Wesołych Świąt!

Zdrowia, zdrowia i jeszcze raz zdrowia, wiosennej radości życia i miłości

(

(Rysunek mojej córki Kasi)

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

Rozmowa w Radiu Pogoda w piątek o 22

Pani Anna Stachowska z Radia Pogoda zaprosiła mnie do swojej audycji.

Jutro, 2 kwietnia, od 22.00 do 23.00 będziemy rozmawiać o „Willi Pod Jodłami”, o pisaniu i pewnie o wielu innych sprawach.

Zapraszam do słuchania!

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

Nowa książka – „Willa Pod Jodłami”

Wcześniejszy powrót z delegacji i widok męża/żony w łóżku z kochanką/kochankiem. Banalna historia, temat setek dowcipów. Banalna, czy jednak przez to mniej bolesna?

Jaga wraca wcześniej, niż planowała, z wyjazdu integracyjnego i zastaje swego ukochanego z inną. Odwraca się na pięcie, wsiada do auta i jedzie do Zagórza, do domu Pod Jodłami, który niedawno kupiła. Czuje się tak, jakby była sama na świecie. W rozpaczy dzwoni do siostry, z którą przed rokiem śmiertelnie się pokłóciła. Mela jest na wakacjach w Chorwacji, mimo wszystko bez namysłu wraca do Krakowa. Jaga, która żałuje tego telefonu od chwili, gdy się rozłączyła, znowu ją odtrąca.

Niełatwo być siostrą. Niełatwo zaufać, gdy zostało się zdradzonym. Niełatwo zaaklimatyzować się w nowym miejscu, gdy nie bardzo lubi się wieś, wścibscy sąsiedzi denerwują, tęskni się za Krakowem.

Jaga i Mela – menedżer i chirurg – to nowoczesne, realizujące się w pracy kobiety. Jednocześnie rozważne i romantyczne. Dobrze radzące sobie w życiu, gotowe jednak zrobić w nim miejsce dla tego jedynego mężczyzny, którego pokochają.

Wydawnictwo Filia wybrało na okładkę taki fragment:
„Lipy rosnące przy ścieżce już przekwitły, tylko jedna, tuż przy jeziorze, była spóźniona. Jaga stanęła pod nią, uniosła głowę, zamknęła oczy, syciła się brzęczeniem pszczół, zapachem.
Na drewnianym pomoście i na brzegu nie było żywej duszy. Jaga zdjęła sukienkę i zanim weszła do wody, spojrzała na jezioro. Odbijało się w nim letnie niebo. Jeśli sprzeda dom, straci ten widok. Nie będzie porannego pływania ani kawy z widokiem na rzekę, ani fortepianu, ani wanny na tarasie”.

„Willa Pod Jodłami” to pierwsza część nowego cyklu. Tom drugi, „Trzeba marzyć”, jest planowany jeszcze w tym roku.

Zaszufladkowano do kategorii Blog | 4 komentarze

Zdrowia!

Zdrowia, zdrowia i jeszcze raz zdrowia,
wypatrywania pierwszej gwiazdki w miłym sercu towarzystwie,
śmiechu przy stole i wspólnego kolędowania.

Pięknych Świąt!

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

To jest wojna! Jutro Strajk Kobiet

Kobiety wiedzą, co robią! Niektórzy mężczyźni na pewno nie.

Już nigdy nie będę w ciąży, nie ten wiek, ale popieram protesty i strajk, bo moja córka jest dla mnie ważna.

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

„Panie na Koborowie” – to jeszcze nie koniec

Lubię książki historyczne, wszystkie, od dzienników, pamiętników i wspomnień do powieści inspirowanych wydarzeniami z przeszłości. Gdy zamarzyło mi się napisanie szeroko zakrojonego cyklu historycznego, pomyślałam o okresie, który w szkole najmniej lubiłam: o czasach od końca XVIII wieku do drugiej wojny światowej.

Historia starożytna była fascynująca (chciałam nawet pójść na archeologię śródziemnomorską), czasy piastowskie tajemnicze (w podstawówce zaczytywałam się Bunschem), losy Jadwigi i Jagiełły pobudzały wyobraźnię (zaczęło się do „Jadwigi i Jagienki” Czesławy Niemyskiej-Rączaszkowej: do dziś pamiętam pierwszą scenę, gdy Jadwiga patrzy z węgierskiego zamku w Niedzicy na polski Czorsztyn – może dlatego, że kilka razy spędzałam wakacje w Niedzicy i wyglądając z okien zamku, przenosiłam się duchem do czasów, gdy Dunajec był rzeką graniczną, a zamek w Czorsztynie stał potężny na wysokiej skale).

Królowa Bona, Zygmunt August i Barbara Radziwiłłówna, brzydka królewna Anna Jagiellonka i Henryk Walezy, Jan Sobieski i Marysieńka – co za pole dla wyobraźni! Trylogia (nie mogłam się oderwać!), historia hrabiny Cosel w porywającej interpretacji Kraszewskiego, a potem nagle mdłe obiady czwartkowe i bezbrzeżnie dla mnie wtedy nudny król Stanisław August Poniatowski. Rewolucja francuska, zabory, powstania, Wielka Wojna, budowanie państwa w wirze walk politycznych – nudy! nudy! nudy! Chodziłam do szkoły w czasach PRL i dziś myślę, że może celowo tak mętnie i nieciekawie przedstawiano ten okres, by zniechęcić do własnych poszukiwań. No bo co by to było, gdyby w podręczniku do historii napisano, ile Lenin się nauczył, studiując historię rewolucji francuskiej: komisarze polityczni, terror, zabicie panującego władcy i całej jego rodziny – nie wymyślił tego sam, inni zrobili to przed nim.

