Babski comber, bachusy i popielcowe klocki

 

„Powoli, pomału, ale im więcej w czas, tem bardziej zacierają się dawne zwyczaje ludu naszego. – Comber, tłusty czwartek, ostatni wtorek, bachusy, były u nas dawniej dniami hulanki, pijatyki, hałasów ulicznych i.t.p., i ja pamiętam jeszcze mnóstwo pijaków, szczególniej bab pijanych, śpiewających i pląsających na rynku, w ulicach; a teraz (r. 1843) tego niemiłego widoku, dzięki Bogu, coraz mniej się spotyka”[1], pisał Ambroży Grabowski.

Tłusty czwartek mamy dziś i będą tylko pączki i chrust, bo babski comber utonął w pomroce dziejów. Potem przyjdą bachusy, w przyszłym tygodniu zaś ostatni wtorek, kiedyś zwany także diabelskim albo kusym wtorkiem, a dziś śledziówką.

Bachusy i ostatni wtorek wyznaczają koniec karnawału. „Karnawał, od carn-aval, mięsożerstwo, u nas pospolicie zapustem zwany. Ściśle biorąc, tylko 3 dni ostatnie przed Popielcem stanowią zapust, obszerniej – cały czas od Nowego Roku lub Trzech Króli aż do Popielca tak się nazywa”[2].

Mniej naukowo o zapustach, czyli bachusach, pisze Konstanty Krynicki: „Wszyscy hulają do upadłego i czasami zarywają i parę dni postu: przebierają się, dowcipkują, śpiewają, a chłopcy obchodzą domostwa po wsiach i zbierają datki. Uosobieniem ochoty jest Zapust, parobek, ubrany w kożuch odwrócony kudłami na zewnątrz, w papierowej czapce z wstążkami, a w ręku trzymający drewniany toporek z dzwonkiem”[3].

W Krakowskiem i w samym Krakowie Zapust często był ubrany w sukmanę, miał wąsy namalowane sadzą, długie włosy zrobione z lnu albo konopi, na nich „czapkę papierową, wąską a bardzo wysoką, u której wierzchu zaczepionych było i rozpuszczonych wiele wstążek długich z papieru kolorowego”[4]. Zawsze towarzyszyli mu muzykanci, a także Profesor mający przyczepione na głowie ośle uszy oraz Dziad w łachmanach, z różańcem z ziemniaków u pasa i wielkim drewnianym krzyżem na piersiach. Dziad w jednej ręce trzymał bat do opędzania się przed ulicznikami, w drugiej zaś wielki kosz na datki.
Gdy wchodzili do jakiegoś domu, Dziad pytał wielkim głosem: „Kto jesteś?”, a Zapust odpowiadał:
„Ja jestem Zapust, mantuański książę.
Przychodzę z dalekiego kraju,
gdzie psi ogonami szczekają,
ludzie gadają łokciami,
a jedzą uszami.
Słońce o zachodzie wschodzi,
a o wschodzie zachodzi,
a kurczę kokoszę rodzi,
każdy na opak gada,
a deszcz z ziemi do nieba pada”.
Potem Zapust przedstawiał swój orszak, nie szczędząc przytyków zwłaszcza Profesorowi, który nie zostawał mu dłużny, a gospodarze ze śmiechem wkładali im do kosza placki i kiełbasę.

W Krakowie, mieście królewskim, obok księcia Zapusta był jeszcze król Mięsopust – słomiana kukła, którą podczas szalonych zabaw włóczono po ulicach, a w końcu w kusy wtorek uroczyście ścinano jej głowę na Rynku.

Rynek był także miejscem odprawiania babskiego combra.
W tłusty czwartek krakowskie przekupki od rana okupowały szynkownie, a gdy już się odpowiednio uraczyły, zbierały się na Piasku, przed kościołem Karmelitów. Wszystkie były ubrane w worki albo suknie przewrócone na lewą stronę, a w rozczochranych włosach miały słomę, wióry i paski kolorowego papieru. Rozgrzane gorzałką i piwem wybierały spomiędzy siebie marszałka i przez Bramę Szewską ruszały gromadą do Rynku, niosąc comber – wielką słomianą kukłę wyobrażającą mężczyznę. W południe przejmowały władzę nad Krakowem i zaczynała się zabawa: baby rozbiegały się po Rynku i po okolicznych ulicach, łapiąc przechodzących mężczyzn. Kawalerów szarpały za włosy, „wprzęgały ich do kloca i kazały go ciągnąć za to, że wywinęli się od małżeńskich obowiązków, ściągały z nich futra i szuby, stroiły – na pośmiewisko – w słomiane wieńce, a nawet włóczyły po rynku, zmuszając do tańca i nieprzystojnych podskoków najpoważniejszych nawet mieszczan krakowskich”[5]. Podobno czasem krąg trzymających się za ręce i tańczących na Rynku był tak wielki, że otaczał całe Sukiennice. Można się było od tego wykupić, całując je po kolei i ofiarowując im suty datek. O północy, na znak dany przez marszałka, baby rzucały się na combra i rozrywały go na strzępy.

Po powstaniu krakowskim i inkorporacji Wolnego Miasta Krakowa do Austrii policja zakazała obchodzenia combra, zabroniła także organizowania orszaków mantuańskiego księcia Zapusta. „Obydwa te zwyczaje ustały po roku 1846, kiedy wprowadzono urządzenie policji austriackiej i miejsce dotychczasowych ochotników zajęli austriaccy urlopnicy, którzy nader surowo karcili wszelkie objawy pustoty i prześladowali dawne zwyczaje”[6].

Czy można się dziwić sztywnym urzędnikom ck Austrii, skoro szalone dni wprawiały w zdumienie nawet Turków? „Swawole karnawałowe dawały okazje kaznodziejom staropolskim do nazywania ich nie zapustami, ale »rozpustami«. Patrząc na te płoche zabawy, jeden z ambasadorów Solimana II, powróciwszy do Stambułu, rozpowiadał, że w pewnej porze roku chrześcijanie dostają wariacji i że dopiero jakiś proch sypany im potem w kościołach na głowy leczy takową”[7].

Z wybiciem północy rozpoczynającej środę popielcową nastawało panowanie śledzia i żuru – zaczynał się Wielki Post. Żeby ostudzić hulających, mówiono, że we wtorek zapustny za drzwiami karczmy stoi diabeł i spisuje wychodzących z niej po północy.

„Zeszła noc, a miedź święta woła do popiołu
od mięsa, od muzyki i hojnego stołu.
Jedni idą, zwiesiwszy do kościołów głowy (…),
ale drugich (a kto tak wiele policzy)
jeszcze skrzypki i dudy słyszeć na ulicy;
ci gonią dziewki, co je w kloce zaprzągają;
a one się nie barzo, widzę, ociągają,
ci chłopa w grochowiny ubrawszy prowadzą,
a do której gospody wprzód iść mają radzą”[8].

Bo karnawał nie tak łatwo daje za wygraną. Nawet stateczni krakowscy mieszczanie, którzy w kusy wtorek szli spać przed północą, a przez czterdzieści dni Wielkiego Postu przykładnie pościli, chcieli jeszcze trochę się pośmiać w środę popielcową. Stary popielcowy zwyczaj nazywanym klockiem, polegający na wieszaniu „jelit lub drewienek za plecami tych co zapust na ożenek nie użyli”[9], w Krakowie wyglądał tak: „W dniu Popielca chłopcy uliczni biegają i wieszają na szpilce z tyłu żydom, wieśniaczkom, służącym, kawałki drzewa, kości, skorupy jaj i.t.p. Niekiedy z domów umyślnie wyprawiają po jakiś sprawunek na miasto takiego, komu klocek przywieszono. Ten, nic nie wiedząc o zdradzie, idzie przez ulicę, a za nim wszyscy się śmieją”[10].

1_Lipinski

[Hipolit Lipiński, Targ na Rynku w Krakowie (Obchód środy popielcowej), Muzeum Narodowe w Krakowie]

Wojna karnawału z postem wcale się nie kończy w środę popielcową – trwa nieustannie w naszych duszach i ciałach.

2_Bruegel

[Pieter Bruegel, Wojna karnawału z postem]

„Niecodzienne zbiegowisko na śródmiejskim rynku,
W oknach, bramach i przy studni, w kościele i w szynku.
Straganiarzy, zakonników, błaznów i karzełków
Roi się pstrokate mrowie, roi się wśród zgiełku.

(…)

Oszalało miasto całe,
Nie wie starzec ni wyrostek,
Czy to post jest karnawałem,
Czy karnawał – postem!

Dosiadł stulitrowej beczki kapral kawalarzy,
Kałdun – tarczą, hełmem – rechot na rozlanej twarzy.
Zatknął na swej kopii upieczony łeb prosięcia,
Będzie żarcie, będzie picie, będzie łup do wzięcia.

Przeciw niemu – tron drewniany zaprzężony w księży,
A na tronie wychudzony tkwi apostoł postu.
Już przeprasza Pana Boga za to, że zwycięży,
A do ręki zamiast kopii wziął Piotrowe wiosło.

(…)

Siedzę w oknie, patrzę z góry, cały świat mam w oku,
Widzę, co kto kradnie, gubi, czego szuka w tłoku.
Zmierzchem pójdę do kościoła, wyspowiadam grzeszki,
Nocą przejdę się po rynku i pozbieram resztki.

Z nich karnawałowo-postną ucztą jak się patrzy
Uraduję bliski sercu ludek wasz żebraczy.
Żeby w waszym towarzystwie pojąć prawdę całą:
Dusza moja pragnie postu, ciało – karnawału!”[11]

 

(Ten artykuł napisałam w zeszłym roku dla portalu Love Kraków. Postanowiłam go tutaj przypomnieć, w nieco zmienionej wersji).

[1] Wspomnienia Ambrożego Grabowskiego, t. 1, Kraków 1909, s. 249.
[2] Zygmunt Gloger, Encyklopedia staropolska, hasło: Karnawał, http://literat.ug.edu.pl/~literat/glogers/index.htm.
[3] Konstanty Krynicki, Rys geografii Królestwa Polskiego, Warszawa 1887, http://cyfroteka.pl/ebooki/Rys_geografii_Krolestwa_Polskiego_1887__opracowanie_-ebook/p0401200i040.
[4] Wspomnienia Ambrożego Grabowskiego, dz. cyt., s. 250.
[5] Józef Łepkowski, Przegląd krakowskich tradycyj, legend, nabożeństw, zwyczajów, przysłów i właściwości, Kraków 1866, s. 39, http://www.pbi.edu.pl/book_reader.php?p=40657.
[6] Władysław Anczyc, Obrazy krakowskie, „Tygodnik Ilustrowany”, Warszawa 1862, t. V, s. 138.
[7] Zygmunt Gloger, dz. cyt.
[8] Kasper Miaskowski, Popielec, w: Rythmów Pawła Miaskowskiego część druga, Poznań 1855, s. 192.
[9] Józef Łepkowski, dz. cyt., s. 40.
[10] Wspomnienia Ambrożego Grabowskiego, dz. cyt., s. 252.
[11] Jacek Kaczmarski, Wojna postu z karnawałem.

Opublikowano Blog | Skomentuj

Co cię dziś uszczęśliwiło?

 

Amerykański psycholog William James (1842–1910) zadał słynne pytanie „Czy świadomość istnieje?”, wprowadził także pojęcie jaźni jako zdolności do postrzegania samych siebie jako obiektów, dla mnie jednak przede wszystkim jest autorem słów: „Największe odkrycie naszych czasów to stwierdzenie, że człowiek może zmienić swoje życie, zmieniając swoją postawę”.

Kiedyś pracowałam w pewnym dużym wydawnictwie. Urlop trzeba w nim było zaplanować w lutym. Napisałam do przyjaciółki w Stanach i umówiłyśmy się, że w lipcu pojedziemy nad jakieś ciepłe morze. Kilka dni później moja szefowa oznajmiła, że bierze urlop w lipcu i że ja muszę wtedy pracować.
Byłam niepocieszona. Duszne biuro zamiast słońca, wody, zapachu pinii i wolności. Martwiłam się przez cały luty i cały marzec. W kwietniu wydawnictwo zlikwidowało nasz krakowski oddział i mogłam pojechać nad morze nawet na pół roku.
Obiecałam sobie wtedy, że już nigdy nie będę martwić się na zapas.

Kiedyś, w liceum, byłam bardzo zakochana. Bez wzajemności, jak to w liceum. Pamiętam, jak szłam Plantami i użalałam się nad sobą. W pewnym momencie spojrzałam przed siebie i zobaczyłam szpaler starych drzew. Były tak piękne, że aż się zachłysnęłam. Tak piękne, że patrząc na nie, zapomniałam o swoim nieszczęściu. „O, cóż jest piękniejszego niż wysokie drzewa”, prawda?
Natura jest mądra. Umie otworzyć nam oczy na to, jacy w gruncie rzeczy jesteśmy szczęśliwi.

Obudziłam się dziś i jak co dzień od kilku miesięcy ucieszyłam, że nareszcie mieszkam w swoim wymarzonym domu i że przez okna widzę modrzewie i brzozy. Kropił deszcz, ale ja lubię deszcz. Być może lubiłabym mniej, gdybym biegła do pracy na szóstą, przez ciemne i mokre miasto. Lecz ja nie mam etatu – nie mam stałej pensji, urlopu, bonusów ani premii, za to rano nie budzi mnie budzik, na śniadanie mogę zjeść jajko na miękko i żaden szef nie mówi mi, co mam robić.

Pewien terapeuta, którego znam z opowiadań znajomej, poprosił ją, by codziennie znalazła pięć rzeczy, które ją uszczęśliwiły. Uznała, że to zadanie ponad jej siły. Może jedna rzecz na tydzień, ale pięć na dzień?
To mądry terapeuta. Wie, że takich rzeczy codziennie są dziesiątki.

Skończyłam dziś pracę nad pewną nudną książką, którą redagowałam i którą się opiekowałam podczas całego procesu wydawniczego. Już nigdy nie będę musiała wracać do jej wysilonych zdań. Co za radość!
Gdy po oddaniu pracy wracałam z wydawnictwa, na chwilę wyszło słońce. Akurat mijałam grupę brzóz, które zalśniły, jakby były zrobione ze szkła, srebra i starego złota.
Na przejściu dla pieszych na zielone światło czekała para nastolatków. Chłopiec uśmiechnął się i przymknął oczy, gdy rudy lok dziewczyny, uniesiony wiatrem, dotknął jego twarzy.
Dwie paczki od miesiąca zalegające pod ścianą dzięki parze zręcznych rąk pewnego przystojnego mężczyzny zmieniły się w bardzo potrzebny wieszak i śliczną komodę.
Nalałam sobie kieliszek wina. To francuski muscat pachnący miodem i kwiatami. Gdy poczułam na języku jego gorzkawą słodycz, przypomniał mi się pewien słoneczny dzień w Langwedocji – leżałam nad górską rzeką, wdychając zapach wody, trawy, tymianku, dzikich ziół i polnych kwiatów, których nazwy nie znałam. Byłam szczęśliwa.

Naiwne? Pewnie tak. Ale jakie przyjemne.

Opublikowano Blog | Skomentuj

Magia

 

Cleve Backster z CIA, specjalista od wykrywania kłamstw, podłączył do wariografu stojącą w biurze dracenę, a potem pomyślał, że podpali jej liść. Maszyna podobno oszalała, tak jakby była do niej podpięta nie roślina, ale człowiek, który poczuł się śmiertelnie zagrożony.
Czy rośliny rzeczywiście czytają w naszych myślach, jak twierdził Backster i kilku innych naukowców? Nauka jak do tej pory tego nie potwierdziła.
Wiadomo jednak, że drzewa zaatakowane przez szkodniki wysyłają chemiczne sygnały, które pobudzają inne drzewa do wytwarzania substancji ochronnych. Takie ostrzeżone drzewa mogą zmienić skład chemiczny liści, które stają się mniej smaczne, a nawet trujące dla agresorów. Skoro drzewa komunikują się z sobą, może też komunikują się z nami?

Gdy byłam mała, przed każdymi imieninami mojej mamy babcia prowadziła mnie i moją siostrę do szklarni sióstr Matki Bożej Miłosierdzia. Tam co roku wybierałyśmy te same kwiatki: Ewa prymulkę, a ja fiołka alpejskiego.

fiolki alpejskie

Pamiętam zapach tych szklarni – woń kwiatów przemieszaną z zapachem ziemi, torfu i ciepłej wilgoci. Te wyprawy zawsze mnie uszczęśliwiały.
Niedawno w książce Evy Kathariny Hoffmann o wpływie roślin na nasze samopoczucie przeczytałam, że prymulka poprawia nastrój i uskrzydla, a fiołek alpejski uaktywnia serce i układ krwionośny i jest polecany dla osób cierpiących wskutek samotności.

Czasem mam wrażenie, że niektóre kwiaty mnie wołają. Kilka dni temu byłam w Ikei i oglądałam rośliny. Było zimno i odstawiłam na półkę zielistkę, bo się bałam, że po drodze mi zmarznie. Ledwie wyszłam ze sklepu, już żałowałam, że nie włożyłam jej do koszyka, choć czułam jej energię, widoczną choćby w jej kształcie, bo zielistka przypomina wodotrysk albo wybuch fajerwerku. Pożałowałam jeszcze bardziej, gdy przeczytałam, że poprawia humor i jest symbolem fizycznej i umysłowej płodności. Kupię ją następnym razem. Na razie energii dodaje mi dracena. Podobno NASA dba o to, żeby w pomieszczeniach, w których przebywają astronauci, stały draceny, bo wchłaniają szkodliwe substancje chemiczne i napełniają pokoje dobrą energią.

dracena

„Każda wystarczająco zaawansowana technologia jest nieodróżnialna od magii”, napisał Arthur C. Clarke, ten od Odysei kosmicznej.

Życzę wszystkim, by w nowym roku otworzyli się na magię świata.

PS Feng shui zaleca postawienie drzewka szczęścia (grubosza) razem z drzewkiem pomarańczowym i kwitnącym złocieniem w strefie bogactwa (gdziekolwiek to jest), aby poprawić finanse, oraz ustawienie dwóch drzewek o kulistej koronie po obu stronach drzwi do domu, żeby przyciągnąć dobre duchy.
Eva Hoffmann zaś zaleca postawić:
fikus Benjamina, anturium i difenbachię – koło drukarki i ksero, bo przyspieszają rozkład szkodliwych substancji, takich jak formaldehyd, ksylen i toluen;
orchidee i storczyki – w sypialni, bo pobudzają, także erotycznie;

storczyk

różę jerychońską i gardenię – przy łóżku rekonwalescenta, bo pomagają odzyskać siły;
bambus – w całym domu, bo zmieni go w oazę spokoju, a jednocześnie jest afrodyzjakiem;
kroton – w biurze, bo pobudza do kontynuowania raz rozpoczętej pracy i wzmacnia siłę przebicia;
bluszcz – w biurze, bo jego energia daje impuls do wprowadzania w życie nowych pomysłów;
hibiskus – w urzędzie, bo otwiera na kontakty z innymi;
monsterę – w poczekalni, bo spowalnia przepływ energii i zapewnia harmonię;
azalię – w salonie, bo daje radość i potęguje uczucie przyjaźni;
kalanchoe – w łazience, bo szczególnie rano wprawia w dobry humor;
sępolię – wszędzie, bo emanuje łagodną energią i poprawia nastrój;
papirus – blisko koszyka kota (ale nie w sypialni!), bo koty go lubią;
jukkę – przy płocie oddzielającym od niemiłego sąsiada, bo jest agresywna i dominująca;
poinsecję – w zasięgu wzroku, bo w zimie zapewnia dobry humor.

gwiazda betlejemska

Opublikowano Blog | Skomentuj

Czas oczekiwania

 

Za kilkanaście godzin będziemy wypatrywać pierwszej gwiazdki i gości, którzy zasiądą z nami przy wigilijnym stole.
Dzieci niecierpliwie będą zerkać pod choinkę, starając się przeniknąć wzrokiem błyszczące opakowania prezentów.
Pójdziemy na pasterkę i będziemy czekać, aż ciemny kościół rozjarzy się światłami, i znów zobaczymy szopkę i Narodzonego, i zaśpiewamy kolędy.

Serdecznie życzę wszystkim, aby ich czekanie nie było daremne.

Aby ci, którzy czekają na rodzinne spotkanie przy wigilii, z radością usiedli przy wspólnym stole i nasycili się nie tylko dwunastoma potrawami, ale także ciepłem i miłością.
Aby ci, którzy łamiąc się opłatkiem, czekają na obietnicę, słowa przebaczenia albo przeprosin, usłyszeli je.
Aby ci, którzy czekają na prezenty, dostali od Aniołka to, o czym marzą.

01.szopka

Wesołych Świąt Bożego Narodzenia!

Pokoju, światła, wiary, nadziei i miłości!
Niech nasi bliscy będą w ten dzień z nami, a myśli o tych, którzy odeszli, niech nie będą gorzkie. Talerz dla wędrowca niech będzie znakiem naszych otwartych serc. A nasze zwierzęta niech nam o północy powiedzą coś miłego.

02.Florianska

03.sw. Wojciech

04.Rynek

05.love Krakow

06.Florianska

07.Slawkowska

08.Slawkowska

09.szopka

10.szopka

11.kiermasz

12.banka

 

Opublikowano Blog | Skomentuj

„Na zawsze Różany” – już jest książka!

 

Dziś odebrałam egzemplarze autorskie i wreszcie mogłam wziąć do ręki Na zawsze Różany. To fantastyczna chwila, gdy coś, co było ulotnym pomysłem, materializuje się, w dodatku w takiej ładnej okładce :)
Ropuchu, bardzo dziękuję za zdjęcie dworku w Stryszowie!

Wydawnictwo JAK zaczęło już wysyłać książki do tych, którzy je kupili. Do egzemplarzy kupionych przed świętami dodajemy zakładkę zaprojektowaną przez p. Dorotę Choczewską.

Na_zawsze_Rozany

Kilka osób pytało mnie w e-mailach, jak można kupić Na zawsze Różany. Tak jak już pisałam, do końca lutego tej książki nie będzie w księgarniach i można ją kupić wyłącznie w Wydawnictwie JAK.

Na dwa sposoby: klikając w ten link
http://www.wydawnictwojak.pl/rozany/na-zawsze-rozany-detail
i wkładając ją do koszyka na stronie JAK-a (przy wybieraniu formy dostawy trzeba zaznaczyć opcję „Różany”, bo cena książki obejmuje koszt przesyłki poleconej) albo przychodząc do siedziby wydawnictwa w Krakowie, na ulicy Zacisze 7, na trzecim piętrze (jest winda), w godz. 10–15, i kupując za gotówkę.

Jeśli ktoś tak jak ja spisał jakąś historię w pięciu tomach i wie, że jest mnóstwo osób, które przeczytały cztery i chcą przeczytać piąty, to jest szczęśliwy. Po raz piąty – i ostatni – zapraszam do różańskiego świata i dziękuję wszystkim, którzy to zaproszenie przyjęli.

Opublikowano Blog | 10 komentarzy

„Na zawsze Różany” pod choinkę

 

Już straciłam nadzieję, że ostatni tom sagi o Różanach ukaże się w tym roku, tymczasem Wydawnictwo JAK spełniło moje marzenie i przygotowuje kolekcjonerską edycję piątego tomu cyklu – Na zawsze Różany. Tego wydania nie będzie w księgarniach – można je kupić, wchodząc na stronę Wydawnictwa JAK: http://www.wydawnictwojak.pl/rozany/na-zawsze-rozany-detail

Wydanie kolekcjonerskie można kupować od 10 listopada. Będzie w sprzedaży do końca lutego, a wysyłka kupionych egzemplarzy rozpocznie się w połowie grudnia.

Książka to dla mnie najlepszy prezent pod choinkę. Za oknem śnieg, w domu pachnie świerk albo jodła, zmierzch zapada wcześnie – nic tak wtedy nie smakuje, jak herbata z cynamonem i dobra książka.

*

Na zawsze Różany to piąta i ostatnia część cyklu. Akcja powieści rozgrywa się współcześnie w Różanach, a także w Izraelu, Stanach Zjednoczonych i Indiach, retrospekcje zaś przenoszą czytelnika do powojennych Niemiec, Związku Radzieckiego oraz Krakowa z lat 50. i 60.
Zosia znajduje w starym kalendarzu swojej niani nazwiska i adresy ludzi, z którymi pani Zuzanna kiedyś korespondowała, i postanawia zaprosić ich na swój ślub z Erykiem. Nie wie, jak wiele wspomnień poruszą te zaproszenia i ile tajemnic dzięki nim się wyjaśni.
Nie wie, kim dla pani Zuzanny była Marynia Fischer – koleżanka z kamienicy na Stradomiu i ze szkoły pielęgniarek – ani jak wiele dla niej znaczył Aleksander Bach, brat Wiery, który razem z rodzicami i Wierą wyemigrował do Ameryki Południowej w 1937 roku, a kilkanaście lat później wrócił do Polski z tajną misją.
Nie wie także, że Natalia, którą Eryk odtrącił, poprzysięgła mu zemstę i że nie cofnie się przed niczym.

Na zawsze rozany_v1.indd

 

Cykl Różany składa się z pięciu tomów:
1. Droga do Różan
2. Wiosna w Różanach
3. Tylko dzięki miłości
4. Bądź przy mnie
5. Na zawsze Różany

Opublikowano Blog | 3 komentarzy

„Na zawsze Różany” odcinek 4

 

10

Nie miała na Rakowicach rodzinnego grobowca. Jej dziadkowie, pradziadkowie i prapradziadkowie byli pochowani na Powązkach i w Stanisławowie, który teraz nazywał się Iwano-Frankowsk, Kazia nie miała grobu, rodziców zaś sama pogrzebała w płytkiej mogile na cmentarzyku w środku tajgi.
Kiedyś użalała się nad sobą, bo we Wszystkich Świętych nie miała gdzie zapalić im świeczki. Teraz myślała, że to nie ma znaczenia. Zmarli są przede wszystkim w nas, dopiero potem w ziemi. Albo gdzieś na dnie morza, jak jej siostra.
Kazia… Były chwile, gdy jej zazdrościła. Kiedy ledwie powłócząc nogami, szła na wyrąb, gdy ramiona paliły ją żywym ogniem od ciągnięcia długiej piły, od mrozu schodziła skóra z twarzy i pękały ręce, albo gdy pokaleczonymi dłońmi zbierała bawełnę pod palącym słońcem, myślała, że wolałaby umrzeć tam, na barce, przytulona do mamy, tak jak jej siostra.
Doleciał ją zapach rozgrzanych sosnowych igieł i wydało się jej, że czuje woń żywicy. Tak pachniał słannik, wywar z jedliny, najtańszy środek przeciwko cyndze. Ciemnobrązowy jak miód i w pierwszej chwili słodkawy, potem tak wstrętny, że sztuką było opanować odruch wymiotny. Komuniści odebrali jej nie tylko rodziców, siostrę i młodość, także radość ze spacerów po lesie i z zapachu choinki.
Przyspieszyła kroku. To już gdzieś tu. Nie była na tym cmentarzu od pięćdziesiątego ósmego roku, gdy wyjechała do Ameryki, bo przysięgła sobie, że jej noga nie postanie na ziemi, nad którą władzę mają komuniści. Dotrzymała słowa. Strach jest silnym bodźcem.
Nawet teraz, po tylu latach, gdy wysiadła z samolotu na Okęciu, bolał ją żołądek i czuła ucisk w gardle. To nie było wzruszenie ani radość z powrotu do ojczyzny, tylko zimny, lepki strach.
„Zostawili w twojej duszy głębokie ślady walonek”, powiedział jej kiedyś Aleksander.
Zatrzymała się, wyprostowała plecy i kilka razy głęboko odetchnęła. Nie da się. Nie pozwoli, by ciągle padał na nią cień tamtych lat. Polska znów była wolna, od roku należała do Unii Europejskiej, a ona, Marynia, była obywatelką amerykańską. Nic jej nie mogli zrobić.
Przy grobowcu Hulewiczów ktoś stał. Wysoki, bardzo szczupły, w świetnie skrojonym letnim garniturze. Siwe włosy lśniły w słońcu.
Aleksander.
Zdajemy sobie sprawę, jacy jesteśmy starzy, dopiero gdy zobaczymy kogoś z naszej młodości.
Odwrócił głowę na głos jej kroków.
– Dzień dobry, Maryniu. Pięknie wyglądasz.
Przełknęła ślinę. Kiedyś za ten jego uśmiech dałaby się pokroić żywcem.
– Dzień dobry. Skąd się tu wziąłeś? Myślałam, że zobaczyłam ducha.
– Nie boisz się duchów, prawda?
– Zawsze mówiłeś, że boję się tylko Boga i komunistów.
Roześmiał się, a ona mu zawtórowała.
Podszedł, objął ją i ucałował w oba policzki. Na chwilę zamknęła oczy.
– Dostałaś list od córki Stasia?
– Skąd wiesz?
– Domyśliłem się.
– Nadal pracujesz w Mosadzie?
– A ty ciągle swoje. Ile razy mam ci powtarzać, że jestem dziennikarzem. A właściwie już tylko emerytem.
– Akurat.
– Jedziesz na ten ślub?
– A ty nie?
– Jestem za stary na takie imprezy.
– Kokiet.
Znów się uśmiechnął.
– Nie mów nikomu, że byłem w Krakowie.
– „Byłem”?
– Jutro wracam. No, może pojutrze.
– Jak tam jest? Nigdy nie byłam w Izraelu.
Nie miała odwagi pojechać. Choć wiele razy wyobrażała sobie, że tam mieszka. Z nim.
– Gorąco. Dużo piasku, trochę za mało wody. Ale mamy wszystko, całkiem jak w Ameryce. – Mrugnął do niej. Jego szarozielone oczy nic się nie zmieniły, choć teraz były otoczone zmarszczkami. – Wszystko oprócz poziomek. Mamy drzewa poziomkowe, tylko że ich owoce z poziomkami nie mają nic wspólnego.
– Pamiętasz, jak Zuzia mówiła, że nie mogłaby mieszkać w Anglii, bo tam nie ma robaczków świętojańskich?
– Pamiętam.
Marynia spojrzała na niedawno wykuty napis, błyszczący nowością na szarym kamieniu: „Zuzanna Hulewicz 1920–2004, Stanisław Borucki 1935–2004. Najukochańsi. Niech spoczywają w pokoju”. Wyjęła z torebki znicz i zapalniczkę.
– Ciągle palisz?
– Nie, już dawno rzuciłam. Ale lubię tę zapalniczkę i zawsze mam ją w torebce.
Tak jak dwa cukierki, które zastąpiły skórkę z chleba, która zastąpiła kromkę chleba.
– Byłeś na pogrzebie?
– Nie.
– Ale wiedziałeś, że umarła?
– Tak, tylko było już za późno, żeby przyjechać.
– Ja się domyślałam, ale dowiedziałam się dopiero z listu córki Stasia.
– Nie pisałyście do siebie z Zuzanną?
Marynia spuściła głowę.
– Ja rzadko. Coraz rzadziej. Czasem dzwoniłam. Bo… rozumiesz… przypominanie sobie o tych, których się tam zostawiło, bolało… Bardzo. Ale jak nie przyszła kartka na Boże Narodzenie, a potem na Wielkanoc… – Pociągnęła nosem.
Objął ją ramieniem.
– Do mnie też pisała na każde święta, a ja nigdy jej nie odpisałem.
On także chciał wyrwać wspomnienia o Zuzannie i o tym mieście jak drzazgę spod paznokcia.
– Właściwie dlaczego wtedy wyjechałeś?
– W trzydziestym siódmym?
– Nie wygłupiaj się. W sześćdziesiątym siódmym.
– Mój kraj toczył wojnę. A gdy jest wojna, to z Izraela się nie ucieka, do Izraela się wraca.
Czasem – bez powodzenia – próbowała naśladować jego ton: przyjacielski, a jednocześnie ucinający wszelkie pytania.
Gdzieś niedaleko stukał dzięcioł, ćwierkały ptaki, zza muru słychać było szum przejeżdżających aut.
Marynia czuła na ramieniu dłoń Aleksandra, drugim ramieniem dotykała jego boku i walczyła z sobą, żeby nie objąć go w pasie, nie przytulić się mocniej… Podobał się jej zapach jego perfum. Jakich używał kiedyś? Nie mogła sobie przypomnieć.
Chciała go o to zapytać, o to i o tysiąc innych rzeczy, ale milczała, bo nie wiedziała od czego zacząć. Nie widzieli się… ile właściwie? Mozolnie obliczyła w pamięci. Czterdzieści siedem lat.
– Gdzie się zatrzymałaś?
– U przyjaciół mojej kuzynki. Mają duży dom w Borku Fałęckim. A ty?
– W hotelu.
– Pewnie w Sheratonie.
– Zgadłaś.
– Nic się nie zmieniłeś.
Przytulił ją na moment, a potem opuścił rękę.
Co teraz? Pożegnają się i już nigdy go nie zobaczy?
– Masz czas po południu? Może dałabyś się zaprosić na kolację?
– Z przyjemnością.
– Na Świętej Gertrudy koło dawnego Royalu jest dobra restauracja. Może tam?
– Jeśli mówisz, że dobra, to na pewno już ją sprawdziłeś.
– Znasz mnie lepiej, niż myślałem. Przyjechać po ciebie? – I zanim zdążyła się odezwać, sam sobie odpowiedział: – Nie, wolisz przyjechać tramwajem.
Roześmiała się.
– Znasz mnie lepiej, niż myślałam.

*

Kościół Matki Boskiej Zwycięskiej czuwał nad miastem z wysokości Góry Borkowskiej jak w czasach jej dzieciństwa. Ale sama Góra się zmieniła: wydawała się Maryni niższa i znikły z niej asfaltowe fałdy. Kiedyś asfalt spływał na upale jak lody z patyka i tworzył garby, a opony zostawiały w nich głębokie ślady. Jezdnia była poznaczona kołami jak piaszczysta wiejska droga, tylko trwalej.
Niebieskie tramwaje. Teraz nie kołysały się na boki i nie zgrzytały potępieńczo na zwrotnicach. Oczywiście nie było już otwartego pomostu z ozdobną kutą kratą ani siedzącego wysoko konduktora z równymi stosikami monet na odpowiednio wyżłobionej deseczce, który wołał: „Kto z państwa nie ma jeszcze biletu!?”, zgarniał monety do skórzanej torby, odchylał na bok deseczkę i schodził ze swego tronu między pasażerów.
Nie było zakładów Solvaya i ulicy Zakopiańskiej nie przecinały tory kolejki wąskotorowej. Marynia pamiętała wysokie fabryczne budynki z szarymi od pyłu oknami, dymiące kominy i grubą kobietę bez wieku, która wkraczała na jezdnię z czerwoną chorągiewką i zatrzymywała ruch, gdy na Zakopiańską wjeżdżała mała lokomotywa ciągnąca sznur wagoników wypełnionych popielatym kamieniem wapiennym z Zakrzówka.
Nad klasztorem w Łagiewnikach górowała nowa wieża, którą gospodarze Maryni nazywali wieżą Barad Dur i trudno było odmówić im racji. Rondo Matecznego było całkiem nowe, za to niezmieniona pozostała wąska ulica Kalwaryjska z rzędem niskich, kiedyś podmiejskich domów i schodami prowadzącymi na wzgórze Krzemionek. Nic się nie zmienił most Marszałka Piłsudskiego ze stalową kratownicą, której w dzieciństwie się bała, bo myślała, że może nagle opaść i przygnieść idących mostem ludzi.
Ulica Krakowska zaczynała się ogrodem otoczonym murem, za którym nie było już jednak wielkiego domu dla starców żydowskich. Trwał za to kościół Bonifratrów, którego fasadą zachwycał się ojciec Maryni. Zawsze, kiedy tędy przechodził, zatrzymywał się na chwilę, a zdejmując kapelusz, oddawał hołd, jak mówił, Bogu i Placidiemu, który zbudował to cudo.
Podcienia po lewej zaskoczyły ją jak zwykle, bo przebito je w czasie wojny i po raz pierwszy zobaczyła je w pięćdziesiątym siódmym roku, ale widok po prawej, na wieżę ratusza na Wolnicy, był taki sam jak kiedyś.
Kraków znów był czysty, prawie jak przed wojną, a ona siedziała w nowoczesnym wagonie, z nosem niemal przyklejonym do szyby. Nie wiedziała, że tak za tym wszystkim tęskniła.
„Kraków, jestem w Krakowie”, powtarzała w myślach. Młodość Ameryki budziła w niej niepokój, wiek Krakowa dawał poczucie bezpieczeństwa. Pozwalał myśleć, że te strzeliste kościelne wieże, secesyjne kamienice i kawiarnie ze stolikami o marmurowych blatach istniały i będą istnieć zawsze, a ona razem z nimi.
Tramwaj pokonał zakręt za Wolnicą i Marynia zobaczyła Stradom. Wstała i skierowała się do drzwi. Serce biło jej mocno, ale się nie wahała. Do restauracji, w której umówiła się z Aleksandrem, był jeszcze jeden przystanek, miała jednak dość czasu, żeby ten kawałek przejść pieszo.
Szła powoli, bo brakowało jej tchu. Tu była kwiaciarnia, tam księgarnia, pasmanteria, delikatesy, kiosk, kino, krawiec, cukiernia. Nie było żadnej z tych rzeczy, ale ona je widziała. W tym okrągłym kiosku na rogu Świętej Agnieszki tatuś kupował gazety, w tamtej cukierni ona zawsze zamawiała napoleona, a Kazia ptysia z bitą śmietaną. Różowy krem, chrupiące francuskie ciasto rozdzielające się na delikatne listki… Kiedyś zamówiła sobie podobne ciastko w Nowym Jorku, ale smakowało inaczej niż to ze Stradomia.
Brama jej kamienicy była zamknięta. Stara klamka została wymieniona na elegancką gałkę. Przy guzikach błyszczącego nowością domofonu nie było nazwisk.
Nie były jej potrzebne. Pod trójką mieszkała Zuzia, pod czwórką Iza, a ona pod piątką.
Zakręciło się jej w głowie i musiała się oprzeć o bramę. W tym samym momencie brama się otworzyła i Marynia byłaby upadła, gdyby ktoś jej nie podtrzymał. Aleksander.
Nie zapytał, skąd się tu wzięła.
– Chcesz wejść do siebie na górę? To znaczy do Doliwów? – spytał cicho.
Przecząco pokręciła głową.
– Chciałabym zobaczyć sień.
Szerzej otworzył drzwi.
Czas się cofnął i nagle znów był trzeci września trzydziestego dziewiątego roku. Tatuś pakował do samochodu ostatnią walizkę. Pomagał mu jego kuzyn Paweł Doliwa, który spędzał wakacje w Rabce, a teraz zabierał ich do swego majątku pod Stanisławowem, gdzie rodzice postanowili przeczekać wojnę. Mama i Kazia już siedziały w aucie, a ona stała w bramie, wahając się, czy do nich dołączyć, czy pobiec z powrotem na górę, schować się w szafie i nie pozwolić się wywieźć z Krakowa. Odwróciła wzrok od ponaglającej ją gestem mamy i spojrzała przez ramię na drzwi na podworzec, ciemnobłękitną posadzkę, marmurowy stopień i drzwi z kolorowymi szybkami prowadzące na schody…
– Dobrze się czujesz?
Głos Aleksandra przywrócił ją do rzeczywistości.
Posadzka w sieni była teraz antracytowa, drzwi na podworzec nowe, zostały tylko te z kolorowymi szybkami, prowadzące na marmurowe schody.
To już nie był jej dom. A gdyby zapukała do środkowych drzwi na pierwszym piętrze, nie otworzyłaby jej Zuzia. Trzeba się pogodzić z przemijaniem.
– Chodźmy – szepnęła.
Wzięła Aleksandra pod ramię. Brama zamknęła się za nimi bezszelestnie.
Chodnik był równy, prawie jak przed wojną, i Marynia szła bez potykania się, choć niewiele widziała przez łzy.
Obeschły, gdy doszli do Wawelu, i wtedy spojrzała na Aleksandra.
– O nic nie pytasz?
– Nie muszę – odrzekł i mocniej przycisnął jej rękę.
Dopiero teraz zauważyła, że niósł bukiet. Gladiole, goździki, cynie i astry. Taki sam kupił dla niej na powitanie we wrześniu pięćdziesiątego siódmego, gdy wracała ze zsyłki. Pamiętał.
Chyba usłyszał jej myśli, bo powiedział:
– Dam ci ten bukiet dopiero w restauracji. Jest dość ciężki.
Skręcili w Świętej Gertrudy. Restauracja była tuż za rogiem.
Kelner zaprowadził ich do stolika, podał karty, przyniósł wazon na kwiaty.
Marynia spojrzała na stronę ze specjalnością zakładu i uśmiechnęła się do Aleksandra.
– To dlatego mnie tu zaprosiłeś?
– Zgadłaś.
– A co ty będziesz jadł?
– Mają dobre sznycle wiedeńskie.
– Paniczyk – powiedziała, ale zabrzmiało to miękko, nie złośliwie.
Aleksander skinął na kelnera.
– Dla pani golonka z pieca i duże piwo, Żywiec, dla mnie sznycel po wiedeńsku. A wcześniej to, co zamówiłem, rezerwując stolik.
Kelner skłonił głowę i odszedł.
– Co wcześniej zamówiłeś?
– Zobaczysz.
Nie musiała czekać. Wiedziała. Szampan i truskawki. Tym ją żegnali, gdy wyjeżdżała do Ameryki.
– Co u Miszy? – spytał.
– Odziedziczył fabrykę po Ryszardzie i ją prowadzi. Dobrze mu idzie. Poza tym jest bardzo troskliwym ojcem. Może Zuzia ci pisała, że ma dwóch synów i córkę. Lena to moja ulubienica. Mieszka teraz w Nowym Jorku. Jestem babcią, a wyobraź sobie, że niedługo zostanę prababcią, bo żona Borysa spodziewa się dziecka.
– Gratuluję! Cieszę się, że masz tak udaną rodzinę – powiedział, chociaż ani Richard junior, ani Borys, ani Lena nie byli jej wnuczętami, bo Misza nie był jej synem.
– Lubiłam Ryszarda. To był niezwykły człowiek.
Kiedyś jej opowiedział, w jaki sposób został właścicielem stalowni. Był już wtedy Richardem Sage, a nie Ryszardem Sagiewiczem, który wstawał codziennie o czwartej rano i rozwoził gazety. Po pięciu latach takiego życia zrozumiał, że w Ameryce nie ma miejsca dla drobnego biznesmena, który w dodatku jest przyjaźnie nastawiony do świata. Mały się nie liczy, chyba że dyszy chęcią wykończenia konkurenta i zdobycia monopolu. Wygrywa ten, kto pierwszy wyciągnie pistolet, bo jedenaste amerykańskie przykazanie brzmi: sięgaj po cudze.
Za uskładane w ciągu pięciu lat sprzedaży gazet pieniądze ubrał się elegancko, potem kupił narty i pojechał do Sun Valley w Idaho. Tam wypatrzył Mary Field, starszą od siebie o osiem lat córkę bogatego przemysłowca Jamesa Fielda. Najpierw ją uwiódł, a potem się jej oświadczył podczas zjazdu z Dollar Mountain.
– Był Polakiem i pewnie cię rozumiał – powiedział Aleksander. – Z Amerykaninem byłoby gorzej.
– Mary, żona Ryszarda, była amerykańska w każdym calu.
Długonoga, o pięknych zębach, zdrowej cerze i pustych oczach.
– Nigdy nie była w Europie i nie miała pojęcia, co tu się działo, prawda?
– Nie lubiła Europy ani Europejczyków. Zawsze powtarzała, że to malutki, klaustrofobiczny kontynent, na którym trudno oddychać, a Europejczycy są nudni i brak im ducha przedsiębiorczości. Od pokoleń tkwią w jednym miejscu i boją się z niego ruszyć.
– Nie ma to jak kategoryczne opinie o czymś, o czym nie ma się pojęcia.
– Ludzie tacy są. Nie tylko Amerykanie.
– Racja. Oni za to celują w obojętnej życzliwości i rozmowach o niczym.
– Zuzanna by powiedziała, że tam nie ma metafizyki.
Pili szampana, jedli truskawki, prawie tak smaczne jak czerwcowe, i co drugie zdanie zaczynali od „pamiętasz”: „Pamiętasz szwajcarską altanę w parku Bednarskiego?”, „A pamiętasz lodowisko w parku Krakowskim?”, „Pamiętasz lody cytrynowe u Włocha na Szewskiej?”, „A makagigi?”, „A targ na Dietla? Chłopów wołających rano: »Masło! Jaja! Kurczęta!«?”.
Kelner przyniósł Maryni golonkę i piwo. Spróbowała i głośno westchnęła.
– Dawno nie jadłam czegoś tak pysznego.
Na deser zamówiła pierogi z borówkami. W domu zażyje coś na trawienie.
Przy kawie i metaksie spytała:
– Właściwie dlaczego wyemigrowaliście do Boliwii, a nie do Palestyny?
– Tam ojciec miał kuzynów. Wtedy do Palestyny jechali tylko biedacy, którzy nie mieli nic do stracenia. Niewykształceni, za to umiejący ciężko pracować w polu. Poza tym mój ojciec nie uznawał ruchu syjonistycznego. Powtarzał słowa swego ojca, że dopiero jak przyjdzie Mesjasz, to Palestyna będzie dla Żydów. Nigdy nie wrzucał pieniędzy do puszki Keren Kajemet le’Israel, wiesz, na fundusz wykupywania ziemi od Arabów.
– Miał rację. Jak tak można przyjść po dwóch tysiącach lat i powiedzieć: „To jest nasza ziemia”?
– Wtedy się nad tym nie zastanawiałem. Marzyłem o miejscu, gdzie będę u siebie.
– I co?
– Marzenia rzadko się spełniają.
– Wiem coś o tym. – Alkohol krążył w jej żyłach, dlatego ciągnęła dalej: – Wiedziałeś, że… że się w tobie durzyłam? – Mimo wszystko nie miała odwagi powiedzieć: „że cię kochałam jak nikogo wcześniej i nikogo później”.
Uśmiechnął się tym swoim jedynym na świecie uśmiechem. Poczuła mrowienie w dole brzucha.
– Zdawało ci się, bo jak każda dziewczyna marzyłaś o miłości.
– Miałam trzydzieści pięć lat.
– Naprawdę?
Powinna dać spokój. Ale właściwie dlaczego. Miała już swoje lata i mogła robić, co jej się podobało. Starym kobietom wszystko wolno. Inaczej każda w dniu, w którym przekroczyła siedemdziesiątkę, wkładałaby głowę do piecyka gazowego.
– Dlaczego Zuzia, a nie ja?
Uśmiech zawsze pojawiał się najpierw w jego oczach, potem unosiły się kąciki ust.
– Nigdy nie dajesz za wygraną, co?
– Jak inaczej przeżyłabym przy rąbaniu tajgi?
Wziął jej dłoń w swoją i lekko uścisnął.
– Dlaczego nie ty? Kto to może wiedzieć. Bo utraciłaś niewinność? Zesłanie zmieniło cię w nihilistkę. Gorączkowo pragnęłaś szczęścia, bez względu na okoliczności. Tylko że tak naprawdę nic nie było w stanie cię ucieszyć, tak jak nic nie mogło cię zszokować. Za dużo widziałaś.
Zabolało. Nie takie jednak rzeczy przełykała bez mrugnięcia okiem.
– Nigdy o niej nie zapomniałeś, prawda?
– Jakżebym mógł. Była moją żoną.
– Ale chyba wiedziałeś, że przed tobą był Joachim, no i Piotr, jej dziewczęce zadurzenie.
– To była miłość, nie zadurzenie.
– Więc wiesz, że dostały ci się tylko okruchy.
– No, jeśli to były okruchy…
Na każde pchnięcie szpadą odpowiadał ciosem topora, w dodatku nie zdając sobie z tego sprawy.
Spojrzał przez Marynię jak przez szybę i uśmiechnął się tak, jakby po miesiącu błądzenia po pustyni zobaczył oazę.
Marynia nagle poczuła się zmęczona. Zapragnęła znaleźć się w domu, w swoim łóżku, gdzie nikt nie usłyszy jej płaczu.
Otworzyła usta, by poprosić Aleksandra, żeby ją odwiózł, gdy przypomniała sobie, że miała go zapytać o jeszcze jedną rzecz.
– Na lotnisku w Nowym Jorku zdarzyło mi się coś dziwnego. Usłyszałam, jak wzywają pasażerkę Susannah Hamilton von Ebert. Samolot na nią czekał. Zdążyła w ostatniej chwili.
– Zawsze czekają na pasażerów pierwszej klasy.
– Skąd wiesz, że leciała w pierwszej?
– Nigdy nie lata inaczej.
– A ty wiesz to wszystko, bo byłeś dziennikarzem?
– Dziennikarz musi być dobrze poinformowany.
– No tak… To jego córka?
– Wnuczka.
– Czy… czy Joachim żyje?
– Umarł w pięćdziesiątym czwartym roku.
– Zuzanna wiedziała?
– Sam jej o tym powiedziałem.
– Po wojnie nigdy o nim nie wspominała. Gdy ją o niego zapytałam, powiedziała, że wyjechał do Szkocji, ożenił się i zapomniał o niej.
– Wtedy tak myślała. Ale to nie było tak.
– A jak?

Opublikowano Blog | 2 komentarzy

„Na zawsze Różany” odcinek 3

 

6

Obiecał sobie, że już nigdy nie pojedzie do miasta, które śniło mu się prawie co noc. Był za stary – i na dalekie podróże, i na ból serca. Kiedy Medinat Israel, Państwo Izrael, wysłało go do Jugosławii i pewnego majowego dnia, dawno temu, stał na zagrzebskiej ulicy, czekając na tramwaj, poczuł nagły skurcz w gardle: ulica wyglądała jak Stradom. Od tamtej pory unikał austrowęgierskich miast. Wszystkie – Wiedeń, Budapeszt, Zagrzeb – były podobne do miasta jego młodości.
Nastawił budzik na piątą, ale obudził się wcześniej. Starzy ludzie nie potrzebują dużo snu. Wstał, otworzył żaluzje i patrząc na kępę drzew pomarańczowych i na kwitnące przez cały rok i dlatego niemające żadnego uroku kwiaty, odmówił poranną modlitwę. Kiedyś zaczynał dzień od tradycyjnej hebrajskiej formułki: „Baruch sze’lo asani goj, baruch sze’lo asani isza, baruch sze’lo asani ewed”. Błogosławiony bądź za to, że nie stworzyłeś mnie gojem, błogosławiony bądź za to, że nie stworzyłeś mnie kobietą, błogosławiony bądź za to, że nie stworzyłeś mnie niewolnikiem. Teraz po prostu dziękował, że się obudził. Niektórzy woleliby umrzeć we śnie. On chciał spojrzeć śmierci prosto w oczy i poczuć, jak to jest, gdy dusza i myśl oddzielają się od ciała.
W czterdziestym szóstym roku Sycylijczycy wyrzucili go ze statku do morza, po tym jak odmówił robienia z nimi interesów i broń dla żydowskiej partyzantki walczącej z Brytyjczykami w Palestynie nadal kupował od neapolitańskiej camorry. Kiedy wyciągnął ostrze ukryte w pasku od spodni i przeciął linę z przywiązanym do niej kawałem szyny, i gdy lekki i wolny płynął w górę, w stronę powierzchni lśniącej od księżycowego światła, był szczęśliwy. Po prostu szczęśliwy. Chyba tak czuje się dusza, gdy się pozbędzie ciężaru ciała i leci gdzieś wysoko, w stronę gwiazd i księżyca.
Bo jego dusza na pewno nie będzie przez siedem dni uparcie wracać z cmentarza do domu. Nie ma do kogo.
I co dalej? Ogród Edenu? Nawet jeśli jest, to on go nie zobaczy. Będzie tylko Sąd: sala rozpraw, długa lista grzechów, wyrok. A potem trzask zamykanej bramy do Raju, miejsce w tłumie przed bramą i wieczny żal, że trzeba tu zostać na zawsze.
Niedługo się przekona, co jest po tamtej stronie. Bo jest już stary.
Stary, stary, kiedy w końcu przestanie to powtarzać.
Zadzwonił budzik.
Aleksander go wyłączył i poszedł do łazienki.
Po raz pierwszy od wielu miesięcy przyjrzał się sobie uważnie w lustrze.
Kiedyś był silny jak koń i uchodził za przystojnego. Nie przejmował się swoim ciałem, bo nigdy nie sprawiało mu kłopotu. Zawsze mógł na nim polegać i w jakiś sposób go rozpieściło, nie przygotowało do niemocy.
Co by powiedziała Zuzanna, gdyby go teraz zobaczyła?
„Olek!? To ty?” „Poznałaś mnie”. „Nic się nie zmieniłeś. No, może trochę”. „Na korzyść, mam nadzieję”. Uśmiechnęła się łobuzersko. „Oszpetniał, sczerniał, schudł, ale jakoś dziwnie wyszlachetniał”.
Ile lat minęło od chwili, gdy go przywitała cytatem z Mickiewicza w wilgotnej, zliszajonej sieni na Stradomiu? Prawie pięćdziesiąt.
Ręce trzęsły mu się bardziej niż zwykle i golenie było prawdziwym wyczynem.
Hila, zrzędząc jak zawsze, spakowała mu wczoraj walizkę i zanim wyszła do domu, przygotowała ubranie na drogę. Chyba jej się wydawało, że jak jej matka służy u baronowej Rotszyld na Judengasse we Frankfurcie. W jej obecności nie odważyłby się przekroczyć progu własnej kuchni i nigdy nie komentował owijania każdej rzeczy wkładanej do walizki w szeleszczącą bibułkę.
Poprawił węzeł jedwabnego krawata i jeszcze raz spojrzał do lustra.
– Jesteś starym głupcem – powiedział do swego odbicia. – Szykujesz się jak na wesele, a jedziesz na cmentarz.

*

Na lotnisko Bena Guriona miał ponad dwadzieścia kilometrów. Ile razy na nim był? Sześć, może siedem. Kiedyś latał wyłącznie z Sde Dow, leżącego tuż obok Ramat Awiw, gdzie mieszkał od prawie czterdziestu lat. Dziś, w dobie satelitów, wszyscy wiedzieli, że obok cywilnego lotniska jest tam baza sił powietrznych Izraela, jednak w latach czterdziestych, gdy ją budowano, była to chroniona strefa. Przypomniał sobie pas startowy biegnący wzdłuż szerokiej piaszczystej plaży. Prawie takiej jak nad Bałtykiem.
Odsunął tę myśl. Nie po to zamieszkał w mieście, które nie miało jeszcze stu lat, by wspominać dawne czasy.
Wybrał Tel Awiw także dlatego, że przypominał mu Aricę: białe niskie domy, szerokie nadmorskie bulwary, starannie pielęgnowane parki i skwery. Tylko skala była inna: tam widok na Ocean Spokojny i Andy za plecami, tu Morze Śródziemne i teren płaski jak stół – po zniwelowanych wydmach nie zostało ani śladu. Pamiętał te wydmy, tak samo jak wydeptane przez wielbłądy ścieżki, które teraz były ruchliwymi arteriami.
Choroszaja – mruknął taksówkarz, patrząc na idącą chodnikiem młodą żołnierkę, która nawet w workowatym mundurze wyglądała zgrabnie. Amerykański karabin M 16, nonszalancko przewieszony przez ramię, sięgał jej do kostek.
Choroszaja – zgodził się Aleksander.
Russkij? – Taksówkarz odwrócił się do Aleksandra z szerokim uśmiechem.
– Moja mama pochodziła z Odessy. Ja też tam się urodziłem.
Nie dodał, że urodził się w roku, w którym wybuchła rewolucja nazwana później październikową, i że ta rewolucja wygnała jego rodzinę z Rosji. „Dopóki można, mówić prawdę, ale tylko tyle, ile to konieczne” – ta zasada weszła mu w krew.
– Odessa… Byłem tam kiedyś na urlopie. – Taksówkarz zamilkł na chwilę. – Ja jestem z Ufy. Gdy tu przyjechałem, też chciałem osiąść w Tel Awiwie. Ci z Sochnutu pokiwali głowami i powiedzieli: „Be-seder, oczywiście, Tel Awiw, dzielnica Negew”. Nie miałem pojęcia, że tak się nazywa pustynia i że stoją tam baraki bez prądu i wody. Teraz mieszkam w Aszdod. Na Tel Awiw nigdy nie będzie mnie stać, bo nie znam nikogo, kto by mi tu coś skombinował.
Kombina, załatwianie, jedno z pierwszych hebrajskich słów, których uczyli się przybysze. Także porzekadła, że w Izraelu nie trzeba mieć protekcji, wystarczą znajomości.
Jadący przed nimi samochód zwolnił, a potem stanął. Kierowca włączył światła awaryjne i wysiadł, uspokajająco kiwając ręką w stronę aut, które zmusił do zatrzymania się.
Taksówkarz zatrąbił ze złością.
– Z początku myślałem, że auta w tym gorącu psują się częściej niż u nas – powiedział. – Do głowy mi nie przyszło, że można tak się zatrzymać, żeby skoczyć do sklepu.
Z rykiem klaksonu ominął przeszkodę i wcisnął się na lewy pas tuż przed skrzyżowaniem. Wymuszanie pierwszeństwa szło mu tak dobrze, jakby tu się urodził. I jak sabra, a nie olim chadaszim, przybysz, trzymał dłoń na klaksonie, by zacząć trąbić, gdy tylko się zapali zielone światło.
Polanija – taksówkarz przeszedł na hebrajski, wskazując głową na dziewczynę przechodzącą przez ulicę.
Miała zgrabne nogi, szeroką słowiańską twarz, zadarty nos, jasne oczy i blond włosy.
– Tak? A może Czeszka albo Rosjanka?
– Za ładna. – Taksówkarz się odwrócił i puścił oko do Aleksandra. – I niech pan popatrzy, jak idzie i jaką ma wyniosłą minę.
Nie mówił Aleksandrowi „ty”, jak to w Izraelu było w zwyczaju. Po tym też poznawało się przybyszów.
– Wie pan, co to jest, gdy osiem Polek siedzi w kręgu?
– Nie.
– Igloo. – Taksówkarz roześmiał się głośno z własnego dowcipu. – A wie pan, ile Polek potrzeba, żeby wymienić żarówkę?
– Ani jednej, bo od czego ma męża pantoflarza?
– Dobre! Ale ja to znam inaczej. Ani jednej, bo powie: „Nie szkodzi, będę siedzieć w ciemnościach i cierpieć”. A jaka jest różnica między Polką a terrorystą?
Aleksander przestał słuchać. Od czasu do czasu kiwał głową i uśmiechał się, gdy taksówkarz wybuchał rżącym śmiechem.
Na skrzyżowaniu zatrzymał się przy nich motocyklista w koszulce z napisem „Maccabi Tel Awiw”.
Aleksander patrzył na jego opalone ramiona. Zazdrościł mu sprężystych mięśni pod młodą skórą. Dla tego chłopca nie istniał stary rabiniczny dylemat, czy ciało jest tylko sługą duszy, czy też zdrowe ciało może zapewnić zdrowie duszy. Pewnie nawet nie słyszał o „muskularnym judaizmie” i o jego twórcy Simonie Südfeldzie, który jako piętnastolatek porzucił studiowanie Tory, zadeklarował przynależność do narodu niemieckiego, zmienił nazwisko na Nordau, ożenił się z protestantką i miał do tego tyle szczęścia, że umarł szesnaście lat przed wybuchem wojny. Ojciec Aleksandra podziwiał Maxa Nordaua. Nie tylko jego działalność w Światowej Organizacji Syjonistycznej, także jego publicystykę, a nawet wiersze. „Cienkie trzciny grzechoczą na wietrze, trzepoczą postrzępione liście krzewów”… Jak to dalej szło? „A przerażona noc wzdryga się na krzyk brązowej sowy”.
Kiedyś Aleksander uważał wiersze Nordaua za grafomanię, dziś oceniał je łagodniej. Poszedł nawet na jego grób na Starym Cmentarzu w Tel Awiwie.
Czemu właściwie myślał o nim teraz? Żeby nie myśleć, z czym mu się kojarzy nazwa Maccabi. A raczej Makkabi.
Makkabi i Jutrzenka. Dwa krakowskie żydowskie kluby prowadzące świętą wojnę. Piłkarze Makkabi w koszulkach w biało-niebieskie pasy, Jutrzenki w biało-czarnych.
Ojciec kibicował Jutrzence i wziął Aleksandra na mecz z Węgrami, w którym wystawiono piłkarzy z Wisły, Cracovii i właśnie z Jutrzenki. Aleksander miał wtedy pięć lat, ale do tej pory pamiętał każdą minutę meczu – pierwszego, na jakim był w życiu. Przy ryku z piętnastu tysięcy gardeł Polacy rzucili się na Węgrów jak lwy. Stracili trochę animuszu po pierwszej bramce dla Węgrów, w dodatku samobójczej.
Ojciec i jego znajomi nie przestawali skandować: „Jó-zek-Klotz!” i razem z całym stadionem: „Pol-ska-go-la!”. Mimo to Polacy przegrali trzy do zera. Oczywiście Aleksander wolałby wygrać, ale nie przejął się porażką. Co innego było wtedy dla niego ważne. Upoiła go tamta atmosfera: wrzask uniesienia, gdy piłkarze kotłowali się pod węgierską bramką, jęk zgrozy, gdy piłka wpadała do siatki, skandowanie, poklepywanie się po plecach, roziskrzone oczy, zaczerwienione policzki i poczucie, że stadion jest jednym organizmem.
Do dziś nie odżałował, że nie zobaczył meczu rozegranego dwa tygodnie później w Sztokholmie, gdzie Polacy wygrali dwa do jednego, a Józek Klotz z Jutrzenki strzelił karnego. W lewy róg, tuż pod poprzeczką, spokojnie, bez rozbiegu, tak że bramkarz nie zdążył drgnąć.
– … inżynierem, tu jeżdżę na taksówce, ale nie narzekam. Żona pracuje w prywatnym przedszkolu, rosyjskim, dobrze zarabia, po pracy mogę coś obejrzeć na którymś z rosyjskich kanałów, kupujemy w rosyjskich sklepach… Pewnie, że o sowlanut, tolerancji, tylko gadają i każdy sabra uważa się za lepszego od nas. Ale powtarzam sobie to, co zawsze mówił mój dziadek: „Nie martw się, kiedy jest źle, bo będzie lepiej. Ty się martw, kiedy jest dobrze, bo na pewno będzie gorzej”.
Aleksander znacznie zaokrąglił kwotę za kurs i taksówkarz w pierwszej chwili się zawahał, potem jednak powiedział:
– Od kogoś innego bym nie wziął, ale od rodaka…
Wyjął walizkę Aleksandra z bagażnika i zaniósł ją aż do hali odlotów. Niósł, choć miała kółka, jakby wchodząc w rolę numerowego.
Numerowy. Zapomniane słowo nagle wypłynęło w pamięci Aleksandra. Poczuł smak powrotów z wakacji i niemal zobaczył tragarzy na krakowskim dworcu – w burych fartuchach i płóciennych czapkach, dźwigających na skórzanych pasach nieprawdopodobną ilość bagaży i troskliwie układających je w dorożce.
Stewardesa zaprowadziła go do saloniku dla VIP-ów. Siedziało tam tylko dwoje trzydziestoparolatków ze znudzonym dzieckiem i pięciu siwiejących mężczyzn, którzy jedli humus, nabierając go pitą ze wspólnego talerza. Rzucone obok oliwkowe kurtki rezerwistów nie pozostawiały wątpliwości – koledzy z wojska, być może lecący na jakieś spotkanie weteranów.
Aleksander nigdy nie brał udziału w takich zjazdach. Wiedział, że ma opinię „beznadziejnego outsidera”. Od wyjazdu z Krakowa w trzydziestym siódmym roku był człowiekiem bez swojego miejsca na ziemi i nawet wśród towarzyszy broni, za których bez wahania oddałby życie, doznawał nagłych ataków alienacji.
Stewardesa zaproponowała kawę i przekąski, ale podziękował. Od rana czuł ucisk w żołądku i wiedział, że niczego nie przełknie.
Siedzący przy stole mężczyźni spojrzeli na niego. Nie znał żadnego z nich. Na pewno nigdy się nie spotkali, bo zapamiętałby ich twarze.
Chyba jednak odgadli w nim oficera i poczuł, że za chwilę zaproszą go do towarzystwa.
Odwrócił się i podszedł do wielkiego okna, z którego roztaczał się widok na lotnisko. Oparł ręce na metalowej barierce. Była przyjemnie zimna. Chwycił ją rozgrzanymi dłońmi i nagle przeszył go palący ból. Z oczu popłynęły łzy. Ale to było nieważne, musiał się skupić na wytrzymaniu bólu. Zacisnął zęby, by zdusić krzyk.
Znowu było jak wtedy – w listopadzie trzydziestego siódmego i w lutym sześćdziesiątego siódmego roku. Orkiestra na brzegu grała Mazurka Dąbrowskiego, ludzie machali rękami, coś wołali, pasmo szarej wody było coraz szersze, a on stał na pokładzie i z całej siły ściskał zimną stalową barierkę – żeby nie krzyczeć, żeby nie skoczyć do wody i nie wrócić na brzeg. Rozpacz, która go wypełniła, była niemal namacalna. Czuł się tak, jakby ktoś okręcił jego wnętrzności wokół wielkiego świdra, wyrwał je, a potem wypełnił mu brzuch lodem.
Ostry atak nostalgii. Jeden z tysiąca, które przyjdą później, tylko że Aleksander jeszcze o tym nie wie. Jeszcze nie zna ich smaku i dziesiątków odcieni.
Jeszcze tu jest, jeszcze siłą woli próbuje zatrzymać statek, jeszcze sobie wyobraża, jak jednym skokiem pokonuje odległość między burtą a nabrzeżem.
Jego ciało jest mądrzejsze – wie, że to koniec świata. Wygnanie, z którego nie ma powrotu.
Patrz, zapamiętaj, bo już nigdy tego nie zobaczysz.
Podobno przed śmiercią widzi się nagle całą swoją przeszłość. Jakaś jego część właśnie umierała na tym statku i nic dziwnego, że wypełniły go obrazy wszystkich wakacji, wycieczek, harcerskich biwaków i wykapek, włóczęgi po Plantach z kolegami. Poczuł chłód murów Uniwersytetu, zapach bzu kwitnącego na podwórzu i woń świeżo umytych kafli w sieni na Stradomiu…
Otworzył oczy. Mikrobus z tabliczką „Cracow” dla pasażerów business class podjeżdżał do automatycznych drzwi.
Nie ma ucieczki przed wspomnieniami, choćby nie wiadomo jak się starał i myślał o wszystkim, by nie myśleć o najważniejszym: o Zuzannie i o tym, jak ją kochał. Jak nadal ją kocha.

Opublikowano Blog | Skomentuj

„Na zawsze Różany” odcinek 2

2

– Jak było na Madagaskarze? – zapytała Natalia Berg, choć nie była ciekawa odpowiedzi Doroty.
Ta idiotka myślała szablonami, mówiła szablonami i w ogóle używała pięciu słów na krzyż. Jeśli coś jej się podobało, to było megasuper, a jeśli nie, to beznadzieja. Poza tym znała jeszcze „okej” i „nie ma sprawy” – w końcu pracowała w korporacji.
– Megasuper!
„Powie coś o cudownej plaży i dobrym jedzeniu”.
– Cudowna plaża, megasmaczne jedzenie…
„Uprzejma obsługa i wspaniała atmosfera”.
– … fajna atmosfera i superobsługa…
„Były baseny i codziennie chodziłam na plażę oglądać zachód słońca”.
– … cztery baseny, a największy prawie na plaży. Miałam pokój z widokiem na morze. Zachody słońca są tam niesamowite…
Natalia przestała słuchać.
Kartkowała notatki na temat Eryka, które jej dała Dorota po powrocie ze Szwajcarii. Znała je na pamięć, ale powtarzania nigdy dość.
Plan już kluł się w jej głowie, lecz żeby go zrealizować, musiała załatwić jeszcze jedną sprawę rękami Doroty. Gdy ta nudziara skończy relację składającą się z tak wytartych banałów, że błyszczały jak słońce nad Madagaskarem, na pewno jej podziękuje i to będzie dobry moment…
– Jestem ci niesamowicie wdzięczna. Gdybym mogła ci się…
– Mogłabyś – weszła jej w słowo Natalia.
– Naprawdę!?
Radość w głosie Doroty była niekłamana. Natalia o mało nie parsknęła śmiechem. Naiwna i łatwowierna. Nieszczęścia zawsze chodzą parami.
– Utrzymujesz kontakt z Agnes Hassel, tak jak cię prosiłam?
– Pewnie. Od czasu do czasu wymieniamy mejle.
– To dobrze. Chciałabym, żebyś się dowiedziała, jakie plany na najbliższą przyszłość ma jej brat.
– Eryk?
– A ma innego brata?
– No nie…
W telefonie zaległa cisza.
– Tylko jak to zrobić? – Dorota westchnęła głośno.
„Rusz głową, tłumoku”, pomyślała Natalia, a głośno powiedziała:
– Na pewno coś wymyślisz, spryciulko. Może napisz jej o swoim wymyślonym bracie, na przykład że zapomina o całym świecie, gdy w grę wchodzi jego dziewczyna, albo że znów wpadł na jakiś szalony pomysł.
– Okej.
– Napisz jeszcze dziś i od razu zadzwoń, gdy się czegoś dowiesz.
– Nie ma sprawy.

*

Telefon Natalii wibrował w kieszeni żakietu. Wyjęła go ukradkiem i zerknęła na wyświetlacz. Dorota. Nareszcie.
Przez chwilę walczyła z sobą, w końcu odrzuciła rozmowę. Szef nie znosił, gdy ktoś wychodził, choćby na minutę, w czasie jego prezentacji.
Siedziała jak na szpilkach i po raz pierwszy, odkąd tu pracowała, czyli od dwóch miesięcy, pozwoliła sobie na nieuwagę podczas zebrania. Myślała o Eryku. O tym, jak ją potraktował w tej prymitywnej chałupie na zapadłej polskiej wsi. Niemal poczuła chłód nocy i ostry zadzior na balasce płotu, pod którym płakała. Eryk skrzywdził ją bardziej niż kiedyś ojciec, niż von Radunski i Thomas Kross razem wzięci.
– Konkurencja będzie duża, ale to my w niej zwyciężymy. Nie pozwolimy, by Morgan triumfował. – Dyrektor powiódł wzrokiem po pracownikach. – Jakieś propozycje? – spytał.
– Zabić go to za mało. Powinien cierpieć przed śmiercią.
Natalia zorientowała się, że powiedziała to na głos.
Wszystkie głowy zwróciły się w jej stronę, a ona, choć przez chwilę miała ochotę wejść pod stół, wyprostowała się i hardo uniosła brodę.
Szef spojrzał na jej błyszczące gniewem błękitne oczy i zarumienioną twarz.
– No, no, panno Berg, podoba mi się pani bitewny zapał – powiedział z uśmiechem. – Będzie pani szefową zespołu. Proszę swoje słowa przełożyć na konkretny plan. W bardziej poprawnej politycznie formie.

*

– Cześć, Dorota. Nie mogłam odebrać, miałam spotkanie.
– Tak myślałam, że jesteś jeszcze w pracy.
– No i co? Dowiedziałaś się czegoś?
– Pewnie. – W głosie Doroty było słychać triumfalne nutki.
Natalia przez moment zastanowiła się, czy znów jej czegoś nie obiecać. Nie. Co za dużo, to niezdrowo. Madagaskar wystarczy i za tę przysługę.
– Eryk się żeni.
Natalia poczuła się tak, jakby ktoś zdzielił ją kijem. Telefon wypadł z jej ręki.
Żeni się. To było do przewidzenia, a jednak był to jedyny scenariusz, którego nie brała pod uwagę. Dlaczego? Bo nie chciała dopuścić do siebie tej myśli.
Eryk się żeni. Wiadomo z kim.
Przed oczami wirowały jej czarne i czerwone płatki, czuła gorzki smak w ustach i przez chwilę myślała, że zemdleje.
Przycisnęła palce do skroni, nisko schyliła głowę i kilka razy głęboko odetchnęła. Potem podniosła telefon z biurka.
– Halo, Dorota? Coś przerwało, powtórz, co mówiłaś.
– Brat Agnes się żeni.
– To słyszałam. Ślub, jak przypuszczam, w Polsce?
– Skąd wiesz?
Natalia się roześmiała. Sama słyszała, jak sztucznie, ale Dorota była za głupia, żeby przejrzeć jej grę, i aktorską, i tę ważniejszą, której celem była zemsta.
– Łatwo się domyślić. Ta mała intrygantka złapała go i nie puści.
– Szkoda, prawda? Wolałabym, żebyś to ty go złapała.
Natalia poczuła się tak, jakby ktoś wymierzył jej cios w żołądek.
– Przepraszam, szef się dobija. Muszę odebrać. Zadzwonię do ciebie później – powiedziała i się rozłączyła.
„Dlaczego to tak boli – myślała. – Przecież ja go nienawidzę”.
Kiedy jednak przypomniała sobie, jak zmieniają się jego oczy, gdy zaczyna się uśmiechać, jak kiedyś czule ją objął, gdy wyszli z restauracji, i jak potem się całowali, położyła głowę na biurku i rozpłakała się.

*

– Dorota? Cześć.
– No cześć. Już po robocie?
– Coś ty. Ale mam chwilę przerwy. Opowiadaj, czego jeszcze się dowiedziałaś.
„Jeśli znów powie, że Eryk się żeni, to ją zabiję”.
Dorota albo usłyszała nacisk na słowo „jeszcze”, albo znudziło się jej powtarzanie tego samego w kółko.
– Poskarżyłam się Agnes, że brat mnie zaniedbuje i że nie lubię jego nowej dziewczyny, na co mi napisała, że jej bardzo się podoba przyszła bratowa. Podobno jest miła, szczera, bezpośrednia i skromna. Masz pojęcie? Przecież ona mówi o pannie Z. Czy można aż tak nie znać się na ludziach?
„Można. Ty jesteś tego najlepszym przykładem”, pomyślała Natalia.
– A ta jej skromność jak się objawia? – spytała.
– Podobno ślub będzie w wiejskim kościele, wesele u niej w domu, a w podróż poślubną jadą… Nie zgadniesz gdzie.
„Mówi się: dokąd, nieuku”.
– Na… – Dorota dramatycznie zawiesiła głos – na Słowację! Myślałam, że jest bogaty, ale z tego widać, że raczej nie. A może skąpy, a to jeszcze gorzej.
– Napisała ci, kiedy ten ślub?
Natalia powiedziała to niedbałym tonem, choć słowo „ślub” zostawiło na jej języku ohydny posmak, jak łyżka tranu, którym w dzieciństwie katowała ją matka.
– Trzeciego września. A wcześniej brat zaprosił ją na wycieczkę do Indii. Jadą sami, bez panny Z. Tak że z tą miłością do bratowej chyba trochę przesadziła.
Eryk tuż przed ślubem jedzie do Indii? Tylko z siostrą? Co to może znaczyć?
– Wiesz, kiedy wyjeżdżają?
– Napisała, że w pierwszych dniach sierpnia.
– Na długo?
– Na dwa tygodnie.
Dwa tygodnie w Indiach. W dzikim kraju. To otwierało wiele możliwości.

Opublikowano Blog | Skomentuj

„Na zawsze Różany”

 

No i mamy październik. Jeszcze pół roku temu myślałam, że o tej porze będę mogła napisać: „Właśnie się ukazał piąty, ostatni tom sagi o Różanach”. Niestety, choć Wydawnictwo Otwarte zapowiedziało na skrzydełku czwartego tomu: „Premiera piątej części cyklu jesienią 2015”, ostatni tom nie wyjdzie w tym roku.
Ja też jestem bardzo zawiedziona.
Piąty tom, który zatytułowałam Na zawsze Różany, leży i czeka na wydanie.
Jego akcja rozgrywa się współcześnie w Różanach i w Indiach, historia jednak wybiega daleko w przeszłość. Rozwiązują się wszystkie zagadki. Dlaczego Zuzanna nie odpisała na ani jeden z dziesiątków listów, które do niej wysłał Joachim? Jak potoczyły się losy przyjaciółek Zuzanny – Wiery w Ameryce Południowej i Maryni w Rosji? Czy fatalny list o śmierci Zuzanny naprawdę był pomyłką PCK?
Nie, nie zdradzę wszystkiego. Dla tych jednak, którzy niecierpliwie czekają na zakończenie sagi, mam niespodziankę. W cztery kolejne wtorki zamieszczę na stronie cztery rozdziały piątego tomu.
Dziś rozdział pierwszy.

*

                               Na zawsze Różany

Ręka z grzebieniem, dwie twarze w lustrze
Są tylko raz, na zawsze. I niekoniecznie w pamięci.
Abyście byli uważni na to, co jest, chociaż mija,
I w każdej chwili wdzięczni, świętujący wszelkie istnienie.
Ten mały park, zielonawe popiersia z marmuru
W świetle perłowym, w letni drobny deszcz
Niech jak był, kiedy pchnęliście furtkę, zostanie.
I ulica wysokich zliszajonych bram,
Którą ta wasza miłość nagle przemieniła.
Czesław Miłosz, Po wygnaniu
                                               

1

 

Różany, 30 czerwca 2005
Szanowna Pani / Szanowny Panie,
Znalazłam Pani / Pana nazwisko i adres w starym kalendarzu mojej Niani, a właściwie przybranej mamy, Zuzanny Hulewicz. Niania zmarła rok temu i dopiero wtedy się przekonałam, jak niewiele o niej wiem, choć była mi najbliższa na świecie. Teraz żałuję, że tak rzadko ją pytałam o dzieciństwo albo lata szkolne, albo o czasy, gdy była nauczycielką. Oczywiście, trochę mi opowiadała, ale o wielu sprawach, na przykład o jej pracy w wiejskiej szkole, dowiedziałam się dopiero teraz, i to przypadkiem.

Zosia bezwiednie pogłaskała płócienną okładkę kalendarza niani. Znalazła tylko ten jeden, z 1971 roku. Pani Zuzanna notowała w nim terminy rad pedagogicznych, zebrań i wywiadówek, kilka razy zapisała: „Magiel”, 10 stycznia: „12.30 Abel, twój brat”, 17 lutego: „Pączki dla Danusi”, 2 maja: „Rejs w DKF-ie”, przed Wielkanocą na całej stronie zrobiła listę zakupów, a przed Bożym Narodzeniem, pod nagłówkiem: „Kartki”, wypisała imiona, nazwiska i adresy ośmiu osób. O większości Zosia nigdy nie słyszała. Znała tylko jeden adres – plebanii w Różanach – i jedno nazwisko – profesorostwa Brooksów z Londynu. Czy inne adresy były aktualne? Czy ci ludzie w ogóle jeszcze żyli?
Westchnęła. Cóż, trzeba spróbować.

Jestem jedynaczką, moi rodzice już nie żyją i oprócz dziadka nie mam żadnej rodziny.

„Wygląda jak wstęp do prośby o wsparcie”, pomyślała i skreśliła ostatnie zdanie.

Piszę do Pani / Pana, bo za dwa miesiące, 3 września, wychodzę za mąż. Chciałabym świętować ten dzień wśród ludzi, którzy są mi bliscy i byli bliscy mojej Niani. Czy zechce Pani / Pan przyjąć zaproszenie

„To głupie. Czemu ktoś, kto mnie nie zna, miałby przyjechać na mój ślub, i to z drugiego końca świata?”
Odłożyła podkładkę z kartką, wstała z łóżka i przeciągnęła się.
Jeszcze dwa miesiące i ten pokój przestanie być jej pokojem. Przed wojną był sypialnią niani, która w Różanach spędzała święta i wakacje, a te lakierowane na biało meble z cytrynowego drewna przyjechały z ich mieszkania na Stradomiu, gdy odzyskali dwór.
Wielki łańcuch dziedziczenia. Zosia w spadku po niani dostała najpierw pokój na Stradomiu, potem tę sypialnię, a teraz ciemnozielony pokój na parterze, z kominkiem, podwójnym łóżkiem i oknami wychodzącymi na ogród. Kiedyś był tam gabinet dziadka Zosi, teraz urządzała w nim sypialnię dla siebie i Eryka. Bo jeszcze dwa miesiące i Eryk tu zamieszka, i nie będzie musiał wymykać się przed świtem jak złodziej…
„A kiedyś do mojego pokoju wprowadzi się córeczka… Opowiem jej o niani. O tym, że w nim mieszkała, i jak opiekowała się jej dziadkiem i mną”.
Zosia poczuła ucisk w gardle.
Podeszła do okna i popatrzyła na łąkę, którą kilka lat temu założyła na tle grabowego żywopłotu. Niebieskie dzwonki i bladoróżowe maki były w pełnym rozkwicie, a kępy Lady Leitrim pięknie się rozrosły.
Staw w dole ogrodu błyszczał w słońcu.
„Życie jest za krótkie, żeby rezygnować z najdrobniejszej nawet przyjemności”, usłyszała w głowie głos niani.
Spojrzała na komórkę. Do obiadu u Eryka miała jeszcze godzinę.
Zdjęła sukienkę przez głowę, włożyła kostium kąpielowy, wzięła ręcznik i boso wyszła do ogrodu.
Po niebie płynęły puchate obłoki. Pachniały lipy, jaśmin i róże.
Zosia powoli szła po sprężystej, krótko przystrzyżonej trawie, ciesząc się jej dotykiem, i myślała o tym, jaka jest szczęśliwa. Po wszystkich życiowych zakrętach wreszcie widziała przed sobą prostą drogę. Za dwa miesiące zostanie żoną Eryka, a w lutym, gdy śnieg przykryje ogród i będzie kwitnął tylko stary krzew oczaru…
Krzyknęła, bo nastąpiła na coś miękkiego jak zgniły ziemniak, co jednak poruszyło się pod jej stopą. Odskoczyła i zobaczyła, jak popielaty wąż wpełza między paprocie.
Nie bała się zaskrońców, ale serce biło jej szybko i musiała usiąść na trawie.
Nagle przypomniała sobie, jak w ogrodzie botanicznym w Trsteno patrzyła na zaskrońca, który wygrzewał się na wielkim liściu przy basenie z Neptunem, i jak na uwagę Leszka Lackowskiego, że w wężach jest coś fascynującego, powiedziała, że Anioł Śmierci ma wężową twarz.
Ogarnęło ją złe przeczucie. Dotknęła płaskiego jeszcze brzucha. Gdyby coś się stało i temu dziecku, nie przeżyłaby tego.

Opublikowano Blog | 1 komentarz