz tamto lato spodobało się jej. Bardzo się cieszę!

Recenzja na stronie
https://moje-ukochane-czytadelka.blogspot.com/2018/06/pamietasz-tamto-lato-bogna-ziembicka.html

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

„Pamiętasz tamto lato” w zakładce POCZYTAJ

 

Pamiętasz tamto lato ukaże się za trzy tygodnie, ale już dziś można przeczytać fragment tej nowej książki w zakładce POCZYTAJ. Zapraszam!

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

Nowa książka już za miesiąc

 

18 lipca ukaże się moja nowa książka Pamiętasz tamto lato.

Jest to historia czterech kobiet, które spędzają razem ostatnie lato przed drugą wojną światową, potem zaś spotykają się w 1951 roku, w zupełnie innym świecie.

Cztery kobiety, jeden mężczyzna i świat, który runął

Lato 1939. W Juracie jak co roku bawi się modne towarzystwo, a jasnowidz Stefan Ossowiecki przy popołudniowej herbatce zapewnia panie, że wojny nie będzie. Najważniejszymi wydarzeniami są wybory Miss Juraty, Najpiękniejszej Pani Polskiego Morza i Królowej Mody Letniej oraz doroczny bal maskowy.

Lato 1951. W Polsce panuje Bierut, coraz więcej jest procesów politycznych, wprowadzono nakaz pracy, plan 6-letni, wymianę pieniędzy, zakaz posiadania złota i dewiz. Ministerstwo Rolnictwa mobilizuje do walki ze stonką ziemniaczaną, którą – jak ogłoszono – zrzuciły przy polskiej granicy amerykańskie samoloty i która rozpełzła się po całym kraju.
W takim świecie muszą sobie radzić bohaterki: Olga, Bisia, Klementyna i Lorcia. Każda z nich ma inną historię, inne marzenia i plany, inny sposób na przetrwanie. Łączą je wspólnie spędzone ostatnie przedwojenne wakacje oraz mężczyzna, którego kochają.

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

Międzynarodowy Dzień Książki

 

Siedziałam kiedyś na fotelu dentystycznym – z zaciśniętymi pięściami i oczami, bo choć wiem, że teraz już nie boli, to moje ciało pamięta, jak kiedyś bolało – i usiłowałam podtrzymywać rozmowę z dentystką, pomrukując niewyraźnie „uhm”, „ta”, „rahja”. Dentyści naprawdę są biedni: opowiadają, zagadują, a w odpowiedzi słyszą tylko mamrotanie albo jęki.
– Pani pracuje w wydawnictwie, prawda? Czy mogę pani zadać trudne pytanie?
Przez głowę przemknęło mi mnóstwo trudnych pytań, które słyszałam, gdy mówiłam, gdzie pracuję: „Jak napisać bestseller?”, „Dlaczego kiedyś bohaterowie nie przeklinali, a dziś klną jak szewcy, no może z wyjątkiem Królewny Śnieżki?”, „Kto naprawdę napisał Cichy Don?”, „Ile zarabia pisarz?”, „Od lat piszę wiersze, mężowi bardzo się podobają, czy pani wydawnictwo mogłoby je opublikować?”, „Kto w tym roku dostanie literackiego Nobla?”.
– Ohywiście – odpowiedziałam, starając się nie udławić ssakiem.
– Wybrano mnie do redakcji naszego pisma naukowego i dziś pierwszy raz byłam na kolegium. Jedna z redaktorek chciała, żebyśmy głosowali, czy w piśmie ma być żywa pagina. Zagłosowałam „za”, bo tak głosowała większość, ale co to jest ta żywa pagina?

Każda profesja ma tajemny język: szewcy wyklepują tyłeczki, okuliści robią fako z jaskrą, aktorzy rzeźbią, wędkarze łowią na dorożkę, policjanci udzielają pouczenia z przedłużeniem, redaktorzy zaś polują na blurby, ustalają żywą paginę, tropią (i topią) sierotki, wdowy i bękarty.
Z okazji Międzynarodowego Dnia Książki dziś minisłowniczek języka wydawniczego.