Im więcej czytałam o rewolucji francuskiej, powstaniu listopadowym i styczniowym, pierwszej wojnie światowej czy wojnie domowej w Hiszpanii, tym ciekawsze i bliższe stawały się te wydarzenia. Emocje są bardzo ważne w nauce historii. A jeszcze ważniejsze w powieści.

Akcja cyklu „Panie na Koborowie” zaczyna się jesienią 1792 roku, w czasie rewolucji francuskiej. Pierwszy tom, „Miłość w cieniu wielkiej wojny”, kończy się w marcu 1810. „Wenecjanka” obejmuje lata 1832–1833. Filia wydała oba tomy także jako pakiet i może niektórzy czytelnicy pomyśleli, że to już koniec. Otóż nie. Mamy przed sobą jeszcze sto lat i sześć tomów, tak przynajmniej to sobie zaplanowałam.

Potomkinie Jegle i Gabrieli będą sanitariuszkami na wojnie, pielęgniarkami, lekarkami. Będą kochały i zdradzały. Niektóre za ukochanym mężczyzną pojadą na koniec świata. Po ponad stu latach historia miłości Jegle i Gastona czy znalezienia Gabrieli w hiszpańskich górach wyda im się bajką. Los jednak sprawi, że jedna z nich wróci do Hiszpanii i znajdzie tam coś, co ją przekona, że Jegle i Gabriela istniały naprawdę, a rodzinne opowieści o nich nie były zmyśleniem.

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

Czy powinniśmy być szczęśliwi, że Tom Cruise wysadzi most Pilchowicki?

„Mieszkańcy boją się, że popadający w ruinę most nad jeziorem Pilchowickim w Polsce może zostać wysadzony w powietrze na potrzeby najnowszego filmu Toma Cruise’a” – donosi brytyjska prasa.

Tak, ja, tubylec, polski lokals, prawie miejscowy, bo część mojej rodziny mieszka w pobliskim Lwówku Śląskim, bardzo się boję.

Tom Cruise, którego chyba nie trzeba przedstawiać, ma w sierpniu przylecieć do Polski na zdjęcia do siódmej części „Mission: Impossible”, by jako agent Ethan Hunt wysadzić w powietrze most Pilchowicki razem z lokomotywą (a może całym pociągiem). Występujący anonimowo (ciekawe dlaczego :)) polski filmowiec, który polecił Amerykanom właśnie ten most, powiedział: „Dostaliśmy informację, że jest w złym stanie technicznym i nie opłaca się go remontować, więc można wysadzić. W zamian wybuduje się nowy. Że to zbyt drogie? Nie dla takiej produkcji. Można oczywiście wysadzić most w postprodukcji, ale widzowie szukają w filmie autentyzmu”.

Co na to nasze władze? „Mamy nową ustawę o zachętach audiowizualnych. Jeśli duży amerykański producent chce do nas przyjechać, to czekamy na niego z otwartymi ramionami” – powiedział wiceminister kultury Paweł Lewandowski w wywiadzie dla Wirtualnej Polski.

Brawo! Zapraszam pana Toma Cruise’a i amerykańską ekipę do Krakowa. Jest tu parę starych budynków, które można wysadzić. Takie Sukiennice na przykład. Komu to potrzebne? Tylko zajmują miejsce, przeszkadzają w organizowaniu jarmarków. Albo wieża ratuszowa – budynek ratusza dawno rozebrano (szkoda, że pana Cruise’a nie było wtedy jeszcze na świecie), została tylko wieża, zupełnie bez sensu. Wysadzić i zbudować nowe, ładniejsze. Za amerykańskie pieniądze oczywiście.

Kraków jest w zapaści finansowej, bo znikli turyści, którzy napełniali miejską kasę. Nie bójmy się nowatorskich rozwiązań – może by tak zaproponować Amerykanom Wawel? Za taką cenę, żeby miasto miało pieniądze przynajmniej na następne sto lat. Amerykanów przecież stać. Wzgórze się zalesi, w końcu wiadomo, że w Krakowie jest za mało zieleni. A nam będzie się tu żyło dostatnio. Po co nam Wawel? Który krakowianin był tam w ciągu ostatnich pięciu lat, ręka w górę. Nie widzę.

Wyobrażam sobie te nagłówki w całej światowej prasie: „Cruise wysadzi Wawel!”. Jaka wspaniała reklama miasta!

Malowniczy most kolejowy nad Jeziorem Pilchowickim jest teraz znany na świecie (darmowa kampania! i to na taką skalę!) dzięki naszym producentom filmowym, panu wiceministrowi i nowej ustawie o zachętach audiowizualnych. Mission: Impossible została wykonana.

W wypowiedziach Ważnych Ludzi brakuje mi jednego wątku: most (151 m długości, zawieszony 40 m nad taflą wody) zbudowali Niemcy. Został otwarty w 1909 roku jako część linii kolejowej łączącej Lwówek Śląski (wtedy Löwenberg in Schlesien) z Jelenią Górą (Hirschberg im Riesengebirge). Poniemiecki? Wysadzić!

Nie znalazłam też głosu PKP, który zamknął linię w 2016 roku i przestał się nią interesować. PKP ma ważniejsze sprawy na głowie niż niszczejąca linia i rozkradany most kolejowy. Czy odda część swego imperium samorządowi Dolnego Śląska zabiegającemu o przejęcie linii Jelenia Góra – Lwówek Śląski, by ją wyremontować i przywrócić na niej ruch pasażerski?

Dzisiejsza „Gazeta Wyborcza” opublikowała „List otwarty w sprawie mostu w Pilchowicach” pani prof. Małgorzaty Omilanowskiej:

„Zabieram głos w sprawie mostu w Pilchowicach, nie tylko jako polska historyczka sztuki i była ministra kultury i dziedzictwa narodowego, ale także jako członek Grupy Roboczej Polskich i Niemieckich Historyków Sztuki i Konserwatorów, w której pracach uczestniczę od ponad 20 lat. Grupa powstała w 1988 roku z inicjatywy polskich i niemieckich specjalistów budujących porozumienie i współpracę pomiędzy uczonymi reprezentującymi różne narodowości, ale mających wspólny interes badania i ochrony dziedzictwa kulturowego, które określa się mianem Wspólnego Dziedzictwa.
Wytyczenie nowych granic Europy po II wojnie światowej nałożyło na Polskę obowiązek opieki i ochrony dziedzictwa, które powstało w domenie innej kultury, ale jest naszą odpowiedzialnością. Most w Pilchowicach to właśnie wspólne dziedzictwo. Rozporządzając nim, trzeba brać pod uwagę nie tylko jego znaczenie dla dziejów kolejnictwa, rolę w krajobrazie dolnośląskim, wartość konstrukcji dla dziejów myśli inżynieryjnej i mostownictwa europejskiego, ale także fakt, że jest własnością i odpowiedzialnością Polski i Polaków, lecz stanowi spuściznę po kulturze, której twórcy o niego dbać już nie mogą. Jeśli domagamy się od naszych sąsiadów ze wschodu, Litwinów, Białorusinów, Łotyszy i Ukraińców poszanowania i opieki dla zabytków, które są dziedzictwem dawnej Rzeczypospolitej, to – niezależnie od okoliczności utraty i odpowiedzialności za nią – szanujmy też schedę niemiecką. To wyznacznik naszej kultury i naszego miejsca w Europie.
Tymczasem do prasy przedostały się informacje o planowanej amerykańskiej megaprodukcji filmowej, która przewiduje wysadzenie w powietrze mostu w Pilchowicach. Wprawdzie obiekt jest w ewidencji zabytków, a konserwatorka wojewódzka rozpoczęła procedurę jego wpisu do rejestru, ale wiceminister kultury i dziedzictwa narodowego Paweł Lewandowski udzielił wywiadu, w którym rozwiał wszelkie wątpliwości co do planów amerykańskich producentów filmowych i polskiego ministerstwa.
Pozwolił sobie w imieniu ministerstwa powiedzieć o moście, że to: »Relikt postindustrialny. Stoi zrujnowany, nieużywany, nikt nie cieszy tym oka. To nie ma wartości ani artystycznej, ani naukowej, ani społecznej«. W dalszych wywodach wygłosił pogląd, że »nie każda stara rzecz jest zabytkiem. Wyraźnie jest napisane w ustawie, że zabytkiem jest tylko to, co ma wartość społeczną, artystyczną bądź naukową. W sztuce i kulturze ta wartość powstaje tylko wtedy, jeśli jest relacja między obiektem kultury a człowiekiem. Jeśli więc obiekt jest nieużytkowany, niedostępny, to nie ma takiej wartości. Więc to nie jest zabytek«.
Uważam te wypowiedzi za skandaliczne, ignorują bowiem nie tylko stan wiedzy na ten temat, ale przede wszystkim polskie prawodawstwo, za które odpowiada resort przez pana Lewandowskiego reprezentowany.
Nigdzie nie ma zacytowanych stwierdzeń, które jakoby zawiera polska ustawa o ochronie zabytków. Pan Lewandowski po prostu na potrzeby wywiadu zmyśla. Dla pana wiceministra nie ma też znaczenia list Prezydenta Światowego Komitetu Ochrony Dziedzictwa Przemysłowego TICCIH, dr Milesa Oglethorpa, wystosowany do polskiego premiera. Mówi o nim lekceważąco: »Ludzie myślą, że jak jakaś organizacja podpisuje się po angielsku, to jest to od razu ważna organizacja. Tak, napisali do nas list. Ktoś im to nagrał«. No cóż, żadna organizacja podpisująca się po niemiecku nie odważy się bronić tego dzieła z początku XX wieku inżyniera Ottona Intzego, stanowiącego część inwestycji przemysłowo-turystycznej, jaką był zalew i zapora w Pilchowicach, w tamtych czasach największej konstrukcji tego rodzaju w Europie. Za dużo w ostatnich latach padło złych słów w odniesieniu do naszych zachodnich sąsiadów.
Tak rażącej buty, ignorancji, braku kompetencji i lekceważenia prawa w odniesieniu do zakresu odpowiedzialności reprezentowanego resortu już dawno nie było na polskiej scenie politycznej, niewolnej przecież od uchybień. Dla pana Lewandowskiego powinno to oznaczać koniec kariery urzędniczej i politycznej.
Nie ma żadnego uzasadnienia dla wysadzenia mostu w Pilchowicach w powietrze na potrzeby filmu amerykańskiego, a mrzonki o promocji Polski (akcja filmu ma dziać się w Szwajcarii) to jedynie dowód na zaściankowe myślenie i kompleksy. Dopuszczenie do zniszczenia tego mostu będzie kompromitacją światową, na długie lata zmieniającą sens pojęcia »polska szkoła konserwacji«. Jest mi po prostu wstyd.
I przypominam, wspólne dziedzictwo to nie tylko poniemieckie zabytki w Polsce, ale także polska spuścizna na Wschodzie.
Więc zanim pozwolimy na ozdobienie pięknym wybuchem kilkusekundowej sekwencji amerykańskiej megaprodukcji (z powodzeniem do zrobienia wirtualnie), pomyślmy, jak będziemy bronić »naszych« zabytków, gdy okaże się, że kolejny odcinek »Mission Impossible« będzie kręcony kilkadziesiąt czy kilkaset kilometrów na wschód od polskiej granicy, a w powietrze wylecieć ma jakieś dzieło polskiego inżyniera czy architekta”.

Rok 2021 ma być Europejskim Rokiem Kolei. Tylko czy wtedy będziemy jeszcze należeć do Europy?

Zaszufladkowano do kategorii Blog | 10 komentarzy

Język polski. Cz. 5: Czy zalewa nas angielszczyzna?

Językoznawcy obliczyli, że w naszym systemie słownikowym jest około czterech procent pożyczek z angielskiego. Skąd więc wrażenie, że nas zalewają? Ano stąd, że są często używane – wiele nie ma polskich odpowiedników, a jeśli nawet niektóre mają, to się ich nie używa, bo anglicyzmy są modne i wielu wydają się lepsze, bardziej światowe i eleganckie. Czy ktoś słyszał polityka mówiącego, że rząd coś wprowadza? Nie, rząd implementuje. Czy ktoś jeszcze ma pomysły? Nie, tylko idee. Czy ludzie coś tworzą? Teraz wszyscy kreują.

Jeśli wpisze się w wyszukiwarce „molestować”, prawie wszystkie odnośniki prowadzą do napastowania seksualnego (ang. molest), na szczęście słowniki na pierwszym miejscu notują tradycyjne znaczenie „naprzykrzać się komuś, natrętnie o coś prosić”. Jak inaczej uczniowie zrozumieliby lektury szkolne, w których czytają: „Biedny ojciec, molestowany przeze mnie, często nie umiał wyjaśnić mi sensu wielu dręczących mnie zagadek” albo „Jestem w rozpaczy, że mi nie chcesz uczynić tego, o co cię molestuję”, albo „Wypijemy? – molestował sierżant. – Panie podchorąży, gdzie pan patrzy, tu kielich”, albo „Ale ona, przypomniawszy sobie nagle, że koszyk jest pusty, przystanęła i poczęła mnie molestować, żebyśmy wrócili do dziadkowego sadu i natargali jabłek”.

Nie burzę się przeciwko myszy komputerowej – ta angielska metafora przyszła razem z nieznanym wcześniej urządzeniem. Oczywiście można by to urządzenie nazwać inaczej, ale po co – mysz jest sympatyczna i nawet jeśli dziś nie zawsze ma kabelek-ogonek, nic nie szkodzi. Nie przeszkadza mi, że w słowniku pojawiają się nowe znaczenia przy słowach wirus, okno, ciasteczko, chmura czy tapeta. Przeszkadza mi za to, gdy bezmyślnie przypisujemy polskim słowom angielski sens tylko dlatego, że brzmią podobnie, albo gdy zamiast polskich słów używamy przetłumaczonych dosłownie angielskich fraz.

„Premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson przedstawił w niedzielę »mapę drogową« otwierania brytyjskiej gospodarki i życia społecznego”. Mapę drogową dotyczącą gospodarki? Ludzie! Autor czuł, że to bzdura, i ujął mapę w cudzysłów, jakby chciał powiedzieć: „Nie bierz tego dosłownie, wszyscy tak mówią, ale nie wiem, co to dokładnie znaczy” (branie w cudzysłów wyrazów użytych przenośnie jest prawdziwą plagą). Road map to „zbiór wytycznych, plan działania”, premier przedstawił więc plan, a nie mapę drogową otwierania brytyjskiej gospodarki.

„Prezydent rapuje o dzielnych ratownikach. Minister Szumowski jest już nominowany do tego wyzwania”. Nominacja to w języku polskim „oficjalne powołanie na wysokie stanowisko” (Kowalski został nominowany na stanowisko dyrektora), także „dokument stwierdzający to powołanie”, „zgłoszenie czyjejś kandydatury do nagrody lub do pełnienia jakiejś funkcji” oraz w językoznawstwie „nadawanie nazw przedmiotom, czynnościom, zjawiskom itp.”. Wyzwanie zaś to „trudne zadanie, nowa sytuacja itp. wymagające od kogoś wysiłku, poświęcenia, będące sprawdzianem czyjejś wiedzy, odporności itp.” („trudne wyzwanie” jest więc pleonazmem, czyli masłem maślanym). „Nominowany do wyzwania”? Powołany oficjalnie do wykonania trudnego zadania? Nie, skąd, to bezmyślnie przeniesione znaczenie angielskiego nominated – „wyznaczony przez innych do czegoś”.

„Wojewoda rekomenduje, aby dyrektorzy szkół wstrzymali organizację wycieczek szkolnych”. Zalecałabym wojewodzie, by zajrzał do słownika, a dziennikarzowi, by nie cytował błędnej formy w tytule artykułu. Rekomendować to „wystawiać komuś pochlebne świadectwo, zachwalać, polecać komuś coś lub kogoś”.

„Pijany kierowca zatrzymany. Pomógł anonimowy sygnalista”. Donosiciel nie brzmi dobrze, mamy jednak informatora. Skąd więc ten bezsensowny sygnalista? Z angielskiego oczywiście.

„Lutostański zapewnia w tym piśmie konsulów odpowiedzialnych za przeprowadzenie wyborów, że w centrali MSZ »ciągle trwają prace nad niezwłoczną implementacją« ustawy o wyłącznie korespondencyjnym wyborze prezydenta RP”. Implementacja, brrr… Nie jestem informatykiem i nie muszę używać tego słowa (implementacja to wersja programu, języka programowania lub systemu operacyjnego przystosowana do pracy na określonym typie komputera albo proces takiego przystosowywania programu, języka czy systemu). Angielskie słowo implementation ma wiele znaczeń: realizacja, wykonanie, uprawomocnienie, absorbowanie, przystosowanie, zastosowanie, wdrożenie, wprowadzenie w życie. Do wyboru, do koloru. Anglicyzm całkowicie zbędny.

„Od soboty będą funkcjonowały cztery linie medyczne dedykowane pracownikom szpitali”. „Ten krem jest dedykowany suchej skórze”. Słyszałam nawet: „Ulica dedykowana Reymontowi”. Naprawdę?! Dedykować to „poświęcić komuś utwór literacki, muzyczny lub dzieło sztuki, umieszczając w nim lub na nim dedykację”. Mogłam zadedykować książkę córce, ale nigdy bym jej nie dedykowała ruskich pierogów, choć bardzo je lubi.

„– I w ten sposób kawałek ustawy pozostaje ciągle nieuchylony. – Kawałek o obowiązku weryfikacji tożsamości i potwierdzenia podpisem? – Dokładnie!” Nie lubię skalkowanego angielskiego exactly – natrętnego i pretensjonalnego, do tego zupełnie niepotrzebnego, mamy przecież: właśnie, oczywiście, owszem, tak jest, zgadza się.

„Autorzy badań realizowanych przez Grupę IQS zwracają uwagę, że opisując udane przyszłe życie, młodzi ludzie mówią o modelu rodziny nuklearnej z klasy średniej”. Z czym kojarzy się „nuklearny”? Mnie z wojną, bombą i katastrofą nuklearną, z Czarnobylem. Z samymi okropnościami. Nie rozumiem, czemu skalkowano nuclear family (łac. nucleus to jądro, np. orzecha, mały, podstawowy), zamiast używać starego określenia „rodzina dwupokoleniowa”. Skoro każe się nam teraz pisać „ditlenek węgla” zamiast „dwutlenek węgla”, to może – strach pomyśleć! – dojdziemy do „szkoły nuklearnej” (dawniej podstawowej).

„Może się okazać, że wrażliwe dane zostały przekazane osobom nieuprawnionym”. Gdy pierwszy raz usłyszałam o „wrażliwych danych”, nie miałam pojęcia, o co chodzi. Dane, które silnie coś odczuwają? Na coś są nieobojętne? Mało odporne? Zajrzałam do słownika i dowiedziałam się, że sensitive data to materiały i informacje poufne, dane o szczególnym znaczeniu (np. gospodarczym). No i to rozumiem.

„W czym mogę pani pomóc?” „Miłego dnia!” Moja znajoma, gdy słyszy w słuchawce: „W czym mogę pomóc?”, mówi: „O, dodzwoniłam się na pogotowie? To przepraszam”. Uprzejme „Czym mogę pani służyć?” pewnie nie wróci, tak jak – mam nadzieję – nie wrócą ekspedientki udzielne księżne w pustych sklepach. W 1989 roku świeżo upieczeni menedżerowie dostawali z zagranicznych centrali instrukcje, jak personel ma się zwracać do klientów, a ponieważ znali tylko opryskliwych sprzedawców, zachłysnęli się angielskim Can I help you? i uznali kalkę „W czym mogę pomóc?” za szczyt grzeczności. Nie lubię tego zwrotu, drażni mnie jego obcość (przyzwyczaiłam się do innej kalki, „Miłego dnia!”, do tej nie mogę przywyknąć), zgadzam się jednak z prof. Bańką, który w PWN-owskiej poradni językowej napisał: „lepiej być miłym i grzecznym po angielsku niż niegrzecznym w najczystszej polszczyźnie”.

Zadanie domowe
Wszyscy znamy „Prząśniczkę” skomponowaną przez Stanisława Moniuszkę do słów Jana Czeczota, ale co właściwie znaczy ten tytuł? A słowo „wicina”?

U prząśniczki siedzą jak anioł dzieweczki,
przędą sobie, przędą jedwabne niteczki.
Kręć się, kręć, wrzeciono,
wić się tobie, wić!
Ta pamięta lepiej,
czyja dłuższa nić.

Poszedł do Królewca młodzieniec z wiciną,
łzami się zalewał, żegnając z dziewczyną.
Kręć się, kręć, wrzeciono,
wić się tobie, wić!
Ta pamięta lepiej,
czyja dłuższa nić.

Gładko idzie przędza, wesoło dziewczynie,
Pamiętała trzy dni o wiernym chłopczynie.
Kręć się, kręć, wrzeciono,
wić się tobie, wić!
Ta pamięta lepiej,
czyja dłuższa nić.

Inny się młodzieniec podsuwa z ubocza
I innemu rada dziewczyna ochocza.
Kręć się, kręć, wrzeciono,
Prysła wątła nić;
Wstydem dziewczę płonie,
Wstydź się, dziewczę, wstydź!

PS Dla wszystkich, którzy lubią zastanawiać się nad językiem i odrobili poprzednie zadanie domowe, humoreska Juliana Tuwima „Ślusarz”


W łazience coś się zatkało, rura chrapała przeraźliwie, aż do przeciągłego wycia, woda kapała ciurkiem. Po wypróbowaniu kilku domowych środków zaradczych (dłubanie w rurze szczoteczką do zębów, dmuchanie w otwór, ustna perswazja etc.) sprowadziłem ślusarza.
Ślusarz był chudy, wysoki, z siwą szczeciną na twarzy, w okularach na ostrym nosie. Patrzył spode łba wielkimi niebieskimi oczyma, jakimś załzawionym wzrokiem. Wszedł do łazienki, pokręcił krany na wszystkie strony, stuknął młotkiem w rurę i powiedział:
– Ferszlus trzeba roztrajbować.
Szybka ta diagnoza zaimponowała mi wprawdzie, nie mrugnąłem jednak i zapytałem:
– A dlaczego?
Ślusarz był zaskoczony moją ciekawością, ale po pierwszym odruchu zdziwienia, które wyraziło się w spojrzeniu sponad okularów, chrząknął i rzekł:
– Bo droselklapa tandetnie zblindowana i ryksztosuje.
– Aha – powiedziałem – rozumiem! Więc gdyby droselklapa była w swoim czasie solidnie zablindowana, nie ryksztosowałaby teraz i roztrajbowanie ferszlusu byłoby zbyteczne?
– Ano chyba. A teraz pufer trzeba lochować, czyli dać mu szprajc, żeby tender udychtować.
Trzy razy stuknąłem młotkiem w kran, pokiwałem głową i stwierdziłem:
– Nawet słychać.
Ślusarz spojrzał dość zdumiony:
– Co słychać?
– Słychać, że tender nie udychtowany. Ale przekonany jestem, że gdy pan mu da odpowiedni szprajc przez lochowanie pufra, to droselklapa zostanie zablindowana, nie będzie już więcej ryksztosować i co za tym idzie, ferszlus będzie roztrajbowany.
I zmierzyłem ślusarza zimnym, bezczelnym spojrzeniem. Moja fachowa wymowa oraz nonszalancja, z jaką sypałem zasłyszanymi po raz pierwszy w życiu terminami, zbiła z tropu ascetycznego ślusarza. Poczuł, że musi mi czymś zaimponować.
– Ale teraz nie zrobię, bo holajzy nie zabrałem. A kosztować będzie reperacja – wyczekał chwilę, by zmiażdżyć mnie efektem ceny – kosztować będzie… 7 złotych 85 groszy.
– To niedużo – odrzekłem spokojnie. – Myślałem, że co najmniej dwa razy tyle. Co się zaś tyczy holajzy, to doprawdy nie widzę potrzeby, aby pan miał fatygować się po nią do domu. Spróbujemy bez holajzy.
Ślusarz był blady i nienawidził mnie. Uśmiechnął się drwiąco i powiedział:
– Bez holajzy? Jak ja mam bez holajzy lochbajtel kryptować? Żeby trychter był na szoner robiony, to tak. Ale on jest krajcowany i we flanszy culajtungu nie ma, to na sam abszperwentyl nie zrobię.
– No wie pan! – zawołałem, rozkładając ręce. – Czegoś podobnego nie spodziewałem się po panu! Więc ten trychter według pana nie jest zrobiony na szoner? Ha, ha, ha! Pusty śmiech mnie bierze! Gdzież on, na litość Boga, jest krajcowany?
– Jak to gdzie? – warknął ślusarz. – Przecież ma kajlę na uberlaufie!
Zarumieniłem się po uszy i szepnąłem wstydliwie:
– Rzeczywiście. Nie zauważyłem, że na uberlaufie jest kajla. W takim razie zwracam honor: bez holajzy ani rusz.
I poszedł po holajzę. Albowiem z powodu kajli na uberlaufie trychter rzeczywiście robiony był na szoner, nie zakrajcowany, i bez holajzy w żaden sposób nie udałoby się zakryptować lochbajtla w celu udychtowania pufra i dania mu szprajcy przez lochowanie tendra, aby roztrajbować ferszlus, który źle działa, bo droselklapę tandetnie zablindowano i teraz ryksztosuje.

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

Język polski. Cz. 4: Oficer drzewny z Dywizji Bieżącego Utrzymania Zieleni Wysokiej

„Na ul. Narvik ktoś wywiercił w drzewie otwory i wlał nieokreśloną ciecz. »Nie był to prawdopodobnie chuligański wybryk, ale świadome działanie, żeby zabić drzewo« – podaje Zarząd Zieleni Miejskiej w Krakowie. (…) Pracownicy jednostki wszystkie otwory przepłukali wodą i wyczyścili, a następnie zatkali. W niedzielę opiekę nad jesionem przejął oficer drzewny” – przeczytałam w „Gazecie Wyborczej”. Odetchnęłam z ulgą. Skoro umundurowany mężczyzna (policjant? żołnierz?) pilnuje stuletniego jesionu, drzewu już nic nie grozi.

Oficer drzewny nie dawał mi jednak spokoju. Pogrzebałam w internecie, no i dowiedziałam się, że tylko Kraków ma oficera drzewnego i że do jego zadań należy tomograficzne badanie drzew. Mamy też oficera rowerowego, który pilnuje interesów rowerzystów. Nie wiem, jak nazywają się wydziały w Zarządzie Infrastruktury Komunalnej i Transportu czy w Zarządzie Zieleni Miejskiej, ale może dywizje, żeby było modnie, militarnie i z angielska. Oficer rowerowy być może pracuje w Dywizji Utrzymania Ścieżek Rowerowych, przyjaźni się z oficerem drzewnym z Dywizji Bieżącego Utrzymania Zieleni Wysokiej i marzy, by zarząd stworzył jeszcze jedno stanowisko – oficera kapliczkowego w Dywizji Kapliczek w Pasach Drogowych Dróg Publicznych.

Angielskie wyrażenia kalkujemy od wieków – jako jeden z pierwszych zrobił to Karol Sienkiewicz w „Dzienniku podróży po Anglii 1820–1821”, gdy „Warwick the Kingmaker” oddał jako „Warwick robiciel królów”. Teraz mamy oficera drzewnego (officer to także urzędnik, funkcjonariusz, inspektor). Historia zatoczyła koło.

Nie mam nic przeciwko pożyczkom. Zapożyczanie z innych języków jest przecież najstarszym sposobem poszerzania słownictwa. Trudno sobie wyobrazić polszczyznę bez takich słów, jak historia (łac.), konstytucja (łac.), termin (łac.), liceum (gr.), burmistrz (niem.), atłas (tur.), bryndza (rum.), manowce (ukr.), dżem (ang.), sałata (wł.), paragon (fr.), robot (czes.), orszak (węg.), fontanna (wł.), czajnik (ros.) czy kawa (tur.). W 2011 roku profesor Mirosław Bańko w PWN-owskiej poradni językowej podał liczbę zapożyczeń ujętych w „Wielkim słowniku wyrazów obcych PWN”: z francuskiego – 5889, z łaciny – 5806, z greki – 4096, z angielskiego – 3593, z niemieckiego – 2978, z włoskiego – 1250.

Najwięcej italianizmów jest w terminologii muzycznej, bo włoski był kiedyś językiem muzyki, w terminologii kulinarnej królują galicyzmy (zapożyczenia francuskie), w terminologii rzemieślniczej jest masa germanizmów (wihajster!). Terminologia informatyczna, ekonomiczna, związana z modą, reklamą i mediami to z kolei morze anglicyzmów: internet, pendrive, toner, skaner, komputer, klikać, logować się, software, spam, nick, wi-fi, login, e-mail, GPS, PC, USB, SMS, smartfon, menedżer, sponsor, broker, dealer, leasing, supermarket, know-how, outsourcing, monitoring, open space, PR, logo, briefing, event, billboard, coach, talk-show, aerobik, jogging, snowboard, lifting, fitness, body, legginsy, ray-bany.

Z angielskiego pożyczamy (na wieczne nieoddanie) nie tylko słowa, również slogany, cytaty, powiedzenia, frazeologizmy, przysłowia: ziemia niczyja, pięć minut sławy, wyścig szczurów, fabryka snów, gabinet cieni, zimna wojna, zrób to sam, nie ma problemu, czas to pieniądz, być albo nie być, nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, reszta jest milczeniem, wyglądać jak milion dolarów, kierować z tylnego siedzenia, mieć ciastko i zjeść ciastko, zamieść coś pod dywan, wychodzić z szafy, mieć motylki w brzuchu, wejść w czyjeś buty, mieć szkielet w szafie, nie ma czegoś takiego jak darmowy obiad, mieć coś z tyłu głowy, przedstawienie musi trwać, właściwy człowiek na właściwym miejscu, do tanga trzeba dwojga, wszystkie ręce na pokład, wiele hałasu o nic, życie jest jak pudełko czekoladek.

Pierwsze anglicyzmy pojawiły się w języku polskim w XVII i XVIII wieku – w słownikach odnotowano nowe słowa: lord, par, jacht, kuter, kecz, slup. Potem przejęliśmy inne, takie jak dok, harpun, dżokej, finisz, rekord, sport, tenis, hokej, dżentelmen, sandwicz, pikle, piknik, rum, klub, moher, dżinsy, bikini, biznes, budżet, strajk, czek, wagon, tramwaj, rower, tunel, flirt, toast, folklor, slogan, seksapil, rewolwer, jeszcze później – bestseller, hobby, paintball, windsurfing, jazz, pub, smog, establishment, recykling, seksizm, lobbing, impeachment, science fiction, nordic walking, fast food, garden party, NATO, PIN, NASA, AIDS, VAT, LSD, UFO. Starsze zapożyczenia są już całkowicie wtopione w system polszczyzny, nie czujemy ich obcości, nowsze zdradza czasem obca pisownia, a także nieodmienność. Stopniowo będziemy je przystosowywać do systemu naszego języka, tak jak to robimy z dealarem/dilerem i jak to się już dzieje w slangu (debeściara, lajtowy, ciucholand, afterka, lajkować).

Pożyczane wyrazy przeżywają w nowym języku mnóstwo przygód. Drink nagle się dowiaduje, że jest wyłącznie alkoholowy, bańkę mydlaną (bubble), symbol nietrwałości, nowi użytkownicy odzierają z romantyzmu i robią z niej godne pogardy buble. Za to skwer (square – kwadrat, plac) nabiera urody i zieloności. Puszą się dropsy, czipsy, komandosi i Eskimosi – nowi właściciele nie zorientowali się, że mają do czynienia z liczbą mnogą (jej znakiem jest -s), i dodali im drugą, swoją końcówkę liczby mnogiej (-y/-i).

Daleka jestem od puryzmu językowego, od tego, żeby lansować dojrzalca naukowego (pewien językoznawca zatroskany o czystość polszczyzny chciał nim zastąpić abiturienta) albo przy redagowaniu tekstu zamieniać spacer na przechadzkę i szlafrok na podomkę, całym sercem jestem jednak za świadomym posługiwaniem się językiem polskim. Język i sposób jego używania są wartością, którą trzeba kultywować, a norma wzorcowa powinna być przestrzegana we wszystkich publicznych wypowiedziach. Dlatego nie mogę słuchać o przyjaznej cenie, kontrybucji autora, prezydencie spółki giełdowej, Sopot Festiwalu, aplikowaniu na stanowisko czy o klimacie relacji polsko-niemieckich.

Zadanie domowe: Jak wam się podoba?

Czy poniższe zdania są poprawne?

  1. Premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson przedstawił w niedzielę „mapę drogową” otwierania brytyjskiej gospodarki i życia społecznego.
  2. Prezydent rapuje o dzielnych ratownikach. Minister Szumowski jest już nominowany do tego wyzwania
  3. Wojewoda rekomenduje, aby dyrektorzy szkół wstrzymali organizację wycieczek szkolnych.
  4. Pijany kierowca zatrzymany. Pomógł anonimowy sygnalista
  5. Lutostański zapewnia w tym piśmie konsulów odpowiedzialnych za przeprowadzenie wyborów, że w centrali MSZ „ciągle trwają prace nad niezwłoczną implementacją” ustawy o wyłącznie korespondencyjnym wyborze prezydenta RP.
  6. Od soboty będą funkcjonowały cztery linie medyczne dedykowane pracownikom szpitali.
  7. – I w ten sposób kawałek ustawy pozostaje ciągle nieuchylony.
    – Kawałek o obowiązku weryfikacji tożsamości i potwierdzenia podpisem?
    – Dokładnie!
  8. Autorzy badań realizowanych przez Grupę IQS zwracają uwagę, że opisując udane przyszłe życie, młodzi ludzie mówią o modelu rodziny nuklearnej z klasy średniej.
  9. Może się okazać, że wrażliwe dane zostały przekazane osobom nieuprawnionym.
  10. W czym mogę pani pomóc? Miłego dnia!

PS Literówki mogą sprawić wiele radości uważnym czytelnikom. Pod artykułem w „Gazecie Wyborczej” zawierającym zdania: „Co więc jest w najnowszej »tarczy«? Zniknęły najbardziej kontrowersyjne wcześniejsze propozycje pozwalające zwalniać z pracy osoby mające »inne źródła utrzymania« (np. umowę-zlecenie czy umowę o działo) oraz Polaków, którzy osiągnęli wiek emerytalny”, pojawił się taki komentarz: „Wcale się nie dziwię, że się przestraszyli – taki pracownik, co ma umowę o działo, jak dowie się o zwolnieniu, a ma jeszcze amunicję do tego działa, może spore zamieszanie wywołać ;)”.

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

Język polski. Cz. 3: Czy utrata aspiracji jest powodem do wstydu?

„To było przecież niedawno tak, jak okiem sięgnąć zmienił się świat” – usłyszałam kilka dni temu w radiu. Prorocze słowa! Wsłuchałam się w nie uważniej niż zwykle i uderzyło mnie, jak wokalista wymówił „t” w „to”. Po angielsku. Śpiew to nie mowa, rządzi się innymi prawami, jednak angielskie „t” słyszę coraz częściej. Nowa moda.

W języku praindoeuropejskimi (prajęzyku, z którego rozwinęły się wszystkie języki indoeuropejskie, m.in. bałto-słowiańskie i germańskie) istniały aspiraty, takie jak „th” i „dh”. Na gruncie prasłowiańskim straciły jednak aspirację i zmieniły się w „t” i „d”. Dlatego wymawiając „t”, po prostu dotykamy przodem języka górnych zębów („t” jest spółgłoską przedniojęzykowo-zębową). Języki germańskie zachowały aspirację – angielskie „t” jest aspiratą, czyli spółgłoską wymawianą z przydechem: dotykamy językiem przedniej części górnego podniebienia i gwałtownie go opuszczamy. Jeśli weźmiemy kartkę papieru, zbliżymy ją do ust i wymówimy polskie „t”, kartka ani drgnie. Przy angielskim „t”, z aspiracją, kartka się poruszy pod wpływem powietrza wydostającego się z naszych ust.

Hrabia z „Lalki” udający Anglika i mówiący „tek” na pewno wymawiał „t” z aspiracją. Ta moda szerzy się w mediach i infekuje kolejnych prezenterów prawie jak koronawirus. Czy ktoś zna Anglika, który wymawia „t” po polsku w angielskich słowach, bo nauczył się polskiego? Chyba nie. Anglicy nie snobują się na Polaków, nie uważają, że polski jest atrakcyjniejszy niż ich język ojczysty.

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz