Węgrzy i kantorzy na Kazimierzu

 

01.FKZ 2016

Przed chwilą na Szerokiej skończył się koncert finałowy 26 Festiwalu Kultury Żydowskiej. Pamiętam finały na Kazimierzu w ulewnym deszczu, w zimnie (bez czapki i rękawiczek było ciężko) albo w takim upale, że tort urodzinowy mojej córki rozpuszczał się w oczach. Dziś, po gorącym dniu, zanosi się na burzę.
Jaki był ten festiwal? Według mojej siostry, która się na tym zna i nie opuściła ani jednego festiwalu, najlepszy był koncert Franka Londona, który w tym roku wystąpił z Glass House Orchestra.

02.Frank London

Tak, to był dobry koncert. Żywiołowy, świeży, ciekawy. Frank London w doskonałej formie, do tego wspaniały wokal Ediny Szirtes Mókus oraz niezwykły Béla Ágoston, który zmieniał instrumenty dęte jak rękawiczki i swobodnie przerzucał się z saksofonu na flet i z rogu na dudy.
03.Glass House Orchestra04.Bela Agoston05.Dudy

Każdy, kto ucząc się na pamięć koncertu Jankiela z Pana Tadeusza, miał przed oczami dziecięce cymbałki zabawkę, powinien tam być i zobaczyć prawdziwe cymbały.

06.Cymbały

Byłam też na koncercie inauguracyjnym, bo dostałam zaproszenie. Zawsze jestem ciekawa, kto kupuje bilety w absurdalnej cenie 200 zł, skoro połowa koncertu to przemówienia, podziękowania i hołdy składane sponsorom. Po przerwie, gdy oficjele będący tam tylko z obowiązku ulatniają się i zwalniają najlepsze miejsca, można usiąść i posłuchać tego, po co się przyszło – śpiewu. Nawiasem mówiąc, prezydent Majchrowski siedział do końca, choć podobno potężnie ziewał, co było widać w transmisji internetowej.

07.Prezydent Majchrowski

Oba koncerty – Franka Londona i inauguracyjny koncert kantorów – były w synagodze Tempel na Miodowej. Jej mauretański wystrój dobrze się prezentuje w sztucznym świetle.

08.Synagoga Tempel09.Babiniec
Jako miejsce koncertu Tempel sprawdza się tak sobie. Akustyka jest średnia, a wentylacja zła i w środku zwykle jest duszno. Ławki są niewygodne, a krzesła jeszcze mniej. Kolumny, głośniki i rozmaite urządzenia zasłaniają śpiewaków, miejsca nie są numerowane i najlepsze rezerwuje się dla VIP-ów, a ponieważ babiniec jest w remoncie, podczas pierwszej części koncertu inauguracyjnego dużo osób musiało stać.

10.Synagoga Tempel

Dlaczego więc poszłam na koncert? Dla Benziona Millera, mojego ulubionego kantora.

11.Benzion Miller

Kilka lat temu śpiewał na schodach synagogi Izaaka. Jego głos niósł się po całym Kazimierzu. Miałam wrażenie, że słuchają go nie tylko zebrani tłumnie ludzie, ale także domy i bruki, i duchy dawnych mieszkańców.
Teraz, no cóż… Głos niestety też się starzeje.
Nigdy za to nie zawodzi chór Wielkiej Synagogi w Jerozolimie.

12.Chór Wielkiej Synagogi w Jerozolimie


13.Yaakov Lemmer i Avraham Kirshenbaum

14.Trzej kantorzy

Na tydzień Kazimierz się zmienia. Oczywiście nie ubywa kawiarni, restauracji, piwiarni, lodziarni, pierogarni itp. (czasem mam wrażenie, że w każdym domu jest coś takiego) i mieszkańcy mają równie ciężkie życie (mieszkałam kiedyś na Kazimierzu i z ogromną ulgą się wyprowadziłam), ale częściej niż zwykle słychać hebrajski i częściej można zobaczyć mężczyzn w chałatach, w lisich czapach i z pejsami. W jakiś sposób należą do tego miejsca.

15.FKZ 2016

 

Opublikowano Blog | Skomentuj

Piach z rabarbarem

 

No i mamy lato. Długie czerwcowe zmierzchy, zapach róż, truskawki z bitą śmietaną i świeżą sałatę z ogródka.

01.czerwcowy zmierzch02.roza pachnaca fiolkami03.truskawki ze smietana04.salata z mojego ogrodka

Oczywiście, jak zwykle najlepiej mają koty. One umieją cieszyć się życiem.

05.Miki06.Miki

A my? Zupa z kociołka to na pewno sama radość. Rozpoczęliśmy już sezon i pierwsza zupa została zjedzona. Pyszna! (Choć papryczki tylko dla orłów).

07.zupa z kociolka

Skoro mowa o przyziemnych przyjemnościach, takich jak sałata z ogródka (jej zrywanie i patrzenie na nią jest jednak przyjemnością niemal duchową) i zupa z kociołka, to chciałabym przypomnieć, że kończy się rabarbar. Klub Placka z Rabarbarem, którego jestem gorliwą członkinią, nie zasypiał rabarbaru w popiele (jak niektóre barbarzyńskie Barbary mieszkające koło Barbakanu) i kilka placków zostało upieczonych, a potem pożartych (nawet dobrze wychowani ludzie rzucają się na takie ciasto jak szarańcza).

08.rabarbar

Najlepsze według mnie jest kruche ciasto z rabarbarem, tylko komu – oprócz mojej mamy – chce się go piec. Wywałkowanie cienkiego płata kładzionego na rabarbar to wyższa szkoła jazdy.
Ale piach, jak mówi moja koleżanka, czyli ciasto piaskowe, każdy potrafi upiec. Dziś więc piach z rabarbarem.

½ kg rabarbaru
25 dkg masła
1 i ¼ szklanki cukru kryształu
1 i ½ szklanki mąki (w klasycznym przepisie jest ziemniaczana, ale ja wolę ciasto z jednej szklanki mąki pszennej i pół szklanki ziemniaczanej)
4 jajka
2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia
skórka otarta z cytryny
cukier puder do posypania

Rabarbar obrać ze skórki i pokroić na kawałki długości 1–2 cm.
Wymieszać w misce mąkę z proszkiem i skórką cytrynową.
Utrzeć masło z cukrem.
Dodawać po jednym jajku, nie przerywając miksowania, a potem po łyżce dodawać mieszaninę z miski.

09.piach z rabarbarem

Wyłożyć ciasto na blachę wysmarowaną masłem i posypaną bułką tartą. Ciasto jest dość gęste. Jeśli będzie rzadkie, to też się upiecze i też jest dobre, tylko rabarbar opadnie na samo dno.
Posypać ciasto rabarbarem.

10.piach z rabarbarem

Piec około 45 minut w 180 stopniach.

11.piach z rabarbarem

Przestudzony placek posypać cukrem pudrem. Najlepszy jest jeszcze ciepły, ale – sprawdziłam – smakuje także na drugi dzień.

12. piach z rabarbarem

Już zmierzch. Kocham czerwcowe zmierzchy. Jakiś ptak śpiewa na modrzewiu. Dziś noc świętojańska. Pora udać się do ogródka i nazrywać lubczyku :)

13.lubczyk

A potem pełnia księżyca, ognisko i wróżby.

14.Zmierzch15.pelnia

Niech żyje lato! Niech trwa jak najdłużej!

16.niech zyje lato

Opublikowano Blog | Skomentuj

Widzę herb, myślę: Basia

 

W Galerii Jednej Książki można było podziwiać Herbarz Basi Widłak. Wystawa już się skończyła, ale Herbarz w formie książki jest w Bibliotece Głównej ASP na ul. Smoleńsk 9. Żeby go obejrzeć, trzeba włożyć białe rękawiczki, jednak warto, zapewniam.
Już sama biblioteka jest godna odwiedzenia – piękny budynek, począwszy od klamki i wizjera w głównych drzwiach, poprzez klatkę schodową, na widoku z okien kończąc.

01.Biblioteka ASP.klamka

02.Biblioteka ASP.wizjer

03.Biblioteka ASP.klatka schodowa

04.Biblioteka ASP.klatka schodowa

05.Biblioteka ASP.porecz schodow

06.Biblioteka ASP.widok z okna

Basia, czyli dr Barbara Widłak, adiunkt w Katedrze Komunikacji Wizualnej ASP, projektowaniem herbów zajmuje się od 1999 roku. Jest w tym mistrzynią. We współpracy z heraldykami z Uniwersytetu Jagiellońskiego koryguje nieprawidłowości w starych herbach, nadaje im nowy kształt graficzny oraz projektuje nowe herby.
Jej dziełem jest ponad siedemdziesiąt herbów (prawie wszystkie uzyskały akceptację Komisji Heraldycznej działającej przy Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji), między innymi herby związane z Krakowem – herb Stołecznego Królewskiego Miasta Krakowa, województwa małopolskiego i powiatu krakowskiego.

07.herb Krakowa

herb Stołecznego Królewskiego Miasta Krakowa
W polu błękitnym czerwony mur ceglany z trzema basztami, z których środkowa jest szersza, zwieńczonymi krenelażem, o trzech blankach każda, z czarnymi strzelnicami i okienkami. W murze brama o złotych otwartych podwojach, z okuciami w kształcie lilii i z podniesioną złotą broną. W prześwicie bramy ukoronowany Orzeł srebrny, ze złotym dziobem i złotymi szponami. Tarcza herbowa o tradycyjnym dla Krakowa renesansowym kształcie jest zwieńczona koroną o kwiatonach w kształcie lilii, zamkniętą kabłączkiem z kulką i krzyżykiem w zwieńczeniu.

Jakiż smakowity język, prawda? Opisy herbów tworzą heraldycy, czerpiąc między innymi z dawnego języka używanego przez heroldów w czasie turniejów rycerskich – jest to tak zwane blazonowanie (z francuskiego blasoner ‘opisywać herb’).

Projektowanie herbów to precyzyjna robota. Wystarczy spojrzeć na przykład na detal korony.

08.herb Krakowa detal

Reguły tworzenia herbów są niezmienne od średniowiecza (znaki rozpoznawcze na tarczach rycerzy pojawiły się prawdopodobnie w XI wieku, a w wieku XIII Matthew Paris, czyli Mateusz z Paryża, jako pierwszy umieścił wizerunki herbów w swojej Chronica majora). Forma powinna być nowoczesna, zasady pozostają stare. Trzeba uzyskać efekt trójwymiarowości, choć nie wolno cieniować ani używać perspektywy, właściwie dobrać kształt tarczy, godło, barwy (z zaledwie kilku, których wolno użyć), grubość linii konturowej. Nie wystarczy talent, trzeba mieć wiedzę historyczną i heraldyczną.

Herb to, najprościej mówiąc, tarcza i umieszczone na niej godło.
Kształt tarczy zależy od stylu epoki, w której herb powstał. Tarcza może być okrągła, owalna lub wieloboczna o kroju na przykład gotyckim, renesansowym, barokowym czy klasycznym.
Godło, zasadniczy element herbu, to symboliczny znak rozpoznawczy, na przykład stylizowane przedstawienie człowieka, zwierzęcia (rzeczywistego lub fantastycznego, zawsze jednak w pozycji bojowej), rośliny, ciała niebieskiego, budowli, broni, narzędzia, części ubrania. Zamiast całej postaci człowieka lub zwierzęcia często przedstawia się jej część – głowę, rękę, łapę, skrzydło.

W herbie Rzeczypospolitej godłem jest Orzeł Biały: Orzeł srebrny w złotej koronie, z takimże dziobem i szponami. A na przykład w herbie powiatu krakowskiego – głowa Orła Białego: ukoronowana głowa srebrnego Orła o dziobie i języku złotym.

09.herb pow. krakowskiego

10.herb pow. krakowskiego detal

W polskich herbach szlacheckich, ziemskich i miejskich dominują czerwień i srebro – barwy godła państwowego. Poza nimi istnieją jeszcze trzy zasadnicze tynktury (barwy heraldyczne): błękitna, zielona i czarna oraz jeden metal – złoto. Kolory są czyste, nasycone, bez odcieni.

11.herb woj. malopolskiego

herb województwa małopolskiego
W polu czerwonym Orzeł srebrny ukoronowany, ze złotą przepaską zakończoną trójliściem przez skrzydła, takimże dziobem, językiem i szponami.

12.herb woj. malopolskiego detal

13.herb woj. slaskiego

herb województwa śląskiego
W polu błękitnym Orzeł złoty.

14.herb woj. slaskiego detal

Projektant ma zatem cztery tynktury i dwa metale oraz ujednolicony kształt tarczy (we współczesnych herbach miejskich najczęściej stosuje się tzw. tarczę hiszpańską). Do tego masę innych ograniczeń. Tarczę można dzielić wyłącznie liniami prostymi. Godło ma być maksymalnie uproszczone, umieszczone centralnie, ma dobrze wypełniać tarczę, ale nie może dotykać jej brzegu. Nie wolno cieniować ani używać perspektywy. Wszystkie elementy muszą być spójne historycznie (pochodzić z tej samej epoki). Nie wolno stosować napisów. Oczywiście każdy herb musi być jedyny w swoim rodzaju i różnić się od innych. Uff!

15.herb Olkusza

herb Olkusza
W polu złotym brama miejska czerwona, bez wrót i brony, o dwóch wieżach, z czteroblankowym krenelażem każda, między którymi czarna kopaczka o okrągłej nasadzie, bez styliska, w słup, ostrzem ku górze.

 

Obok herbów państwowych, ziemskich i miejskich są herby dynastyczne, szlacheckie, rycerskie, kościelne, mieszczańskie, herby zgromadzeń i korporacji, urzędów i instytucji. W Krakowie widać je na każdym kroku.

17.herb Wawel

18.herb Wawel

19.herb Wawel

20.herb Wawel

21.herb Kanonicza

Pierwszy heraldyczny opis polskich chorągwi ziemskich dał w swoich Rocznikach Jan Długosz, pisząc o chorągwiach grunwaldzkich. Dopiero niedawno go przeczytałam, bo w moim starym wydaniu Krzyżaków został pominięty. Okropne okaleczenie, cenzura to była paskudna instytucja.

„Podczas gdy król polski Władysław trwał na słuchaniu mszy św. i modłach, całe wojsko królewskie na rozkaz miecznika krakowskiego Zyndrama z Maszkowic, a wojsko litewskie na rozkaz wielkiego księcia litewskiego Aleksandra z godną podziwu szybkością ustawiło swoje oddziały i chorągwie i stanęło w szeregach naprzeciw wroga. (…) Stwierdzono naocznie, że wojsko polskie miało w tej walce 50 znaków, które nazywamy chorągwiami, pełnych znakomitych i doświadczonych rycerzy oprócz chorągwi litewskich w liczbie 40.
Pierwsza była chorągiew wielka ziemi krakowskiej, której znakiem był biały orzeł w koronie z rozpiętymi skrzydłami na czerwonym polu. (…)
Druga chorągiew, gończa, miała jako godło dwa żółte krzyże na niebieskim polu. (…)
Trzecia, przyboczna, miała jako znak wywijającego mieczem męża w zbroi, siedzącego na białym koniu na czerwonym polu. (…)
Czwarta chorągiew, św. Jerzego, miała jako znak biały krzyż na czerwonym polu. Znajdowali się w niej wszyscy zaciężni Czesi i Morawianie. (…)
Piąta chorągiew, ziemi poznańskiej, miała za znak białego orła bez korony na czerwonym polu.
Szósta, ziemi sandomierskiej, miała znak, w którym w jednej połowie znajdowały się trzy żółte belki, czyli wręby, na czerwonym polu, a w drugiej siedem gwiazd na niebieskim polu.
Siódma, kaliska, miała jako znak głowę tura na szachownicy ozdobioną królewską koroną. Z jego nozdrzy zwisało okrągłe kółko.
Ósma, ziemi sieradzkiej, miała znak, w którego jednej połowie znajdowało się pół białego orła na czerwonym polu, a w drugiej połowie pół ognistego lwa na białym polu.
Dziewiąta, ziemi lubelskiej, miała za znak jelenia z rozłożystymi rogami na czerwonym polu.
Dziesiąta to ziemi łęczyckiej, której znak mieścił połowę czarnego orła i połowę białego lwa z koronami na głowach na żółtym polu.
Jedenasta chorągiew, ziemi kujawskiej, miała znak, na którym w jednej połowie było pół czarnego orła na żółtym polu, a w drugiej połowa białego lwa na czerwonym polu z koronami na głowach.
Dwunasta, ziemi lwowskiej, miała za znak żółtego lwa wchodzącego na skałę na niebieskim polu.
Trzynasta, ziemi wieluńskiej, miała jako znak poprzeczną białą strefę odpowiednio umieszczoną na czerwonym polu. (…)
Czternasta to chorągiew ziemi przemyskiej; miała jako znak żółtego orła na niebieskim polu z dwiema głowami odpowiednio nawzajem od siebie odwróconymi.
Piętnasta, ziemi dobrzyńskiej, miała jako znak na żółtym polu twarz starego człowieka widoczną aż do ramion z głową w koronie z rogami, które nadawały jej surowości.
Szesnasta, ziemi chełmskiej, miała za znak białego niedźwiedzia stojącego między dwoma drzewami na czerwonym polu.
Siedemnasta, osiemnasta i dziewiętnasta – ziemi podolskiej. Z powodu liczebności rycerstwa miała ta ziemia trzy chorągwie. Każda z nich miała jako znak tarczę słoneczną na czerwonym polu.
Dwudziesta, ziemi halickiej, miała jako znak czarną kawkę z koroną na głowie na białym polu.
Dwudziesta pierwsza i dwudziesta druga, księcia mazowieckiego Siemowita, miały za godło białego orła bez korony na czerwonym polu.
Dwudziesta trzecia, księcia mazowieckiego Janusza, miała znak, którego pole było podzielone na cztery części; na dwóch miała białego orła, a na dwóch pozostałych, w poprzek do siebie położonych, puchacze na biało-czerwonej szachownicy.
Dwudziesta czwarta, arcybiskupa gnieźnieńskiego Mikołaja Kurowskiego, miała jako godło rzekę z krzyżem na czerwonym polu.
Dwudziesta piąta, biskupa poznańskiego Wojciecha Jastrzębca, miała jako znak podkowę z krzyżem w środku na niebieskim polu. (…)
Dwudziesta szósta, kasztelana krakowskiego Krystyna z Ostrowa, miała jako godło niedźwiedzia niosącego ukoronowaną dziewicę na czerwonym polu.
Dwudziesta siódma, wojewody krakowskiego Jana Tarnowskiego, miała za znak księżyc z rogami z gwiazdą pośrodku na niebieskim polu.
Dwudziesta ósma, wojewody poznańskiego Sędziwoja z Ostroroga, miała jako godło zwiniętą i związaną przepaskę z końcami rozpuszczonymi na czerwonym polu.
Dwudziesta dziewiąta, wojewody sandomierskiego Mikołaja z Michałowa, miała jako znak białą różę na czerwonym polu.
Trzydziesta, wojewody sieradzkiego Jakuba z Koniecpola, miała jako godło białą podkowę z opuszczoną w dół przednią częścią, opatrzoną krzyżem, na czerwonym polu.
Trzydziesta pierwsza, kasztelana śremskiego Jana, czyli Iwana z Obiechowa, miała za znak głowę żubra, z którego nozdrzy zwisa okrągłe kółko, na czerwono-złotym polu.
Trzydziesta druga to chorągiew wojewody łęczyckiego Jana Ligęzy z Bobrku. Jej znakiem była ośla głowa na czerwonym polu.
Trzydziesta trzecia, kasztelana wojnickiego Andrzeja z Tęczyna, miała za znak jeden topór na czerwonym polu.
Trzydziesta czwarta, marszałka Królestwa Polskiego Zbigniewa z Brzezia, miała w godle ziejącą ogniem głowę lwa na niebieskim polu.
Trzydziesta piąta, podkomorzego krakowskiego Piotra Szafrańca z Pieskowej Skały, miała za znak białego konia przewiązanego w środku derką na czerwonym polu.
Trzydziesta szósta, kasztelana wiślickiego Klemensa z Moskorzewa, miała godło, na którym było półtrzecia niebieskiego krzyża na żółtym polu.
Trzydziesta siódma, kasztelana śremskiego i starosty wielkopolskiego Wincentego z Granowa, miała za znak łukowaty księżyc z gwiazdą pośrodku na niebieskim polu.
Trzydziesta ósma, Dobiesława z Oleśnicy, miała jako znak biały krzyż i w czwartym rogu krzyża podwójny wrąb na kształt podwójnej litery V na czerwonym polu.
Trzydziesta dziewiąta to Spytka z Jarosławia, której znakiem był łukowaty księżyc z gwiazdą pośrodku na lazurowym polu.
Czterdziesta, Marcina ze Sławska, miała za znak w górnej części ciało lwa, a w dolnej cztery głazy.
Czterdziesta pierwsza, Dobrogosta z Szamotuł, miała jako godło półokrągłą, związaną w środku przepaskę na czerwonym polu.
Czterdziesta druga, kasztelana sądeckiego Krystyna z Kozichgłów, miała jako znak podwójną strzałę z krzyżem na czerwonym polu.
Czterdziesta trzecia, Jana Mężyka z Dąbrowy, miała jako godło dwie ryby, zwane pstrągami, jedną na białym polu, drugą na czerwonym.
Czterdziesta czwarta, podkanclerza Królestwa Polskiego Mikołaja, miała za znak trzy trąby na białym polu.
Czterdziesta piąta, Mikołaja Kmity z Wiśnicza, miała jako znak czerwoną rzekę z krzyżem.
Czterdziesta szósta, braci i rycerzy Gryfów, miała jako znak białego gryfa na czerwonym polu. (…)
Czterdziesta siódma, rycerza Zakliki Korzekwickiego, miała za znak białą łękawicę w kształcie podwójnej litery V z krzyżem na czerwonym polu.
Czterdziesta ósma była braci i rycerzy koźle rogi noszących jako znak – trzy włócznie złożone na krzyż na czerwonym polu. (…)
Czterdziesta dziewiąta, pana z Moraw Jana Jenczykowica, miała za znak na czerwonym polu białą, napiętą strzałę na końcach zakrzywioną, którą Polacy nazywają odrowążem. (…)
Pięćdziesiąta, podstolego krakowskiego Gniewosza z Dalewic, miało jako znak białą strzałę w środku rozwidloną na prawo i lewo, z krzyżem nad poprzecznym rozwidleniem na czerwonym polu. (…)
Pięćdziesiąta pierwsza, księcia litewskiego Zygmunta Korybuta, miała za znak męża w zbroi siedzącego na koniu na czerwonym polu.
Prócz tego było w wojsku litewskim 40 chorągwi wielkiego księcia litewskiego Aleksandra Witolda, pod którymi stawili się jedynie żołnierze litewscy, ruscy, żmudzińscy i tatarscy. Miały one jednak mniej liczne szeregi i mniejszą ilość broni niż oddziały polskie. Nie dorównywały również Polakom, gdy chodziło o konie. Godła zaś tych chorągwi były niemal wszystkie jednakowe. Prawie każda bowiem miała w herbie na czerwonym polu zbrojnego męża siedzącego na białym, niekiedy na czarnym albo rudym lub pstrokatym koniu i potrząsającego ręką z mieczem”.
(źródło: http://staropolska.pl/sredniowiecze/dziejopisarstwo/Dlugosz.html)

Opublikowano Blog | Skomentuj

Światowy Dzień Książki

 

Która to już godzina? Naprawdę po północy? Zaczytałam się i zapomniałam o całym bożym świecie.
Dawno nie dodałam żadnego wpisu i właśnie dziś chciałam coś napisać. Ale nie mam czasu. Czytam :)

Opublikowano Blog | 2 komentarzy

Nowosielski na Azorach

 

Dawno nie byłam na Azorach i postanowiłam tam się wybrać. Kiedyś mieszkałam na tym brzydkim osiedlu w północno-zachodniej części Krakowa, w przytłaczającym wielkością bloku. Azory czy Ruczaj to smutny spadek po PRL-u – zbudowane na przedmieściach bloki, wciśnięte bez ładu i składu między istniejące tam domki, ogródki, laski i łąki. Dziś wydaje się to niewiarygodne, ale w latach 80. połowa mieszkańców Krakowa gnieździła się w takich kanciastych klockach. Przeciętne mieszkanie miało 40 metrów kwadratowych i często ślepą kuchnię. Był okres, że zakazano budowy balkonów jako zbędnego luksusu. W Nowej Hucie widziałam blok, w którym okrojono nawet łazienki – w mieszkaniach zainstalowano jedynie ubikację i mikroskopijną umywalkę, a wspólne prysznice były na korytarzu.
Stanisław Barańczak nazwał takie mieszkania „schronieniem w betonie”.

Skąd nazwa Azory? Pamiętam, że był to temat jednego z harcerskich zwiadów i do znudzenia zadawałyśmy to pytanie mieszkańcom. Odpowiedzi były dwie: to wieś, gdzie każdy ma swojego psa Azora, oraz druga, chyba bliższa prawdy – przezwano tak to powstałe w latach 30. podmiejskie osiedle tanich, skromnych domków, gdyż o nim, tak samo jak o Azorach, prawie każdy w mieście słyszał (na jednej z azorskich wysp w 1929 roku rozbił się polski samolot podczas nieudanej, pionierskiej próby przelotu przez Atlantyk w kierunku zachodnim), mało kto jednak wiedział, gdzie to jest. Wiadomo było tylko, że gdzieś daleko.

Pojechałam więc na Azory. Po co? Żeby wejść do kościoła pod wezwaniem Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny, napaść oczy malarstwem Jerzego Nowosielskiego i przypomnieć sobie piękne słowa Gorzkich żalów.

Kościół i klasztor Franciszkanów na Azorach zaczęto budować w 1938 roku. Gdy wybuchła wojna, nakryto dachem ukończony już parter klasztoru oraz salę pod prezbiterium kościoła, gdzie urządzono tymczasową kaplicę. Po wojnie nowe władze odmówiły zgody na kontynuowanie budowy i to, co było prowizorką, przez prawie czterdzieści lat służyło jako kościół mieszkańcom rozrastającego się osiedla.
Dopiero w 1973 roku Braciom Mniejszym udało się zdobyć pozwolenie na wznowienie prac. Podobno władze planowały, że gdy kościół będzie już zbudowany, naturalnie z funduszy kościelnych i składek parafian, odbiorą budynek i urządzą w nim kino. Rzeczywiście, można w nim sobie wyobrazić przestronną salę kinową.

01.Kosciol na Azorach

4 maja 1974 roku kardynał Karol Wojtyła dokonał wmurowania kamienia węgielnego, pochodzącego z Groty Zwiastowania w Nazarecie i poświęconego przez papieża Pawła VI, gotowy kościół konsekrował zaś kardynał Franciszek Macharski 8 grudnia 1979 roku.

Krakowianom, mającym tyle wspaniałych, starych kościołów, nie zaimponuje skromny budynek wciśnięty między bloki (budowane w PRL-u kościoły nie mogły być wyższe niż otaczające je domy). Jeśli jednak ktoś wejdzie do środka, olśniony, nieprędko wyjdzie.
Wnętrze kościoła to jedna przestrzeń i całą dekorację widzi się od razu. Harmonia, prostota, światło. Ascetyczna pustka, którą pamiętam z początków kościoła, teraz jest nieco zakłócona, lecz i tak uderza. A jeszcze mocniej – szczególnie na tle ciepłej barwy drewna – surowość stacji Drogi Krzyżowej namalowanej przez Jerzego Nowosielskiego.

12 grudnia 1977 roku Nowosielski pisał do Henryka i Marii Paprockich: „Ja dopiero niedawno zakończyłem realizację wielkiego malowidła – ściany eucharystycznej w nowoczesnym, udanym architektonicznie kościele w nowej dzielnicy Krakowa – Azory”*.

06.Stacja XII,XIII.XIV_oltarz glowny

Gorzkie żale, przybywajcie,
Serca nasze przenikajcie.
Rozpłyńcie się, me źrenice,
Toczcie smutnych łez krynice.
Słońce, gwiazdy, omdlewają,
Żałobą się pokrywają.
Płaczą rzewnie aniołowie,
A któż żałość ich wypowie?
Opoki się twarde krają,
Z grobów umarli powstają.
Cóż jest, pytam, co się dzieje?
Wszystko stworzenie truchleje!

02.Stacja I_Jezus na smierc skazany

Na ból Męki Chrystusowej
Żal przejmuje bez wymowy.
Uderz, Jezu, bez odwłoki
W twarde serc naszych opoki!
Jezu mój, we krwi ran swoich
Obmyj duszę z grzechów moich!
Upał serca swego chłodzę,
Gdy w przepaść Męki Twej wchodzę.

04.Stacja VIII_Jezus spotyka placzace niewiasty

Jezu, srogim krzyża ciężarem
Na kalwaryjskiej drodze zmordowany,
Jezu mój kochany!
Jezu, do sromotnego drzewa
Przytępionymi gwoźdźmi przykowany,
Jezu mój kochany!
Jezu, jawnie pośród dwu łotrów
Na drzewie hańby ukrzyżowany,
Jezu mój kochany!

05.Stacja XI_Jezus do krzyża przybity

Okrutnym katom posłusznym się staje,
Ręce i nogi przebić sobie daje.
Wisi na krzyżu, ból ponosi srogi
Nasz Zbawca drogi.

O słodkie drzewo, spuśćże nam już ciało,
Aby na tobie dłużej nie wisiało!
My je uczciwie w grobie położymy,
Płacz uczynimy.

07.Stacja_XIV

Profesor Stanisław Rodziński, który w imieniu Jerzego Nowosielskiego odbierał dyplom honoris causa Uniwersytetu Jagiellońskiego (Nowosielski był drugim – po Janie Matejce – malarzem wyróżnionym w ten sposób przez Uniwersytet), tak napisał z tej okazji:

„A przecież wystarczy porównać ukrzyżowania na ikonach nowogrodzkich czy włodzimierzowskich, na których Chrystus mimo męki i śmierci jest zwycięzcą, i zestawić je z Drogą Krzyżową Nowosielskiego w kościele na krakowskich Azorach. Tu przy zachowaniu rytmu czy koloru mogącego przypominać ikonę, przy zastosowaniu podobnych układów kompozycyjnych czy rozbłyskujących na brunatnych postaciach świateł – jesteśmy świadkami egzekucji. Jesteśmy świadkami interpretacji odwiecznego motywu w malarstwie religijnym, ale wiemy, że teksty ewangeliczne przeczytał i namalował człowiek, który przed laty na ulicach swego miasta mógł być świadkiem łapanki czy masowego rozstrzelania. W mym przekonaniu w malarstwie Jerzego Nowosielskiego dochodzi do tajemniczej w istocie syntezy odczuwania i myślenia Wschodu i Zachodu. (…)

Sam artysta zaznacza wyraźnie, że »Sztuka to działanie duchowe«, a co za tym idzie, że sztuka w całości, niejako z natury swej, jest obszarem sacrum. (…) malarstwo Nowosielskiego jest od dziesięcioleci ponawianym trudem, by ukazać Niewidzialne. By w twórczym przeczuciu zbliżyć się do rzeczywistości nadprzyrodzonej, by w procesie twórczym uświęcić rzeczywistość widzialną. (…) Na pewno jest tam olśnienie i nadzieja płynąca z wiary, jest miejsce na piękno świata, jest miejsce na geometryczną rzeczywistość trójkątów, kół i kwadratów. Jest też miejsce na grzech i na miłosierdzie. W tym malarstwie spotyka się więc to, co wydaje się, że spotkać się nie może. Mam tu na myśli obrazy powstałe z zachwytu nad geometrią, ale i te, które rodzą się żywiołowo, gdy olśnienie jest silniejsze od reguł. Obrazy powstałe z niepokoju i goryczy, ale i z niezachwianej wiary w spotkanie człowieka z Bogiem”**.

Po wielkopiątkowej zadumie przyjdzie pora na wielkosobotnie nawiedzanie grobów w krakowskich kościołach. Jeśli ktoś odwiedzi kościół na Azorach, przy okazji będzie mógł się napawać pięknem obrazów Jerzego Nowosielskiego.
A potem, po Wielkiej Nocy Cudu, słoneczny niedzielny poranek, nadzieja i radość rezurekcji oraz pyszne rodzinne śniadanie.
Życzę wszystkim mnóstwa wielkanocnej radości!

 

* Jerzy Nowosielski, Listy i zapomniane wywiady, Kraków 2015.
** Stanisław Rodziński, „PAUza Akademicka” nr 81, 13 maja 2010.

Opublikowano Blog | Skomentuj

Zapraszam do słuchania „Koła Kultury” w czwartek o 21

 

Pani redaktor Barbara Gawryluk z Radia Kraków zaprosiła mnie do swojej audycji Koło Kultury. W najbliższy czwartek, 24 marca, zaraz po godzinie 21 będziemy rozmawiać o Różanach, a pewnie jeszcze o wielu innych rzeczach.

Dla słuchaczy będą egzemplarze ostatniego tomu cyklu – Na zawsze Różany. A tych, którym nie uda się dodzwonić i nie dostaną książki, chciałam pocieszyć – można już ją kupić nie tylko na stronie Wydawnictwa JAK, lecz także w niektórych księgarniach oraz w Bonito. Wydawnictwo sprzedaje resztkę nakładu w wyjątkowej okładce z fotografią dworku w Stryszowie, więc jeśli komuś podoba się ta okładka, powinien się pospieszyć, bo nie będzie dodruku. Kolejne wydanie całego cyklu ukaże się w zupełnie nowej oprawie graficznej.

Opublikowano Blog | Skomentuj

Dwór Czeczów, kury i krokodyl nilowy, czyli Bieżanów

 

Nie czarujmy się – Bieżanów to nie brzmi dobrze. Zawsze kojarzył mi się z niezbyt bezpiecznym blokowiskiem („Fikasz, to znikasz. A jak nie fikasz, to też znikasz”), potem z wytwórnią drożdży, którą kiedyś, gdy jeszcze była czynna, kierował mój mąż. Znałam historię drożdżowni, wywodzącej się z założonej w 1920 roku Fabryki Drożdży i Spirytusu Jana Czecza i Stanisława Porębskiego, nie miałam jednak pojęcia (choć to przecież logiczne), że obok Nowego Bieżanowa istnieje jeszcze stary Bieżanów.

Biezanow1
Bezśnieżny luty nie dodaje miejscom urody, mimo to gdy rok temu po raz pierwszy w życiu spacerowałam po starym Bieżanowie, urzekła mnie jego podmiejska, a właściwie wiejska atmosfera. Kury w ogródku nie są tu rzadkością, a ogłoszenia z miastem nie mają nic wspólnego.

Biezanow ogloszenie

Bieżanów cztery lata temu obchodził osiemsetletnią rocznicę powstania. Pierwsza wzmianka o wsi zwanej Bezanow, Byezhanow, Beschanow lub Beszanow (potem Bierzanów, a od 1922 roku – Bieżanów) pochodzi z 11 maja 1212 roku – rycerz Radwan przekazał wtedy wieś Helenie, wdowie po swym bracie Raciborze, która potem podarowała ją krakowskiej kapitule katedralnej.
Odpis tego dokumentu znajduje się w kronice parafialnej.

Dan 11 maja 1212 roku w Krakowie
Niech wszystkim żyjącym w chwili obecnej i w przyszłości będzie wiadome, że ja, Radwan, [w czasie układów] z Pakosławem, kanonikiem krakowskim, i jego siostrą, kiedyś żoną mojego starszego brata Raciborza, w związku ze spadkiem, który wymieniony powyżej małżonek, mój brat Racibor, tak za życia, jak i po śmierci na nią przeniósł, chciałem obalić legat, uważając, że został on uczyniony z moją szkodą. Wskutek tego powstał między nami spór. Załatwiłem go w taki sposób, że dla dobra i spokoju z tego względu, żeby zbożna darowizna częściej już wspomnianego mojego brata nie była daremna, zrzekłem się zbożnie i dobrowolnie na rzecz jego żony pretensji do wsi, która nazywa się Besanowo, na takich warunkach, że ona sama będzie posiadała nieprzerwanie ową wieś Besanow z tytułu prawa do dziedziczenia, bez zmiany tegoż z biegiem lat, lub też ten, któremu ona ją sama da. I niechaj ani mnie, ani mojemu potomstwu nie będzie wolno go później cofnąć.

W XV wieku był tu folwark z dworem, cztery karczmy i dwa młyny oraz pierwszy, drewniany kościół pod wezwaniem Narodzenia Najświętszej Maryi Panny. W XVII wieku kanonik Jan Fox (Foksjusz), sekretarz króla Zygmunta Starego, ufundował kościół murowany.

Z kroniki parafialnej
Jest legenda w Bieżanowie: kiedy stawiano kościół nowy, wówczas materiał budowlany gromadzono na wzniesieniu, gdzie obecnie stoi PDD (dawny dwór) materiał ten przenosił się na miejsce drewnianego kościoła – starzy bieżanowiacy często to mówią.

Dziś msze są odprawiane w nowym kościele, poświęconym w 2009 roku, stojącym tuż obok starego.
Bo jak to na wsi, centralne miejsce w starym Bieżanowie zajmuje kościół i dwór. Niedaleko zaś jest współczesna karczma, zwana dla niepoznaki restauracją.

Biezanow kosciol

Biezanow plebania

Dwór Czeczów, jak dla zmylenia przeciwnika nazywa się pałacyk zbudowany w XIX wieku na miejscu dawnego dworu, jest piękny: malownicza bryła, portyk z podcieniami od frontu i oszklona weranda od strony nieistniejących już ogrodów.

dwor Czeczow1Dwor Czeczow3

Właściciel dworu baron Karol Czecz de Lindenwald, przybysz z Moraw, i jego druga żona Aurelia z węgierskiej rodziny Fricke de Sövenyhaza (pierwsza żona Karola Czecza księżniczka Paulina Sułkowska zmarła na gruźlicę kilka lat po ślubie) mieli syna i siedem córek.

Najstarsza, Maria, poślubiła swego kuzyna Mariana Czecza z majątku Kozy pod Bielskiem (Ula, pozdrawiam Cię serdecznie przy okazji mowy o Kozach).
Berta wyszła za hrabiego Stanisława Skarbka. Dzieliła jego los dyplomaty, przenosząc się z jednej stolicy do drugiej, by w końcu osiąść w Londynie.
Helena, najbardziej przedsiębiorcza z sióstr, wyprowadziła z długów majątek swego męża Stanisława Konopki i przywróciła świetność jego domowi – dworowi w Mogilanach.
Jolanta weszła do świętej rodziny – jej mąż generał Mieczysław Ledóchowski był spokrewniony ze świętą Urszulą Ledóchowską, jej siostrą błogosławioną Marią Teresą i bratem – błogosławionym Włodzimierzem.
Aurelia została żoną barona Edmunda Larischa, właściciela majątku Bulowice koło Andrychowa. Majątkiem tym po latach zarządzał mój kuzyn, albertyn brat Faustyn.
Emilia, śladem siostry, weszła do rodziny Konopków – jej wybrankiem stał się Medard Konopka.
Izabela została żoną Wincentego Chrzanowskiego z Moroczyna koło Hrubieszowa. Gdy po wojnie majątek rozparcelowano, Chrzanowscy przenieśli się do Krakowa. Ich syn Tadeusz został historykiem sztuki. W 1975 roku na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim założył Katedrę Kultury Artystycznej, którą kierował do końca swojej pracy na KUL.
W latach trzydziestych do Moroczyna przyjechał Włodzimierz Puchalski, znany już wtedy fotografik, i od pierwszego wejrzenia zakochał się w Izabeli. Wincenty Chrzanowski zmarł w 1944 roku, a w 1945 Izabela po raz drugi wyszła za mąż, za Włodzimierza Puchalskiego. W dworku Czeczów co roku w rocznicę urodzin jej drugiego męża jest organizowana wystawa jego fotografii.
Baron Jan Czecz de Lindenwald zmarł, nie zostawiając dziedzica.

Dwor Czeczow2

W czasie wojny Niemcy ograbili dwór, a po wojnie komuniści dopełnili dzieła zniszczenia: najpierw był tutaj dom dziecka, potem Ośrodek Profilaktyczno-Terapeutyczny dla Chłopców z Problemami Alkoholowymi i Narkotykowymi.
W 1990 roku dwór został wpisany do rejestru zabytków jako zespół pałacowo-parkowy, choć z parku pozostały tylko nędzne resztki. Zrujnowany pałacyk odzyskali spadkobiercy rodziny Czeczów, którzy przekazali go Krakowowi z przeznaczeniem na działalność kulturalną. Miasto stanęło na wysokości zdania i wyremontowało dwór. Dziś działa w nim filia Domu Kultury „Podgórze”, Towarzystwo Przyjaciół Bieżanowa oraz Honorowy Konsulat Republiki Chorwacji.

flaga Chorwacji

Obok dworu jest Szkoła Podstawowa nr 124, zbudowana w 1880 roku na parceli ofiarowanej przez rodzinę Czeczów, a w 1956 rozbudowana na terenie resztówki dworskiej. Przy szkole jest ładny plac zabaw.

szkola 124

plac zabaw1

plac zabaw2

Na terenie dawnego parku dworskiego jest teraz boisko klubu Bieżanowianka, a naprzeciwko boiska restauracja Magillo. Jadłam tam pizzę, pyszną, jednak nie tylko jedzenie przyciąga gości. Największą atrakcją, szczególnie dla dzieci, jest zwierzyniec właściciela – papuga Arek, małpka Leoś, kangur, osioł, kameleony, ryby oraz krokodyl nilowy.

krokodyl1krokodylpapugakamelon
Nie jestem entuzjastką zwierzyńców (oprócz dawnego telewizyjnego Zwierzyńca Michała Sumińskiego), jednak zwierzęta wyglądają na zadbane, a podobno niektóre trafiły tutaj w bardzo złym stanie.

akwariumglonojad

Na wsi, obok kościoła, dworu i karczmy, musi być remiza. Oczywiście jest i w Bieżanowie.
Ochotniczą Straż Pożarną założono tutaj w 1879 roku. Wozem strażackim był wtedy drewniany chłopski wóz z beczką i wężem z sikawką. W zbudowanej przed wojną remizie organizowano oczywiście zabawy i uroczystości rocznicowe, ale także na przykład kursy rolnicze.

straz

Przed ogniem broni również święty Florian – jego kapliczka (z 1871 roku) stoi tuż obok, nad Serafą.

sw.Florian
Rozpisałam się okropnie, więc o innych bieżanowskich atrakcjach napiszę za jakiś czas. Dodam tylko, że na tej miejskiej wsi dobrze się mieszka i ludziom, i zwierzętom.

modrzewieMyszka i kot dubrownicki

Opublikowano Blog | 5 komentarzy

Babski comber, bachusy i popielcowe klocki

 

„Powoli, pomału, ale im więcej w czas, tem bardziej zacierają się dawne zwyczaje ludu naszego. – Comber, tłusty czwartek, ostatni wtorek, bachusy, były u nas dawniej dniami hulanki, pijatyki, hałasów ulicznych i.t.p., i ja pamiętam jeszcze mnóstwo pijaków, szczególniej bab pijanych, śpiewających i pląsających na rynku, w ulicach; a teraz (r. 1843) tego niemiłego widoku, dzięki Bogu, coraz mniej się spotyka”[1], pisał Ambroży Grabowski.

Tłusty czwartek mamy dziś i będą tylko pączki i chrust, bo babski comber utonął w pomroce dziejów. Potem przyjdą bachusy, w przyszłym tygodniu zaś ostatni wtorek, kiedyś zwany także diabelskim albo kusym wtorkiem, a dziś śledziówką.

Bachusy i ostatni wtorek wyznaczają koniec karnawału. „Karnawał, od carn-aval, mięsożerstwo, u nas pospolicie zapustem zwany. Ściśle biorąc, tylko 3 dni ostatnie przed Popielcem stanowią zapust, obszerniej – cały czas od Nowego Roku lub Trzech Króli aż do Popielca tak się nazywa”[2].

Mniej naukowo o zapustach, czyli bachusach, pisze Konstanty Krynicki: „Wszyscy hulają do upadłego i czasami zarywają i parę dni postu: przebierają się, dowcipkują, śpiewają, a chłopcy obchodzą domostwa po wsiach i zbierają datki. Uosobieniem ochoty jest Zapust, parobek, ubrany w kożuch odwrócony kudłami na zewnątrz, w papierowej czapce z wstążkami, a w ręku trzymający drewniany toporek z dzwonkiem”[3].

W Krakowskiem i w samym Krakowie Zapust często był ubrany w sukmanę, miał wąsy namalowane sadzą, długie włosy zrobione z lnu albo konopi, na nich „czapkę papierową, wąską a bardzo wysoką, u której wierzchu zaczepionych było i rozpuszczonych wiele wstążek długich z papieru kolorowego”[4]. Zawsze towarzyszyli mu muzykanci, a także Profesor mający przyczepione na głowie ośle uszy oraz Dziad w łachmanach, z różańcem z ziemniaków u pasa i wielkim drewnianym krzyżem na piersiach. Dziad w jednej ręce trzymał bat do opędzania się przed ulicznikami, w drugiej zaś wielki kosz na datki.
Gdy wchodzili do jakiegoś domu, Dziad pytał wielkim głosem: „Kto jesteś?”, a Zapust odpowiadał:
„Ja jestem Zapust, mantuański książę.
Przychodzę z dalekiego kraju,
gdzie psi ogonami szczekają,
ludzie gadają łokciami,
a jedzą uszami.
Słońce o zachodzie wschodzi,
a o wschodzie zachodzi,
a kurczę kokoszę rodzi,
każdy na opak gada,
a deszcz z ziemi do nieba pada”.
Potem Zapust przedstawiał swój orszak, nie szczędząc przytyków zwłaszcza Profesorowi, który nie zostawał mu dłużny, a gospodarze ze śmiechem wkładali im do kosza placki i kiełbasę.

W Krakowie, mieście królewskim, obok księcia Zapusta był jeszcze król Mięsopust – słomiana kukła, którą podczas szalonych zabaw włóczono po ulicach, a w końcu w kusy wtorek uroczyście ścinano jej głowę na Rynku.

Rynek był także miejscem odprawiania babskiego combra.
W tłusty czwartek krakowskie przekupki od rana okupowały szynkownie, a gdy już się odpowiednio uraczyły, zbierały się na Piasku, przed kościołem Karmelitów. Wszystkie były ubrane w worki albo suknie przewrócone na lewą stronę, a w rozczochranych włosach miały słomę, wióry i paski kolorowego papieru. Rozgrzane gorzałką i piwem wybierały spomiędzy siebie marszałka i przez Bramę Szewską ruszały gromadą do Rynku, niosąc comber – wielką słomianą kukłę wyobrażającą mężczyznę. W południe przejmowały władzę nad Krakowem i zaczynała się zabawa: baby rozbiegały się po Rynku i po okolicznych ulicach, łapiąc przechodzących mężczyzn. Kawalerów szarpały za włosy, „wprzęgały ich do kloca i kazały go ciągnąć za to, że wywinęli się od małżeńskich obowiązków, ściągały z nich futra i szuby, stroiły – na pośmiewisko – w słomiane wieńce, a nawet włóczyły po rynku, zmuszając do tańca i nieprzystojnych podskoków najpoważniejszych nawet mieszczan krakowskich”[5]. Podobno czasem krąg trzymających się za ręce i tańczących na Rynku był tak wielki, że otaczał całe Sukiennice. Można się było od tego wykupić, całując je po kolei i ofiarowując im suty datek. O północy, na znak dany przez marszałka, baby rzucały się na combra i rozrywały go na strzępy.

Po powstaniu krakowskim i inkorporacji Wolnego Miasta Krakowa do Austrii policja zakazała obchodzenia combra, zabroniła także organizowania orszaków mantuańskiego księcia Zapusta. „Obydwa te zwyczaje ustały po roku 1846, kiedy wprowadzono urządzenie policji austriackiej i miejsce dotychczasowych ochotników zajęli austriaccy urlopnicy, którzy nader surowo karcili wszelkie objawy pustoty i prześladowali dawne zwyczaje”[6].

Czy można się dziwić sztywnym urzędnikom ck Austrii, skoro szalone dni wprawiały w zdumienie nawet Turków? „Swawole karnawałowe dawały okazje kaznodziejom staropolskim do nazywania ich nie zapustami, ale »rozpustami«. Patrząc na te płoche zabawy, jeden z ambasadorów Solimana II, powróciwszy do Stambułu, rozpowiadał, że w pewnej porze roku chrześcijanie dostają wariacji i że dopiero jakiś proch sypany im potem w kościołach na głowy leczy takową”[7].

Z wybiciem północy rozpoczynającej środę popielcową nastawało panowanie śledzia i żuru – zaczynał się Wielki Post. Żeby ostudzić hulających, mówiono, że we wtorek zapustny za drzwiami karczmy stoi diabeł i spisuje wychodzących z niej po północy.

„Zeszła noc, a miedź święta woła do popiołu
od mięsa, od muzyki i hojnego stołu.
Jedni idą, zwiesiwszy do kościołów głowy (…),
ale drugich (a kto tak wiele policzy)
jeszcze skrzypki i dudy słyszeć na ulicy;
ci gonią dziewki, co je w kloce zaprzągają;
a one się nie barzo, widzę, ociągają,
ci chłopa w grochowiny ubrawszy prowadzą,
a do której gospody wprzód iść mają radzą”[8].

Bo karnawał nie tak łatwo daje za wygraną. Nawet stateczni krakowscy mieszczanie, którzy w kusy wtorek szli spać przed północą, a przez czterdzieści dni Wielkiego Postu przykładnie pościli, chcieli jeszcze trochę się pośmiać w środę popielcową. Stary popielcowy zwyczaj nazywanym klockiem, polegający na wieszaniu „jelit lub drewienek za plecami tych co zapust na ożenek nie użyli”[9], w Krakowie wyglądał tak: „W dniu Popielca chłopcy uliczni biegają i wieszają na szpilce z tyłu żydom, wieśniaczkom, służącym, kawałki drzewa, kości, skorupy jaj i.t.p. Niekiedy z domów umyślnie wyprawiają po jakiś sprawunek na miasto takiego, komu klocek przywieszono. Ten, nic nie wiedząc o zdradzie, idzie przez ulicę, a za nim wszyscy się śmieją”[10].

1_Lipinski

[Hipolit Lipiński, Targ na Rynku w Krakowie (Obchód środy popielcowej), Muzeum Narodowe w Krakowie]

Wojna karnawału z postem wcale się nie kończy w środę popielcową – trwa nieustannie w naszych duszach i ciałach.

2_Bruegel

[Pieter Bruegel, Wojna karnawału z postem]

„Niecodzienne zbiegowisko na śródmiejskim rynku,
W oknach, bramach i przy studni, w kościele i w szynku.
Straganiarzy, zakonników, błaznów i karzełków
Roi się pstrokate mrowie, roi się wśród zgiełku.

(…)

Oszalało miasto całe,
Nie wie starzec ni wyrostek,
Czy to post jest karnawałem,
Czy karnawał – postem!

Dosiadł stulitrowej beczki kapral kawalarzy,
Kałdun – tarczą, hełmem – rechot na rozlanej twarzy.
Zatknął na swej kopii upieczony łeb prosięcia,
Będzie żarcie, będzie picie, będzie łup do wzięcia.

Przeciw niemu – tron drewniany zaprzężony w księży,
A na tronie wychudzony tkwi apostoł postu.
Już przeprasza Pana Boga za to, że zwycięży,
A do ręki zamiast kopii wziął Piotrowe wiosło.

(…)

Siedzę w oknie, patrzę z góry, cały świat mam w oku,
Widzę, co kto kradnie, gubi, czego szuka w tłoku.
Zmierzchem pójdę do kościoła, wyspowiadam grzeszki,
Nocą przejdę się po rynku i pozbieram resztki.

Z nich karnawałowo-postną ucztą jak się patrzy
Uraduję bliski sercu ludek wasz żebraczy.
Żeby w waszym towarzystwie pojąć prawdę całą:
Dusza moja pragnie postu, ciało – karnawału!”[11]

 

(Ten artykuł napisałam w zeszłym roku dla portalu Love Kraków. Postanowiłam go tutaj przypomnieć, w nieco zmienionej wersji).

[1] Wspomnienia Ambrożego Grabowskiego, t. 1, Kraków 1909, s. 249.
[2] Zygmunt Gloger, Encyklopedia staropolska, hasło: Karnawał, http://literat.ug.edu.pl/~literat/glogers/index.htm.
[3] Konstanty Krynicki, Rys geografii Królestwa Polskiego, Warszawa 1887, http://cyfroteka.pl/ebooki/Rys_geografii_Krolestwa_Polskiego_1887__opracowanie_-ebook/p0401200i040.
[4] Wspomnienia Ambrożego Grabowskiego, dz. cyt., s. 250.
[5] Józef Łepkowski, Przegląd krakowskich tradycyj, legend, nabożeństw, zwyczajów, przysłów i właściwości, Kraków 1866, s. 39, http://www.pbi.edu.pl/book_reader.php?p=40657.
[6] Władysław Anczyc, Obrazy krakowskie, „Tygodnik Ilustrowany”, Warszawa 1862, t. V, s. 138.
[7] Zygmunt Gloger, dz. cyt.
[8] Kasper Miaskowski, Popielec, w: Rythmów Pawła Miaskowskiego część druga, Poznań 1855, s. 192.
[9] Józef Łepkowski, dz. cyt., s. 40.
[10] Wspomnienia Ambrożego Grabowskiego, dz. cyt., s. 252.
[11] Jacek Kaczmarski, Wojna postu z karnawałem.

Opublikowano Blog | Skomentuj

Co cię dziś uszczęśliwiło?

 

Amerykański psycholog William James (1842–1910) zadał słynne pytanie „Czy świadomość istnieje?”, wprowadził także pojęcie jaźni jako zdolności do postrzegania samych siebie jako obiektów, dla mnie jednak przede wszystkim jest autorem słów: „Największe odkrycie naszych czasów to stwierdzenie, że człowiek może zmienić swoje życie, zmieniając swoją postawę”.

Kiedyś pracowałam w pewnym dużym wydawnictwie. Urlop trzeba w nim było zaplanować w lutym. Napisałam do przyjaciółki w Stanach i umówiłyśmy się, że w lipcu pojedziemy nad jakieś ciepłe morze. Kilka dni później moja szefowa oznajmiła, że bierze urlop w lipcu i że ja muszę wtedy pracować.
Byłam niepocieszona. Duszne biuro zamiast słońca, wody, zapachu pinii i wolności. Martwiłam się przez cały luty i cały marzec. W kwietniu wydawnictwo zlikwidowało nasz krakowski oddział i mogłam pojechać nad morze nawet na pół roku.
Obiecałam sobie wtedy, że już nigdy nie będę martwić się na zapas.

Kiedyś, w liceum, byłam bardzo zakochana. Bez wzajemności, jak to w liceum. Pamiętam, jak szłam Plantami i użalałam się nad sobą. W pewnym momencie spojrzałam przed siebie i zobaczyłam szpaler starych drzew. Były tak piękne, że aż się zachłysnęłam. Tak piękne, że patrząc na nie, zapomniałam o swoim nieszczęściu. „O, cóż jest piękniejszego niż wysokie drzewa”, prawda?
Natura jest mądra. Umie otworzyć nam oczy na to, jacy w gruncie rzeczy jesteśmy szczęśliwi.

Obudziłam się dziś i jak co dzień od kilku miesięcy ucieszyłam, że nareszcie mieszkam w swoim wymarzonym domu i że przez okna widzę modrzewie i brzozy. Kropił deszcz, ale ja lubię deszcz. Być może lubiłabym mniej, gdybym biegła do pracy na szóstą, przez ciemne i mokre miasto. Lecz ja nie mam etatu – nie mam stałej pensji, urlopu, bonusów ani premii, za to rano nie budzi mnie budzik, na śniadanie mogę zjeść jajko na miękko i żaden szef nie mówi mi, co mam robić.

Pewien terapeuta, którego znam z opowiadań znajomej, poprosił ją, by codziennie znalazła pięć rzeczy, które ją uszczęśliwiły. Uznała, że to zadanie ponad jej siły. Może jedna rzecz na tydzień, ale pięć na dzień?
To mądry terapeuta. Wie, że takich rzeczy codziennie są dziesiątki.

Skończyłam dziś pracę nad pewną nudną książką, którą redagowałam i którą się opiekowałam podczas całego procesu wydawniczego. Już nigdy nie będę musiała wracać do jej wysilonych zdań. Co za radość!
Gdy po oddaniu pracy wracałam z wydawnictwa, na chwilę wyszło słońce. Akurat mijałam grupę brzóz, które zalśniły, jakby były zrobione ze szkła, srebra i starego złota.
Na przejściu dla pieszych na zielone światło czekała para nastolatków. Chłopiec uśmiechnął się i przymknął oczy, gdy rudy lok dziewczyny, uniesiony wiatrem, dotknął jego twarzy.
Dwie paczki od miesiąca zalegające pod ścianą dzięki parze zręcznych rąk pewnego przystojnego mężczyzny zmieniły się w bardzo potrzebny wieszak i śliczną komodę.
Nalałam sobie kieliszek wina. To francuski muscat pachnący miodem i kwiatami. Gdy poczułam na języku jego gorzkawą słodycz, przypomniał mi się pewien słoneczny dzień w Langwedocji – leżałam nad górską rzeką, wdychając zapach wody, trawy, tymianku, dzikich ziół i polnych kwiatów, których nazwy nie znałam. Byłam szczęśliwa.

Naiwne? Pewnie tak. Ale jakie przyjemne.

Opublikowano Blog | Skomentuj

Magia

 

Cleve Backster z CIA, specjalista od wykrywania kłamstw, podłączył do wariografu stojącą w biurze dracenę, a potem pomyślał, że podpali jej liść. Maszyna podobno oszalała, tak jakby była do niej podpięta nie roślina, ale człowiek, który poczuł się śmiertelnie zagrożony.
Czy rośliny rzeczywiście czytają w naszych myślach, jak twierdził Backster i kilku innych naukowców? Nauka jak do tej pory tego nie potwierdziła.
Wiadomo jednak, że drzewa zaatakowane przez szkodniki wysyłają chemiczne sygnały, które pobudzają inne drzewa do wytwarzania substancji ochronnych. Takie ostrzeżone drzewa mogą zmienić skład chemiczny liści, które stają się mniej smaczne, a nawet trujące dla agresorów. Skoro drzewa komunikują się z sobą, może też komunikują się z nami?

Gdy byłam mała, przed każdymi imieninami mojej mamy babcia prowadziła mnie i moją siostrę do szklarni sióstr Matki Bożej Miłosierdzia. Tam co roku wybierałyśmy te same kwiatki: Ewa prymulkę, a ja fiołka alpejskiego.

fiolki alpejskie

Pamiętam zapach tych szklarni – woń kwiatów przemieszaną z zapachem ziemi, torfu i ciepłej wilgoci. Te wyprawy zawsze mnie uszczęśliwiały.
Niedawno w książce Evy Kathariny Hoffmann o wpływie roślin na nasze samopoczucie przeczytałam, że prymulka poprawia nastrój i uskrzydla, a fiołek alpejski uaktywnia serce i układ krwionośny i jest polecany dla osób cierpiących wskutek samotności.

Czasem mam wrażenie, że niektóre kwiaty mnie wołają. Kilka dni temu byłam w Ikei i oglądałam rośliny. Było zimno i odstawiłam na półkę zielistkę, bo się bałam, że po drodze mi zmarznie. Ledwie wyszłam ze sklepu, już żałowałam, że nie włożyłam jej do koszyka, choć czułam jej energię, widoczną choćby w jej kształcie, bo zielistka przypomina wodotrysk albo wybuch fajerwerku. Pożałowałam jeszcze bardziej, gdy przeczytałam, że poprawia humor i jest symbolem fizycznej i umysłowej płodności. Kupię ją następnym razem. Na razie energii dodaje mi dracena. Podobno NASA dba o to, żeby w pomieszczeniach, w których przebywają astronauci, stały draceny, bo wchłaniają szkodliwe substancje chemiczne i napełniają pokoje dobrą energią.

dracena

„Każda wystarczająco zaawansowana technologia jest nieodróżnialna od magii”, napisał Arthur C. Clarke, ten od Odysei kosmicznej.

Życzę wszystkim, by w nowym roku otworzyli się na magię świata.

PS Feng shui zaleca postawienie drzewka szczęścia (grubosza) razem z drzewkiem pomarańczowym i kwitnącym złocieniem w strefie bogactwa (gdziekolwiek to jest), aby poprawić finanse, oraz ustawienie dwóch drzewek o kulistej koronie po obu stronach drzwi do domu, żeby przyciągnąć dobre duchy.
Eva Hoffmann zaś zaleca postawić:
fikus Benjamina, anturium i difenbachię – koło drukarki i ksero, bo przyspieszają rozkład szkodliwych substancji, takich jak formaldehyd, ksylen i toluen;
orchidee i storczyki – w sypialni, bo pobudzają, także erotycznie;

storczyk

różę jerychońską i gardenię – przy łóżku rekonwalescenta, bo pomagają odzyskać siły;
bambus – w całym domu, bo zmieni go w oazę spokoju, a jednocześnie jest afrodyzjakiem;
kroton – w biurze, bo pobudza do kontynuowania raz rozpoczętej pracy i wzmacnia siłę przebicia;
bluszcz – w biurze, bo jego energia daje impuls do wprowadzania w życie nowych pomysłów;
hibiskus – w urzędzie, bo otwiera na kontakty z innymi;
monsterę – w poczekalni, bo spowalnia przepływ energii i zapewnia harmonię;
azalię – w salonie, bo daje radość i potęguje uczucie przyjaźni;
kalanchoe – w łazience, bo szczególnie rano wprawia w dobry humor;
sępolię – wszędzie, bo emanuje łagodną energią i poprawia nastrój;
papirus – blisko koszyka kota (ale nie w sypialni!), bo koty go lubią;
jukkę – przy płocie oddzielającym od niemiłego sąsiada, bo jest agresywna i dominująca;
poinsecję – w zasięgu wzroku, bo w zimie zapewnia dobry humor.

gwiazda betlejemska

Opublikowano Blog | Skomentuj