adiustacja – przygotowanie tekstu do druku pod względem stylistycznym, poprawnościowym, ortograficznym i interpunkcyjnym

adres wydawniczy – miejsce i rok wydania dzieła, podawane najczęściej u dołu karty tytułowej

antykwa – każde pismo proste, w odróżnieniu od pochyłego (kursywy)

arkusz autorski – jednostka miary do obliczania objętości tekstu – 40 000 znaków (liczy się również odstępy między wyrazami) lub 700 wersów poezji, lub 3000 cm kw. ilustracji

bękart (wiersz zawieszony) – błąd w łamaniu polegający na zostawieniu na końcu strony pojedynczego wiersza rozpoczynającego następny akapit (muszą być co najmniej dwa wersy) lub przeniesieniu ostatniego wersu akapitu na następną stronę

boczek – tytuł podrozdziału lub ustępu książki umieszczony na marginesie

blurb – entuzjastyczna opinia o książce wydrukowana na okładce i podpisana znanym nazwiskiem

frontyspis (strona przytytułowa) – strona parzysta (lewa) poprzedzająca stronę tytułową, zawierająca fotografię autora, ilustrację, arabeskową ramkę, spis utworów itp.

kolacjonowanie (sczytywanie) – 1) szczegółowe porównanie dwóch tekstów (np. dwóch wydań tego samego tekstu, rękopisu z wydaniem drukowanym) w celu ustalenia tekstu wzorcowego; 2) sprawdzenie identyczności dwóch tekstów

kolumna szpicowa – niepełna kolumna zamykająca podrozdział, rozdział lub książkę; nazwa wywodzi się ze starej praktyki drukarskiej: kiedyś drukarze ostatnią kolumnę składali w szpic, tzn. pierwszy wers był składany na szerokość kolumny, następny był węższy, kolejny jeszcze węższy, tak że tworzyły ostry klin

korekta – sprawdzenie złamanego tekstu pod względem językowym (poprawność, ortografia, interpunkcja) oraz pod względem zgodności z materiałem ilustracyjnym zawartym w maszynopisie (k. wydawnicza), a także sprawdzenie technicznej strony tekstu (k. techniczna); autor robi korektę autorską – czyta tekst po korekcie wydawniczej i akceptuje go do druku

redakcja – mnóstwo czynności przy nadawaniu tekstowi postaci skończonej: sprawdzenie i poprawienie tekstu pod względem merytorycznym (r. merytoryczna), adiustacja, r. techniczna (wybranie kroju i wielkości pisma, rozmiaru kolumny, opracowanie materiału ilustracyjnego itp.)

sierotka – błąd w łamaniu polegający na zostawieniu na końcu wersu pojedynczego znaku, np. spójnika lub przyimka (nie jest sierotką zakończenie wersu w rodzaju: „właśnie skończył klasę 8”, „Henryk V”, „18 m”)

strona znormalizowana – jednostka miary do obliczania objętości tekstu – 1800 znaków (liczy się również odstępy między wyrazami); miara ta pochodzi z ery maszyn do pisania – na stronie A4 przy zwykłej interlinii mieściło się 30 wersów po 60 znaków w wersie

wdowa – zbyt krótki ostatni wers w akapicie, krótszy niż wcięcie akapitowe w danym tekście

żywa pagina – wers umieszczony nad kolumną tekstową (rzadziej pod kolumną) zawierający imię i nazwisko autora, tytuł książki albo tytuł rozdziału lub podrozdziału, a w słownikach i encyklopediach – pierwsze lub ostatnie hasło na danej stronie albo jego część

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

Ładne kwiatki!

Wieczorem nie zasłoniłam okien, bo gwiazdy tak pięknie świeciły, i rano obudziło mnie słońce. Otworzyłam oczy i zobaczyłam wirujące białe płatki. „Śnieg! Ładne kwiatki!” Od razu pomyślałam o moich kwiatkach, o krakowskich wiosennych kwietnych trawnikach, takich jak te w Rynku Podgórskim, o mojej jabłoni, która lada dzień zakwitnie, o pączkach na bzie.
Dopiero po chwili zrozumiałam, że to białe za oknami to płatki wiśni.
Wiosna! Kochajmy się!

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

Dzień Czekolady

Kolumbowi podobno nie smakowała. Dopiero gdy hiszpańscy mnisi do pikantnej i gorzkiej indiańskiej zupy z utłuczonych na proch ziaren kakaowca zaczęli dodawać cukier, cynamon i wanilię, zapanowała moda na gorącą czekoladę. Podawano ją wszędzie. Damy pokrzepiały się filiżanką aromatycznego napoju nawet podczas nabożeństw.

Dobrej jakości gorzka czekolada korzystnie wpływa na pracę mózgu i układu krążenia (obniża ciśnienie, poprawia elastyczność naczyń krwionośnych i płynność krwi), normuje poziom cholesterolu, chroni przed nowotworem piersi. I oczywiście polepsza nastrój, nawet łagodzi ból. Każdy wędrowiec wie, jak doskonale dodaje energii podczas marszu, a włoscy naukowcy odkryli, że filiżanka czekolady lub kakao lepiej niż kawa pomaga się zregenerować po zarwanej nocy.

Podobno naukowcy dowiedli również, że jedzenie czekolady działa na człowieka silniej niż całowanie się z ukochaną osobą (szczerze mówiąc, nie bardzo w to wierzę). Zakochane pary podłączano do aparatów rejestrujących rytm serca i zachowania mózgu, następnie polecano im się całować. W drugim etapie te same pary jadły czekoladę. Okazało się, że podczas tego drugiego etapu ich organizmy reagowały mocniej. (Może po prostu całowanie się pod okiem monitorów jest mało przyjemne).

Ziarno kakaowca kiedyś było walutą, dziś wielkość spożycia czekolady jest jednym z ekonomicznych wskaźników zamożności. Jak podaje „Gazeta Wyborcza”, w 2016 roku statystyczny Polak zjadł 6,3 kg czekolady i wyrobów czekoladowych, o 30% więcej niż w 2011 roku. Bogacimy się!
W Europie najwięcej czekolady jedzą Brytyjczycy (8,4 kg na osobę), Szwajcarzy i Niemcy.

Światowy Dzień Czekolady był wczoraj. Ci, którzy go przegapili, mogą się pocieszyć, że niedługo będzie następny, bo obchodzi się go także 7 lipca (w rocznicę przywiezienia ziaren kakaowca do Europy), 28 lipca (Dzień Czekolady Mlecznej), 22 września (Dzień Czekolady Białej), 28 października (amerykański Dzień Czekolady) i 10 stycznia (Dzień Czekolady Gorzkiej).

Niektórzy dietetycy twierdzą, że szpinak, zboża i czekolada pomagają dożyć w zdrowiu stu lat. Cóż, będę żyła krócej, bo nie przepadam za czekoladą. Wczorajsze święto uczciłam dwoma godzinami spędzonymi przy japońskiej herbacie z kawałkiem ciasta (bez czekolady, za to z płatkami chabrów). Urocze towarzystwo, do tego widok na Wawel, Skałkę i kwitnące japońskie wiśnie to lepsze niż najlepsza czekolada.

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

Wesołego Alleluja!

 

Już na niebie błysnął dzionek
I zabrzmiały dzwony z wieży,
Słońce wstaje, do kościółka
Lud pobożny tłumnie bieży.

I pieśń jedna wielka wzlata
Przed tron Boga, jak łza czysta,
Chrystus Pan dziś nam zmartwychwstał,
Więc mu chwała wiekuista.

Alleluja! alleluja!
Nucim pieśń wesela, Panie,
Daj po smutku, po żałości
I Twym ludom zmartwychwstanie!

Wesołych Świąt!

Tekst pochodzi ze zbioru Niech żyje! Zbiór toastów i przemówień do wygłaszania podczas zebrań towarzyskich, jubileuszów, wieczornic, obiadów, zaręczyn, wesel, chrzcin, imienin itp. uroczystości domowych z uwzględnieniem Wilii Bożego Narodzenia, Kolędy, Wielkanocy itd., zestawił Józef Chociszewski, Bytom 1900 (https://polona.pl/item/niech-zyje-zbior-toastow-i-przemowien-do-wyglaszania-podczas-zebran-towarzyskich,ODEwNzI2/3/#info:metadata)
Przedwojenne kartki świąteczne – ze strony polona.pl

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

Znam, ale nie używam

 

Słowa są podobne do ludzi: rodzą się, rozwijają, umierają. Czasem diametralnie zmieniają się w ciągu życia i nawet te zrodzone w rynsztoku wstępują na salony, a tylko wytrawni znawcy genealogii znają ich niechlubną przeszłość. Parafrazując Terentianusa Maurusa: habent sua fata verba – i słowa mają swój los.

„Kobieta”, słowo, bez którego trudno sobie wyobrazić komunikację, w powszechnym użyciu jest dopiero od 150 lat. Jak pisze Andrzej Bańkowski w Etymologicznym słowniku języka polskiego, tego obelżywego słowa „w znaczeniu poczciwym” odważył się użyć dopiero Naruszewicz. Wcześniej kobieta była wyłącznie „nikczemna, plugawa, szpetna, wszeteczna” i trudno się dziwić, bo wyraz ten – jak przypuszczają językoznawcy – był staropolskim germanizmem i znaczył dosłownie „koza z chlewa”. Niemieccy toruńscy mieszczanie nazywali tak pogardliwie dziewki służebne.

Równie fatalne pochodzenie ma „kiep” i „kiepski”. „Kiep kpa anat. ‘cunnus’ (zewnętrzne znamię płci żeńskiej: szczelina między fałdami skórnymi) (…) częściej przen. ‘osoba płci żeńskiej’ i ‘osoba płci męskiej zachowująca się nie po męsku, nierozumnie, niehonorowo’ XVI–XVII. Później tylko w wyrażeniach mieć (kogoś) za kpa, wystrychnąć (kogoś) na kpa” (Bańkowski). Współczesne potoczne „kiepski” (tak, tak, to słowo należy do języka potocznego, nie literackiego) jeszcze w XIX wieku znaczyło „nikczemny, podły” (u Mickiewicza: „zrobić nie zdoła dobrych chłopów z kiepskich ludzi”). Nie lubię tego słowa, na szczęście łatwo je zastąpić, mamy przecież takie słowa, jak: marny, lichy, słaby, nędzny, zły.

W ogóle nie lubię wulgaryzmów i dlatego ich nie używam. Być może na budowie nie da się inaczej rozmawiać. Nie wiem, nigdy nie pracowałam na budowie. Wiem jednak z doświadczenia, że gdy grają emocje, brzydkie słowo może się wymknąć. Nigdy nie zapomnę kłótni z mężem, podczas której wrzasnęłam: „Mam to w dupie!”. Minutę później drzwi do kuchni się otworzyły i wbiegła nasza córka (wtedy już studentka), wołając ze zgrozą: „Mamo, ty znasz takie słowa?!”. Znam, ale nie używam (prawie nigdy).

Zrobiło mi się przykro, gdy we wczorajszej „Gazecie Wyborczej” przeczytałam tytuł: „Ch.., dupa i kamieni kupa”. Prawicowa prasa podsumowuje sukces dyplomacji Morawieckiego. Kto jak kto, ale „Gazeta” powinna wiedzieć, że oba te określenia części ciała są równie wulgarne.

W październikowych „Książkach” jest – jak zwykle – dobry artykuł Mariusza Szczygła, tym razem o odmianie dziennikarstwa zwanej gonzo, którą uprawiał Hunter S. Thompson, a u nas pisze w tym stylu Ziemowit Szczerek. Oto próbka (Szczerek): „Polska leje z Radomia (…). Polska wbiła sobie do swojego głupiego łba, że jest od Radomia w jakikolwiek sposób lepsza. O k…., to dopiero jest beka. Ej, Polska. Nie jesteś. Jesteś dokładnie tak samo ch..owa”. Oczywiście w oryginale nie ma wykropkowań.

Thompson w wywiadzie dla „Playboya” opowiedział o genezie gonzo, dziennikarstwa bez zahamowań: „To był jeden z tych strasznych zawalonych deadline’ów. A ja już kompletnie nie miałem czasu. Byłem zdesperowany. (…) Zacząłem w końcu wyszarpywać kartki z mojego notatnika, numerować je i wysyłać do drukarni. Byłem pewien, że to był ostatni artykuł, jaki napisałem dla kogokolwiek. Potem, gdy tekst się ukazał, było mnóstwo listów, telefonów, gratulacji, ludzie nazwali to wielkim przełomem w dziennikarstwie. Pomyślałem: Rany boskie, jeśli mogę pisać w taki sposób, to dlaczego miałbym nadal próbować pisać jak »New York Times«?”.

Nie muszę czytać opisów narkotyczno-alkoholowych dziennikarskich i pisarskich podróży (próbowałam, ale naprawdę szkoda czasu), nie muszę czytać Szczerka, Grzegorzewskiej czy Wojny polsko-ruskiej. (Kto przeczytał tę książkę do końca, ręka do góry!) I przyklaskuję gryzącej ironii Mariusza Szczygła, gdy pisze, że „język Szczerka to język postinteligencki. Inteligent, aby wyrazić inteligentne treści, świadomie porzuca inteligencką formę”. Pewnie, po co się wysilać i pisać jak „New York Times”.

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

Adampol/Polonezköy

 

Brzmi to jak bajka, ale jest to prawda: daleko, daleko od ojczyzny, gdzieś na zalesionych anatolijskich wzgórzach, kryje się polska wieś.
Karel Drož

„Adampol, obecnie Polonezköy [tur., ‘polska wieś’], wieś w Turcji na północny wschód od Stambułu; liczy ok. 80 osób. W 1842 M. Czajkowski, z akceptacją ks. A.J. Czartoryskiego, założył tu osadę dla Polaków; do 1883 Adampol był własnością księży lazarystów, 1883–1968 rodziny Czartoryskich; 1968 mieszkańcy uzyskali ziemię na własność; wieś nadal zachowuje polski charakter; letnisko dla mieszkańców Stambułu” (Encyklopedia PWN).

Na początku podstawówki przeczytałam Złote korony księcia Dardanów Eugeniusza Paukszty (I wyd. 1967) – historię piętnastoletniego Julka z Ostródy, który na skutek splotu nieszczęść (śmierć matki, ciężka choroba ojca) trafia na jakiś czas do rodziny w Turcji, przeżywa tam mnóstwo przygód, m.in. bierze udział w wyprawie archeologicznej i jest świadkiem odkrycia starożytnego grobowca książąt Dardanów. Powieść zrobiła na mnie tak wielkie wrażenie, że zapragnęłam zostać archeologiem i hodowałam to marzenie jeszcze w liceum. Dowiedziałam się też z niej o istnieniu w Turcji polskiej wsi – Adampola.

Adampol „położony na skłonie szerokiej doliny, przecięty głębokim jarem, pełen intensywnej zieleni. Nad nią strzelała wieża kościółka, a potem rozrzucone wokoło wyłaniały się domy. (…) Niewielkie, pobielane, z ganeczkami u frontu, skryte w krzewach, pośród kwitnących drzew owocowych”.
„Pochodzę z Adampola, tam myśmy żyli wszystkim, co polskie. Może często przesadnie, może fanatycznie, ale to chyba jest usprawiedliwione w tej sytuacji. Żona pochodzi z innego środowiska, ze starej emigracji w Grecji. Już w domu jej ojca nie zawsze się mówiło po polsku… Widzisz, dla mnie najważniejsza jest sprawa dzieci. Po to przecież co roku jeździmy do Adampola, żeby się nałykały innego powietrza. Powietrza, gdzie szanuje się i kocha polskość. Dziwna wieś, dziwni w niej ludzie, może i trochę nie z dzisiejszego, goniącego zwariowanym tempem świata. (…) dla nas tu Polska bardziej jest rzeczą wyobraźni niż realnym konkretem” – zwierza się Julkowi dużo od niego starszy kuzyn ze Stambułu.
„Widzisz, te tereny należały kiedyś do francuskich lazarystów, takiego jakby zakonu. I od nich to kupił w 1842 roku ponad pięćset hektarów książę Adam Czartoryski. A właściwie zakupu dokonywał w imieniu księcia generał Władysław Zamoyski, którego sprawa interesowała tym bardziej, że zamyślał o losie swoich własnych dragonów niedaleko stojących. I już w tym samym roku zaczęli tu ściągać pierwsi osadnicy. Żołnierze, nie było wśród tych pierwszych ani jednego cywila. Przyjechało trochę dragonów Zamoyskiego, zjawili się tak zwani kozacy otomańscy Sadyka Paszy Czajkowskiego, gdzie większość stanowili Polacy, przybrnęli również żołnierze Mickiewiczowskiego legionu. Osiedlali się tu, często z rozpaczy, nie wiedząc, co dalej począć ze sobą, skoro do ojczyzny nie było po co wracać, jeżeli nad wszystko ceniło się wolność. Życie tutaj nie zapowiadało się łatwo, na tym skrawku między Bosforem a Morzem Czarnym, które wcale nie jest tak łagodne ani tak zawsze ciepłe, jak to nieraz się sądzi. Wiele to razy mgły zimne od niego ciągnące warzą nam wszystko w ogrodach i sadach. (…) Pustkowie tu było, bandy różne ciągnęły tędy, długi czas pierwsi osadnicy sypiali niemalże z bronią. Wszystko wyrastało od nowa. Nowe budowało się domy, nowy kościółek, nowe sadziło się drzewa. (…) Dzisiaj żyje tu jeszcze piąte z najstarszych, a tak szóste i siódme pokolenie. Osamotnione, jakże daleko od ojczystego kraju, zakopane w azjatyckiej Turcji. I spójrz, nie zapomnieliśmy języka ani obyczajów, nie ma takich, którzy by nie znali polskiego. (…) W roku 1934 Atatürk odwiedził nasz Adampol. Był tu prawie przez cały dzień. (…) Bardzo mu u nas się podobało, nie skłamię, jeśli powiem, że zachwyciła go nasza wieś. Oświadczył wtedy, że Turcy w całym kraju powinni z nas, Polaków, brać przykład. Zapowiedział także, żeby nikt nie wprowadzał tu żadnych zmian, żeby zachowany został na zawsze status tej wsi. (…) Mieliśmy sporą samodzielność, własne prawa. Do własnego cmentarza, wiary, kościoła, księdza, języka, zwyczajów, do swojego typu gospodarowania. Pamiętamy to Atatürkowi, stąd te portrety w naszych domach… (…) Kawałek Polski zagubiony w Azji…” – opowiada Julkowi mieszkająca w Adampolu ciocia Zosia.

Niedawno dostałam piękny prezent – książkę-album Polonezköy. Orzeł Biały pod niebem Półksiężyca z Gwiazdą, którą napisał Akgün Akova, na polski przetłumaczyła Grażyna Zając, wydało zaś tureckie Ministerstwo Kultury i Turystyki. Gdy tylko wzięłam ją do ręki, od razu mi się przypomniały Złote korony księcia Dardanów. Na fotografiach zobaczyłam to, co Paukszta opisywał: domy, w których portret Atatürka wisi obok portretów Piłsudskiego i Mickiewicza, czereśniowe sady („Adampol słynie z okresu czereśniowego. Letnicy przyjeżdżają do nas ze Stambułu na ten czas. Inaczej byśmy nie wyżyli, z samej ziemi”), polski cmentarz („A tu, na lewo, nasz cmentarz. Same polskie napisy. Ta kolumna jakby strzaskana przez pół, widzisz ją? To grób Ludwiki Śniadeckiej. Wiesz, tej, w której się tak kochał Słowacki. Była żoną Sadyka Paszy Czajkowskiego, generała w służbie tureckiej. Mój pradziadek, jeden z założycieli naszej wioski, też był w wojskach Sadyka Paszy… Kolumna złamana dlatego, że ona złamała wiarę, przeszła na mahometanizm”).

Akgün Akova pisze o tym, jak po rozbiorach Polacy wcieleni do rosyjskiego wojska zostali wysłani na Kaukaz, na wojnę przeciwko Czerkiesom. Wielu poległo, a ci, którzy dostali się do niewoli, byli sprzedawani jako niewolnicy. Przybyły potajemnie na polecenie księcia Adama Czartoryskiego do Stambułu Michał Czajkowski wykupował z pomocą księży lazarystów polskich żołnierzy wystawionych na sprzedaż na stambulskim targu. To właśnie oni byli pierwszymi mieszkańcami Adampola. Potem dołączyli do nich żołnierze z rozwiązanego po wojnie krymskiej polskiego oddziału kozaków sułtańskich.
Ziemię, na której założono Adampol, Adam Czartoryski wydzierżawił od zakonu lazarystów. Jego syn Władysław Czartoryski wykupił ją, zapewniając wsi niezależność. W 1968 roku rodzina Czartoryskich przekazała mieszkańcom Adampola akty własności ziemi. „Dzisiaj Polonezköy od dawna ma już za sobą nostalgiczny świat wiejskich gospodarstw i hodowli zwierząt, a mieszkańcy utrzymują się z gości zapełniających pensjonaty, restauracje i kawiarniane ogródki”.

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz