Olga Boznańska

 

01.Autoprtrety

„Obrazy moje wspaniale wyglądają, bo są prawdą, są uczciwe, pańskie, nie ma w nich małostkowości, nie ma maniery, nie ma blagi. Są ciche i żywe i jak gdyby je lekka zasłona
od patrzących dzieliła. Są w swojej własnej atmosferze”.

01a.sygnatura

Wszystko się zgadza: obrazy Olgi Boznańskiej są wspaniałe. Na wystawie w Gmachu Głównym Muzeum Narodowego ich wyjątkowość podkreśla zestawienie z kilkunastoma płótnami europejskich artystów, którzy ją inspirowali (między innymi Velázqueza, Maneta, Fantin-Latoura), oraz współczesnych jej polskich malarzy (takich jak Malczewski, Pankiewicz czy Mela Muter).

02.Infantka Velazqueza

Naprzeciwko Dziewczynki z chryzantemami wisi wypożyczony z Luwru sławny Portret infantki Małgorzaty Teresy Velázqueza. Gdybym mogła wybrać, który powiesić u siebie
w domu, wybrałabym Dziewczynkę z chryzantemami.

03.Dziewczynka z chryzantemami

Nie wiadomo, kim była ta dziewczynka. Nie sposób jednak zapomnieć jej czarnych oczu
i złocistych włosów oraz śnieżnobiałych chryzantem rozświetlających utrzymane
w szarościach płótno.

Przed odnowieniem obrazu chryzantemy były żółtawe – można to zobaczyć dzięki towarzyszącej wystawie „Klinice obrazów” prezentującej przebieg i rezultaty konserwacji płócien Boznańskiej. Jak zapewniają autorzy wystawy, obrazom przywrócono ich pierwotną, bogatą kolorystykę, a „po konserwacji Dziewczynka z chryzantemami wygląda tak samo jak pod koniec XIX wieku, kiedy stała na sztaludze w monachijskiej pracowni Olgi Boznańskiej”.

Kupić obraz Boznańskiej jest niezwykle trudno – rzadko pojawiają się na aukcjach i dużo kosztują. W 2008 roku portret Zadumana dziewczynka sprzedano za 1 150 000 złotych.

03a.Zadumana dziewczynka, fot. Agra-Art

Za to można się nimi napawać na krakowskiej wystawie – są na niej aż 173 prace Boznańskiej. Jest tam także jej sztaluga, palety, farby, krzesło i zegar z paryskiej pracowni, suknia balowa.

04.Autoportret, fot. MNK

Olga Boznańska urodziła się w 1865 roku w Krakowie, zmarła w 1940 w Paryżu. W tym roku przypada więc 150 rocznica jej urodzin i 75 rocznica śmierci.

Boznańska była córką Francuzki i Polaka i była dwujęzyczna. Początkowo rysunku uczyła ją matka, potem między innymi Kazimierz Pochwalski (znany portrecista, uczeń Jana Matejki) i Antoni Piotrowski (także uczeń Matejki oraz Gersona). Gdy miała 21 lat, zadebiutowała w krakowskim Towarzystwie Przyjaciół Sztuk Pięknych, a niedługo potem zaczęła studia w monachijskiej Akademii Sztuk Pięknych. Po ich ukończeniu otwarła
w Monachium własną pracownię, a w 1898 roku, już jako dojrzała, znana w środowisku artystycznym malarka, osiadła na stałe w Paryżu i tam spędziła większą część życia.

Utrzymywała się głównie z malowania portretów. Sportretowała między innymi Henryka Sienkiewicza i Artura Rubinsteina.

04a.Portret Sienkiewicza. fot. MNK

Była wziętą portrecistką i nawet bogatym Amerykanom nie było łatwo dostać się do jej pracowni, bo malowania portretów nie traktowała wyłącznie jako sposobu zarobkowania, lecz jako świadomie wybraną drogę twórczą.

Gdy się chodzi między jej portretami, uwagę przykuwają twarze, a szczególnie oczy, oraz dłonie.
Obrazy wydają się jakby zasnute mgłą, są tajemnicze, pełne melancholii, nastrojowe,
a jednocześnie ekspresyjne. Boznańska używała głównie szarości i czerni, ożywiała je jednak bielą, karminem, różem i uzyskiwała niezwykły efekt koloru i światła.

08.Portret kobiety

09.Portret kobiety, detal

 

11.Bretonska dziewczynka, fot. Agra-Art
Biel i róż, kolor i światło dominują w martwych naturach. Nie miałam pojęcia, że Boznańska tak malowała róże.

12.Martwa natura z rozami, fot. Agra-Art
13.Białe roze, fot. Desa Unicum
Po raz pierwszy widziałam też jej pejzaże. Boznańska nie lubiła malować w plenerze. „Pejzaż jest strasznie trudny. Krajobrazu nie można posadzić na kanapie i kazać mu przychodzić kilkanaście razy do pracowni”, pisała. Malowała zatem, i to z rzadka, widoki z okna albo wnętrza pracowni.

14.Widok z okna pracowni
15.Wnetrze, fot.MNK
Olga Boznańska należała do czołówki europejskich artystów, zdobywała nagrody i medale (między innymi złoty medal na międzynarodowej wystawie w Monachium w 1905 roku
i Grand Prix na Wystawie Światowej w Paryżu w 1937 roku), jako jedyna kobieta w 1901 roku została przyjęta do paryskiego Société Nationale des Beaux-Arts, była także odznaczona Legią Honorową i orderem Polonia Restituta.

Na muzeum – i pewnie przez jego ściany na obrazy Olgi Boznańskiej – patrzy z pomnika Stanisław Wyspiański, który zachwycał się jej pracami, a o Portrecie matki tak napisał: „malowane doskonale i jako portret wyborne – oddanie ciała, rąk, wymalowanie rękawiczek, sukni tak przepyszne, że zdaje ci się, że słyszysz szelest jej fałdów za poruszeniem. A twarz samą też admirowałem, że tak wybornie zrozumiała swoją matkę”.

16.pomnik Wyspianskiego

Opublikowano Blog | Skomentuj

2015

 

Gdy zaczyna się coś nowego, czasem myślimy, jak to się skończy: czy nowa miłość będzie tą do grobowej deski, czy nowa praca sprawi, że kariera wystrzeli jak rakieta.
Czy naprawdę chciałoby się to wiedzieć? Tak, jeśli wiadomości są dobre. No i może dlatego czasem lepiej, że się nie wie.

Nowy Rok to wspaniały wynalazek. Można się zatrzymać na jeden dzień i pomyśleć o tym, co było, i o tym, co może być. Symbolicznie zacząć od nowa.
Huk fajerwerków wystraszył Złe, i świetnie, niech zostanie w starym roku, a w nowym niech nam towarzyszy Dobre: ciepłe uczucia, śmiałe plany, dobre wróżby.

Przejrzałam internetowe i drukowane horoskopy. Wniosek jest jeden: to będzie dobry
rok :) Najlepszy dla przedsiębiorców, kochanków i rodzin. A dzieci, które urodzą się w tym roku, będą wyjątkowe, obdarzone niezwykłą intuicją.

Sprawy ruszą z kopyta. Przed nami niezwykłe możliwości i przypływ energii.
W styczniu będziemy nawiązywać nowe znajomości, w lutym zawalczymy o swoje. Horoskopy nakazują ostrożność 20 marca, w dniu całkowitego zaćmienia Słońca. Kwiecień to czas porzucania złych związków i wchodzenia w nowe, w maju zdamy każdy egzamin,
w czerwcu problemy same będę się rozwiązywać. Wakacje to dobry czas na spełnianie marzeń. We wrześniu znów zaćmienie Słońca – możliwe pomyłki i złe zrozumienie intencji. W październiku i listopadzie interesy będą udane i na niektórych spadnie deszcz pieniędzy, a koniec roku napełni nas optymizmem i chęcią do działania.

Rokowi 2015 patronuje karta tarota Siła. Oznacza determinację w dążeniu do celu, odwagę
i zwycięstwo. Przeszkody zostaną pokonane, sytuacja wróci do równowagi, a wiele przedsięwzięć zakończy się sukcesem.

19 lutego rozpocznie się nowy chiński rok księżycowy pod znakiem Drewnianej Kozy, która ma przynieść spokój, harmonię i znakomitą atmosferę do inwestycji (także w bliskich
i w siebie).
Na kozę trzeba jednak uważać, bo wejdzie, gdzie chce, i zje wszystko, co spotka na swojej drodze. No i gdyby kózka nie skakała…

Baranom w tym roku wszystko pójdzie jak z płatka. Udadzą się podróże i randki, a Barany w związku znajdą więcej czasu dla partnera. Szczęście będą mieć Barany nie tylko w miłości, lecz także w banku: dostaną nisko oprocentowany kredyt. No i w końcu zaczną doceniać radości codziennego życia.

Dla Byków ten rok jest pełen szans: to, co teraz zaczną, przyniesie im kiedyś olbrzymie korzyści. Samotne Byki mogą spotkać bratnią duszę, a tym w związkach nowy rok przyniesie odnowienie uczuć. Ze strony bliskich same miłe niespodzianki.

Bliźnięta rozwiną skrzydła i zaczną robić to, na czym naprawdę im zależy. Na horyzoncie wiele okazji, które warto wykorzystać. Wakacje mogą przynieść spełnienie marzeń, a loterie – główną wygraną.

Samotne Raki mogą spotkać niezwykłą miłość, a w ich związkach będą się działy ważne rzeczy. Znakomity rok także pod względem finansowym. To jest wasz czas – zwyciężycie, jeśli będzie dbali o przyjaciół i nie lekceważyli wrogów.

Lwy mogą znaleźć zupełnie nową drogą, z początku trudną, potem jednak dającą wielkie korzyści. Lepsza praca i płaca, pokonanie rywali. Do tego egzotyczna podróż, która wam dostarczy niezwykłych wrażeń.

Pieniężny rok dla Panien. Drzwi do kariery staną otworem, sprawy się poukładają, a gdy
w drugiej połowie roku nad znakiem Panny zacznie czuwać Jowisz, dla wielu z nich życie stanie się pasmem szczęścia i dobrobytu.

Samotne Wagi spotkają nową miłość, a Wagi w związkach czekają romantyczne uniesienia. Będzie to rok dalekich podróży i otrzymywania zasłużonych nagród. Wago, gdy tylko zaczniesz wątpić w szczęście, los sprawi ci miłą niespodziankę. Nikt nie zdoła podciąć ci skrzydeł, choć znajdą się tacy, którzy będą próbowali.

Powodzenie u płci przeciwnej przekroczy najśmielsze oczekiwania Skorpionów. Wiele ważnych wydarzeń czeka was także w pracy. Dajcie się im ponieść, a nie tylko staniecie się popularni, lecz będziecie dla innych wzorem. Przed wami duży przypływ gotówki i awans.

Fortuna będzie sprzyjać także Strzelcom – zdobędziecie duże pieniądze małym kosztem. Czeka was również wyjątkowa podróż. Możecie także liczyć na życzliwość otoczenia i jego pomoc w trudnych sprawach. Patrzcie śmiało w przyszłość, bawcie się i nie przepracowujcie.

Koziorożcom w tym roku gwiazdy wróżą namiętną miłość i szczęście w finansach. Jakaś niespodziewana podróż odmieni wasze spojrzenie na ważne sprawy. Osiągniecie równowagę życiową, pokonacie trudności i możecie poznać kogoś, kto da wam szczęście. Jeśli uwierzycie w siebie, uda się wam osiągnąć to, o co od dawna zabiegacie.

Wodnikom los szykuje miłe niespodzianki. Nastawcie się na sukcesy w pracy, a w domu na wiele romantycznych chwil. Sprawy, które z początku wydadzą się wam trudne do załatwienia, pójdą jak po maśle. Będziecie mieć więcej obowiązków, ale i więcej radości.

Rybom ten rok wróży niezwykłą siłę przebicia: przekonacie do siebie i do swoich pomysłów każdego, kogo tylko zechcecie. Ludzie docenią was w każdej dziedzinie. Samotne Ryby mogą teraz spotkać wielką miłość, a Ryby w związkach przeżyją drugi miodowy miesiąc. Korzystajcie więc z życia.

Wróżby i horoskopy to tylko zabawa, ale byłoby miło, gdyby się spełniły, prawda? Niedługo się przekonamy. Za rok.

Opublikowano Blog | Skomentuj

Pod choinkę

Jutro Wigilia, pojutrze Boże Narodzenie. Musimy wierzyć kalendarzowi, bo pogoda w tym roku raczej jesienna niż zimowa. Szaroburą rzeczywistość rozjaśniają świąteczne ozdoby na ulicach i w parkach.

01.Rynek

02.Szewska 2014

03.Florianska

04.Aniol na Plantach

05.swiatlo i drzewo

Na rynkach i placach (słowo „bazar” znam tylko z literatury i z warszawskiego radia) tłoczno. Zapach choinek aż wierci w nosie.

06.choinki

07.stroiki

08.jemiola

Suszone grzyby i owoce, barszcze i żurki, bakalie, mak i miód.

09.suszone grzyby

10.suszone jablka

11.rodzynki

12.barszcze

A jeśli ktoś nie lubi albo nie umie gotować, wyręczy go cesarski i królewski dostawca Dworów :)

13.Hawelka

Ubierajmy komnaty naręczami ostrokrzewu, śpiewajmy kolędy, cieszmy się świętami
i naszymi najbliższymi.

14.ostrokrzew

WESOŁYCH ŚWIĄT!
Zdrowia, szczęścia, miłości i spełniania się marzeń

15.choinka

A pod choinkę fragment czwartej części opowieści o Różanach Bądź przy mnie.

***

10.

Czyżbym wspomniał o dziewczynie? Ona nie ma z tym nic wspólnego. Powinniśmy im pomagać, aby mogły pozostać w swoim pięknym świecie, inaczej nasz własny stałby się jeszcze gorszy.
Joseph Conrad, Jądro ciemności

 

 

– Musimy to powtórzyć! – wołał Michael, machając mi na pożegnanie. Z daleka usłyszałem jeszcze, jak śpiewa: – „Tam w rodzinnych stronach, tam w rodzinnych stronach, zobaczymy się znów!”.

Ale już się nie zobaczyliśmy – w kwietniu czterdziestego pierwszego roku poległ w Grecji.

Jak to dobrze, że nie znamy przyszłości. To nie jest ciężar obliczony na barki człowieka.

Wojna… Patrzyłem na mijane krajobrazy i nic w nich nie wskazywało, że jadę przez podbity kraj. Ludzie pracowali na polach, stacje kolejowe i dworce wyglądały normalnie. Wiedziałem jednak, że nic nie jest normalne. Mama błagała, żebym był ostrożny: Niemcowi nie wolno było odwiedzać Polaków w domu ani pokazywać się z nimi w miejscach publicznych. Wprowadzono całkowitą segregację: osobne kościoły, teatry, kina, restauracje, sklepy. Bywanie w tych przeznaczonych dla Polaków było źle widziane, a później w ogóle zostało zakazane.

Na moją prośbę mama napisała do pani Hedwig von Chojnovsky. Ja nie miałem odwagi – bałem się, że teraz, gdy po wojnie polskiej starliśmy Polskę z mapy, a jej obywateli uznaliśmy za podludzi, białych Murzynów, nie będzie chciała pamiętać, że zaprosiła mnie do Krakowa, ani w ogóle mnie znać. Tymczasem jednak podtrzymała zaproszenie. Byłem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie – był to znak, że Zazulka też chce mnie zobaczyć.

Nie mogłem usiedzieć w przedziale. Co chwila wychodziłem na korytarz, wyjmowałem z kieszeni pierścionek i zastanawiałem się, jak się oświadczyć i co Zazulka mi odpowie.

Na dworcu w Warszawie każdemu młodemu mężczyźnie wysiadającemu z wagonu dla Niemców kolejarz wręczał ulotkę tej treści: „Żołnierzu! Unikaj polskich dziewcząt, bo wciągną cię w zasadzkę, w której stracisz broń, a nawet życie”*. W hotelu na drzwiach pokoju wisiała instrukcja składająca się w zasadzie z samych zakazów dotyczących kontaktów „z ludnością nieniemiecką” oraz z adresów dwóch burdeli, licznych restauracji i lokali rozrywkowych nur für Deutsche, mogących zaspokoić podstawowe potrzeby żołnierza, który, jak sądził autor instrukcji, na przepustce miał w głowie tylko trzy rzeczy: Frauen, Essen, Trinken. Kobiety, jedzenie i picie.

Położyłem się wcześnie, by odespać ubiegłonocne pijaństwo, ale nie mogłem zasnąć. Powinienem myśleć o czekającej mnie rano rozmowie z wszechmocnym Fritzem Todtem, ulubieńcem kanclerza Hitlera, tymczasem myślałem tylko o Zazulce – co powie, gdy mnie zobaczy, jak teraz wygląda, czy zgodzi się zostać moją żoną.

Doktor Fritz Todt był człowiekiem niesłychanie zajętym i na szczęście mógł mi poświęcić tylko pół godziny. Myślami byłem już w Krakowie.

Wróciłem do hotelu, spakowałem się i pojechałem na dworzec. Taksówek w Warszawie było jak na lekarstwo i portier sprowadził mi rikszę. Poprosiłem chłopaka, który nią kierował, żeby się zatrzymał przy dobrej cukierni, i kupiłem pudełko ciastek. Kiedyś pani von Chojnovsky lubiła słodycze.

Tak jak poprzedniego dnia, nie mogłem usiedzieć w przedziale. Zaproszenie do Krakowa było sygnałem, że babcia Zazulki nadal sprzyja moim planom. Co jednak odpowie mi wnuczka? Czy murzyńska czarownica mogła mieć rację, mówiąc, że Zazulka mnie kocha? Oddałbym wszystko, żeby tak było.

Wyjąłem z kieszeni pudełko z pierścionkiem, który dała mi mama. Brylant sypnął światłem. Czy jej się spodoba? Czy go przyjmie? Jak ją przekonać, żeby za mnie wyszła?

„Zazulko, czy uczynisz mi ten zaszczyt…” Nie. Te utarte formułki to jakaś bzdura. „Kocham cię. Proszę, wyjdź za mnie”. Nie. Za krótko, za bardzo po żołniersku. „Zazulko, zakochałem się w tobie, sam nie wiem kiedy. Od lat noszę w portfelu twoją fotografię, a twój obraz w sercu. Byłbym najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, gdybyś…”

Pociąg wtoczył się na krakowski dworzec, a ja nadal miałem pustkę w głowie.

Pojechałem dorożką do Hotelu Francuskiego, który, jak się okazało, był bardzo blisko dworca, przebrałem się, wziąłem ciastka i neseser z prezentami, które przygotowała mama, i poinstruowany przez portiera poszedłem do Rynku, gdzie kupiłem kwiaty, i dalej Burgstrasse, do Stradomia.

Kraków jest zachwycający. Renate ani odrobinę nie przesadziła, gdy o nim opowiadała. Po Warszawie, w której straszyły wypalone albo podziurawione kulami domy, z ulgą patrzyłem na piękne, nienaruszone miasto. Tak jak w Warszawie, tu też wszędzie powiewały flagi ze swastyką, słupy były obklejone wojennymi obwieszczeniami, nad tabliczkami z polskimi nazwami ulic widniały nazwy niemieckie, a szyldy były dwujęzyczne. Jednak w Warszawie kobiety chodziły w butach na drewnianych podeszwach, bez pończoch i przeważnie z gołymi głowami, mało która miała torebkę, a prawie żadna szminki na twarzy. Mężczyzn w kapeluszu można było policzyć na palcach jednej ręki, za to co drugi miał sportową czapkę i plecak, jakby się wybierał na górską wycieczkę.

Kraków był elegancki: mężczyźni w letnich garniturach i panamach, kobiety w kapeluszach, jasnych kostiumach i jedwabnych pończochach, z dyskretną, ale dobrą biżuterią.

Kiedy kupowałem róże, dwaj nasi podoficerowie próbowali zagadnąć ubraną ze smakiem młodą kobietę, która też wybierała kwiaty. Najpierw ignorowała nieśmiałe zaczepki, potem zmierzyła ich lodowatym spojrzeniem i odeszła.

Od razu zacząłem się zastanawiać, jak ja zostanę powitany.

Nie wziąłem dorożki, bo miałem zamiar dyskretnie wejść do kamienicy i przemknąć na pierwsze piętro, tak by nie zobaczyli mnie sąsiedzi – nie chciałem, żeby pani von Chojnovsky miała przeze mnie kłopoty. Wydawało mi się, że ani mój garnitur, ani kapelusz niczym się nie wyróżniają, chwilami jednak czułem, że przechodnie rozpoznają we mnie Niemca. Nigdy nie myślałem, że jestem tak germański jak dwugłowy orzeł.

Nie jest łatwo szybko otworzyć bramę kamienicy, gdy ma się w rękach dwa bukiety, paczkę ciastek i spory neseser, mnie jednak się udało. W sklepionej sieni panował przyjemny chłód. Posadzka była świeżo umyta – jeszcze nie zdążyła wyschnąć – i ciemnobłękitne kafle mieniły się tęczowo. Zobaczyłem drzwi z kolorowymi szybkami prowadzące na schody, zanim jednak do nich doszedłem, w sieni stanął mężczyzna z miotłą.

– Szanowny pan kogoś szuka? – spytał.

„Jak się odmienia słowo »kuzyn«?”, zastanawiałem się gorączkowo. Bardziej pasowałby „siostrzeniec”, bałem się jednak, że nie potrafię tego poprawnie wymówić.

– Jestem kuzyna pani Chojnovsky.

– A, pan do doktorostwa Hulewiczów! Pierwsze piętro, środkowe drzwi. Może pomóc z tymi pakunkami?

– Nie, nie, dziękuję.

Otworzył mi drzwi na schody i patrzył, jak idę do góry. Całą konspirację diabli wzięli.

Serce mocno mi biło, gdy pukałem do drzwi na pierwszym piętrze.

Otworzyła mi młoda kobieta w długiej spódnicy i białej płóciennej bluzce. Czarne warkocze miała okręcone wokół głowy i przypięte błyszczącymi wsuwkami. Małe oczy uśmiechały się do mnie z rumianej twarzy.

– Dzień dobry… – zacząłem niepewnie.

– Proszę wejść, panie czekają.

Wzięła ode mnie neseser, kapelusz i pudło z ciastkami, lecz zanim zdążyła wskazać mi drogę, w drzwiach po lewej stanęła pani von Chojnovsky.

– Joachim! How nice to see you again!

Może byłem przeczulony, może mi się zdawało, ale nie witała mnie tak serdecznym tonem jak kiedyś.

Ktoś za nią stanął. Zazulka.

Widziałem tylko jej jasne włosy, które w padającym od tyłu świetle wyglądały tak, jakby wokół głowy miała aureolę. Przypomniałem sobie, jak wyglądają rozpuszczone, i z całego serca zapragnąłem cofnąć czas i przenieść się nad Krutynię, znów codziennie mieć ją blisko siebie i móc stale na nią patrzeć. Chciałem, żeby nie było wojny, żeby mnie kochała i dała mi syna, tego, którego obiecała mi czarownica.

– Joachim! Flowers! – zawołała pani von Chojnovsky.

Ocknąłem się i zacząłem zbierać róże, które wypadły mi z rąk i rozsypały się na podłodze.

I’m so sorry – przepraszałem, bezwiednie przechodząc na angielski.

Pani von Chojnovsky roześmiała się, a ja odetchnąłem z ulgą – moje gapiostwo przełamało pierwsze lody.

Przyjęła kwiaty, a wtedy mogłem znów patrzeć tylko na Zazulkę. Miała na sobie sukienkę w kolorze bławatków. Warkocze upięła tak, że tworzyły ramę dla jej szczupłej twarzy. Schudła, ale nie wyglądała na chorą. Oczy jej błyszczały.

– Zazulko, tak bardzo za tobą tęskniłem – powiedziałem po polsku.

Broda zaczęła jej drżeć i rozpłakała się.

Objąłem ją i przytuliłem, nie bacząc na to, że gniotę kwiaty. Schyliłem głowę i ukradkiem pocałowałem jej włosy. Czułem zapach róż, jej skóry i włosów i zakręciło mi się w głowie.

Nie wiem, jak długo bym tak stał, gdyby ktoś mnie nie szarpnął.

– Puszczaj Zuzę, płacze przez ciebie!

Ciemnowłosy chłopczyk chwycił połę mojej marynarki i próbował odciągnąć mnie od Zazulki.

– Stasiu, nic się nie stało. To ze szczęścia. Dawno nie widziałam Joachima. Pamiętasz, opowiadałam ci o nim.

Ze szczęścia? Opowiadała o mnie? Czy dobrze zrozumiałem?

– Dla ciebie mam też coś – powiedziałem po polsku i uśmiechnąłem się do Stasia.

Moja zapobiegliwa mama pamiętała o wszystkich. W neseserze miałem pluszowego misia i tabliczkę czekolady, a poza tym butelkę koniaku, puszkę angielskiej herbaty, belgijskie czekoladki, kilka kostek francuskiego mydła i paczkę prawdziwej kawy. A specjalnie dla Zazulki – płytę z ariami z Czarodziejskiego fletu.

– Fedora! I love this cake! – zawołała pani von Chojnovsky, gdy służąca wniosła paterę z ciastkami.

Zazulka spojrzała na nią z porozumiewawczym uśmiechem.

– Joachimie, mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu, że będziemy mówić po angielsku? – spytała pani von Chojnovsky.

– Nie, skądże – bąknąłem.

Z całej duszy i z całego serca znienawidziłem w tym momencie Hitlera i jego bandę. To przez nich i ich brutalną politykę pani von Chojnovsky wstydziła się swego ojczystego języka. Doktor Fritz Todt zaproponował mi świetną posadę, która w dodatku chroniła mnie przed powołaniem do wojska, warunkiem jednak było wstąpienie do NSDAP. Poprosiłem o czas do namysłu, lecz teraz już wiedziałem, że nigdy nie wepnę w klapę partyjnej odznaki, choćbym z miejsca miał iść na front.

– Chciałam cię przyjąć suchym chlebem i kawą zbożową, bo wielu krakowian tylko to będzie miało na podwieczorek, jeśli w ogóle go zje. Moja mądra wnuczka odwiodła mnie od tego: była pewna, że przywieziesz jakieś smakołyki.

Zazulka, która pomagała Stasiowi rozpakować czekoladę, podniosła głowę i uśmiechnęła się do mnie.

– To przede wszystkim zasługa mamy – przyznałem – i trochę mojego szwagra, który zaopatrzył spiżarnię w Schönwalde.

– Aileen regularnie do mnie pisze i podnosi mnie na duchu. Dostaję też od niej paczki. Dzielimy się nimi z sąsiadami – powiedziała pani von Chojnovsky. – Ciastkami też się podzielimy, prawda, Zuziu?

Zazulce nie trzeba było dwa razy powtarzać. Wstała, a Staś poszedł za nią jak mały piesek.

– Dzielimy się z sąsiadami, z własnej woli, i dużo mniej chętnie, z pracownikami Deutsche Post Osten, którzy okradają paczki.

– Właśnie o to mama kazała mi zapytać: czy wszystko dochodzi. Z powodu cenzury nie chciała o to pytać w liście ani pisać o nowym pomyśle: chce podać pani adres swojej znajomej w Sztokholmie, która wysyła paczki do państw okupowanych. Pewnie pani wie, że paczki z żywnością i odzieżą z państw neutralnych dochodzą bez kłopotów.

– Kochana Aileen! Będę bardzo wdzięczna. My sobie radzimy, ale tylu ludzi jest w potrzebie. Podziękuj gorąco mamie. Ja nie będę o tym pisać, żeby nie miała kłopotów. Wiesz, jak wygląda wysyłanie listów z Krakowa do Rzeszy?

– Nie. – Znów zrobiło mi się wstyd.

– Trzeba zanieść niezaklejony list na Pocztę Główną i wylegitymować się przy jego nadawaniu. Od razu jest czytany. Jeśli pismo jest niewyraźne albo coś wyda się urzędnikowi podejrzane, nie zostaje przyjęty. Musimy się z tym godzić, bo pocztę trudno jest zastąpić, a gołębi pocztowych nie wolno nam hodować.

Roześmiałem się, zaraz jednak spoważniałem. To nie był dowcip, tylko smutna prawda.

– Żyjemy w kraju, którego dewizą jest, przepraszam, ale muszę to powiedzieć po niemiecku, „wird mit dem Tode bestraft”. Tak, nie przesłyszałeś się: podlega karze śmierci. Za wszystko grozi kara śmierci: za handel słoniną i za ukrywanie broni, za słuchanie radia i za sprzedawanie białego pieczywa. Ludzie zaczęli żartować, że boją się tylko wyroków wyższych niż kara śmierci.

Spuściłem głowę.

– Ale o nie tym chciałam z tobą mówić. Pod nieobecność Zuzi chciałam ci coś pokazać. Ostrzegam, że to nie będzie przyjemne.

Tak jakby to, o czym mówiła do tej pory, było przyjemne.

Pani von Chojnovsky wzięła z półki jakąś książkę i wyjęła z niej zadrukowaną bibułkę. Rozłożyła ją.

– Czytaj.

Druk był niewyraźny, czcionka malutka. Zorientowałem się, że trzymam w ręku nielegalnie wydawane pisemko. Byłem tak zaskoczony, że nie mogłem się skupić, i nic nie rozumiałem z tego, co czytałem.

– Za trudne dla mnie – powiedziałem w końcu. – Czy mogłaby mi to pani przetłumaczyć?

Wyjęła mi z rąk wiotką kartkę.

Twoim językiem ojczystym jest język polski. Nie masz się uczyć pod batem języka wroga. A jeśli znasz jego mowę, nie używaj jej. Nie ułatwiaj najeźdźcy nieproszonego pobytu w twej ojczyźnie. Na wszelkie zapytania odpowiadaj po polsku: nie rozumiem. Nie wolno ci wskazywać wrogowi adresu ani drogi (chyba fałszywie). Pohamuj wrodzoną polską uprzejmość i gościnność.
Żołnierz okupacyjny, wrogi urzędnik i manifestacje zaborców mają dla ciebie nie istnieć. Na ulicy i w miejscach publicznych zachowuj godność, nie śmiej się i nie rozmawiaj głośno, możesz trafić do perfidnych zdjęć propagandowych wroga.
Masz być opanowany i skupiony. Żadnych uśmiechów. Masz nie zapominać ani na chwilę, kto zniszczył twój kraj, kto okrada, morduje twych rodaków, kto kopie i hańbi twoje siostry i braci.

Co mogłem powiedzieć? Nic, więc milczałem.

Pani von Chojnovsky odwróciła kartkę i pokazała mi palcem obwiedzione ramką ogłoszenie. Potem mi je przetłumaczyła:

– Kobiety, które utrzymują z Niemcami stosunki towarzyskie, zawiadamia się, że są jeszcze miejsca wolne w domach publicznych.

Poczułem się tak, jakby ktoś z całej siły uderzył mnie pięścią w brzuch.

Byłem w pułapce. A właściwie byliśmy w niej oboje – Zazulka i ja. Z jednej strony naziści mówili o Rassenschande, hańbieniu rasy, i zakazali związków ze słowiańskimi kobietami, z drugiej dla Polaków związki Polek z Niemcami były zdradą narodową.

Pani von Chojnovsky złożyła pisemko i schowała je do książki.

– Czy… czy to znaczy, że mam wziąć kapelusz i wyjść? – wyjąkałem z trudem.

Jeśli miałem to zrobić, to teraz. Wiedziałem, że gdy wróci Zazulka i znów ją zobaczę, żadna siła mnie stąd nie ruszy.

Pani von Chojnovsky milczała, jakby się zastanawiała nad odpowiedzią.

– Jestem Niemką z urodzenia. Bez namysłu porzuciłam swą narodowość, wychodząc za Polaka, i nigdy tego nie żałowałam. A teraz uznałam za swój obowiązek unikać wszystkiego co niemieckie. Każdy niemiecki żołnierz, który znajduje się na polskiej ziemi, jest moim wrogiem.

– Ja nie jestem żołnierzem – powiedziałem cicho.

– Ale będziesz. Nie uciekniesz przed tym. I dopóki będziesz nosił na szyi niemiecki nieśmiertelnik, nawet w cywilnym ubraniu nie masz wstępu do tego domu.

Poczułem, że mam łzy w oczach, i spuściłem głowę, bo nie chciałem, żeby się nade mną litowała.

Miała rację, po stokroć miała rację! Tylko dlaczego serce bolało mnie tak, że bałem się, że umieram.

Wtedy opowiedziała mi o aresztowaniu Zazulki, o tym, jak ją bito i jak o mało nie umarła.

Słuchałem i nie słuchałem. Wiedziałem, że mówi prawdę, i czułem, że oszczędza mi drastycznych szczegółów, a jednocześnie chciałem, by się roześmiała i powiedziała, że to okrutny żart.

– Zuzia na pewno sama ci o tym opowie, ale chciałam cię przygotować.

Przygotować? Czy na coś takiego można kogoś przygotować?

– Wiem, że ją kochasz, i wiem, że ona cię kocha.

Podniosłem głowę. To jakieś szaleństwo. Zacząłem się zastanawiać, czy pani von Chojnovsky nie postradała zmysłów.

Usłyszałem, że otwierają się drzwi. Wracała Zazulka.

– Zuzi ani słowa – szepnęła pani von Chojnovsky.

Otarłem policzki wierzchem dłoni.

Udawałem, że piję herbatę, udawałem, że rozmawiam. Patrzyłem na Zazulkę i widziałem, jak bije ją jakiś łajdak, sadysta, zboczeniec. Bo trzeba być zboczeńcem, żeby uderzyć kobietę, w dodatku taką jak ona.

– Nie dam się zepchnąć do poziomu stworzeń, dla których jedzenie jest najważniejszym problemem życiowym – mówiła pani von Chojnovsky – ale muszę przyznać, że te warszawskie ciastka są pyszne. Lepszych nie jadłam nawet w Wiedniu.

– Szkoda, że nie widziałeś, jak Iza się ucieszyła – powiedziała Zazulka. A potem dodała: – Joachimie, opowiedz o ślubie Renate.

Odsunąłem koszmarne wizje tortur i wróciłem myślą do ślubu i wesela mojej siostrzyczki.

– Lubię, gdy opowiadasz. – Zazulka się uśmiechnęła, a mnie serce stopniało. – Mało który mężczyzna potrafiłby opisać suknię panny młodej.

Przez kilka pierwszych dni po moim powrocie mama nie chciała mnie puścić od siebie na krok i asystowałem nawet przy konferencji z krawcową, która dopasowywała ślubną suknię mamy na Renate. Dowiedziałem się wtedy, co to jest frywolitka i jak wygląda koronka z Alençon.

– Uważasz, że jestem niemęski? – spytałem groźnym tonem.

– Ależ skąd! Jesteś bardzo męski. Babcia czytała mi list od twojej mamy, opisujący twoje przygody w Afryce. Opowiesz nam o tym?

– Tak, jeśli jeszcze raz mi powiesz, że jestem męski. Mówisz to tak słodko.

Zarumieniła się.

– Jesteś bardzo męski – powiedziała z przekonaniem.

– Choć Aileen nie wychowała cię na dzisiejsze czasy. Gruboskórność pomaga przeżyć – dodała pani von Chojnovsky.

Zacząłem opowiadać o mojej ucieczce do Abisynii. Pominąłem tylko wróżbę czarownicy – nawet rodzicom o tym nie powiedziałem.

Dwie pary niebieskich oczu wpatrywały się w mnie jak w tęczę. Zazulka w dramatycznych momentach wzdychała i chwytała mnie za rękę, jakby chcąc się upewnić, że przeżyłem i że siedzę obok niej. A ja mógłbym tak siedzieć do końca świata, mając ją obok siebie.

Weszła służąca z lampą naftową.

– Znów nie ma prądu, proszę pani – powiedziała.

Zazulka wzięła na ręce Stasia, który już dawno zasnął przytulony do niej.

– Chodź, słoneczko. – Pocałowała go. – Umyjesz ząbki i buzię, a potem położę cię do łóżeczka i opowiem ci bajkę, dobrze?

– Dobrze, Zuziu.

Mocniej przytulił misia, z którym nie rozstawał się całe popołudnie, i zwrócił się do mnie:

– Dziękuję panu za misia. Dam mu na imię Joachim. Mogę?

– Oczywiście, że możesz. Będzie mi bardzo miło.

Zostałem sam z panią von Chojnovsky.

– Co mam teraz zrobić? – spytałem. – Po tym wszystkim, co mi pani powiedziała.

– A jakie miałeś zamiary?

– Chciałem panią prosić o rękę Zazulki.

– Wiem. Pytam, jak to sobie wyobrażasz.

– Myślałem… myślałem, że tak jak kiedyś pani przyjęła obywatelstwo, które miał pani mąż, tak samo Zazulka przyjmie moje.

– Teraz już wiesz, że to wykluczone. Nigdy się na to nie zgodzę. Ani ja, ani Zuzia.

– Więc jak będzie, proszę pani?

– To nie są czasy dla ciebie, Joachimie, to są czasy dla ludzi bezwzględnych i pozbawionych skrupułów. Głupi powtarzają teraz: „Wojna jest ojcem wszystkich rzeczy”, bo nie wiedzą, że Heraklit miał na myśli tylko to, że wszystko powstaje z walki przeciwieństw. Ja cytuję Schillera: „Der Krieg verschlingt die Besten”. Przepraszam, miałam nie mówić po niemiecku. A więc ja cytuję Schillera: „Wojna pożera najlepszych”.

– Zwykli Niemcy nie chcieli wojny.

– A gdzie teraz są ci zwykli Niemcy? Na wojnie.

Miała rację.

– Bardzo cię lubię, Joachimie, i dlatego dam ci jeden dzień. Moja znajoma prowadzi pensjonat pod Krakowem. Możesz tam zaprosić Zazulkę. Zjecie razem obiad, pójdziecie na spacer. Myślę, że macie sobie wiele do powiedzenia.

– Dziękuję. Bardzo dziękuję. A czy potem będę mógł do niej pisać?

– Jeśli się zgodzi… Ja nie mam nic przeciwko temu. Tylko nie wracaj tu, dopóki wojna się nie skończy.

Pocałowałem ją w rękę, jak matkę.

– Obiecuję, że nie zrobię niczego, o czym nie mógłbym pani opowiedzieć z podniesionym czołem, i że wrócę tu po Zazulkę, gdy tylko zwy… gdy nastanie pokój.

– Od początku świata każdy rząd twierdzi, że Bóg jest po jego stronie, że walczy jedynie w obronie swego kraju i że ta walka będzie zwycięska. Ty jednak będziesz w obozie zwyciężonych, Joachimie.

W gruncie rzeczy chyba myślałem tak samo, nie przytaknąłem jednak, jakbym miał nadzieję, że to coś zmieni.

 

* Treść ulotki oraz ogłoszenia i artykułu cytuję za książką Tomasza Szaroty Okupowanej Warszawy dzień powszedni.

Opublikowano Blog | 2 komentarzy

„Bądź przy mnie”

 

Czwarty tom opowieści o Różanach
Dalsze – wojenne i powojenne – losy Joachima i Zuzanny

Badz_przy_mnie

 

Gdy wybucha wojna, Joachim – jako Niemiec – musi uciekać z brytyjskiej Tanganiki.
Chce się przedrzeć przez Kenię do Abisynii, która była wtedy pod okupacją Włochów, sojuszników Hitlera.
Nie myśli o tym, że nawet jeśli mu się uda, to jego kraj prowadzi wojnę i on będzie musiał
na nią pójść. Chce tylko dotrzeć do domu, a potem spotkać się z Zuzanną.

I rzeczywiście, tak jak jej obiecał przy pożegnaniu w Aleksandrii, przyjeżdża do Krakowa
w sierpniu 1940 roku. Sytuacja jednak zmieniła się diametralnie: Niemcom nie wolno „hańbić rasy” i zakazano im nawet odwiedzania Polaków w domach, Polacy zaś uznają kontakty z Niemcami za zdradę.

Bądź przy mnie, czwarty (przedostatni) tom opowieści o Różanach, ukaże się za dwa miesiące – 16 lutego 2015 roku.

Opublikowano Blog | 3 komentarzy

Jeszcze o audiobooku „Tylko dzięki miłości”

 

Dostałam ostatnio kilka mejli z pytaniem, gdzie można kupić audiobook Tylko dzięki miłości. Jest na przykład w Empiku i w Merlinie. Pliki mp3 można pobrać także ze strony Audioteki i Virtualo.

http://audioteka.pl/tylko-dzieki-milosci,produkt.html

http://virtualo.pl/tylko_dzieki_milosci/bogna_ziembicka/a54681i147949/

We wcześniejszych wpisach zamieściłam kilka fragmentów. Zapraszam do posłuchania :)

 

Opublikowano Blog | Skomentuj

Święty Mikołaj

Byłam grzeczna przez cały rok i spodziewam się rano znaleźć prezent pod poduszką.
Żartuję.
Po Krakowie dzisiaj w nocy będzie chodził Święty Mikołaj* i odwiedzi wszystkie grzeczne dzieci. Właśnie – dzieci. Aniołek przynosi prezenty pod choinkę dla wszystkich, Mikołaj odwiedza tylko dzieci (niegrzeczne też, ale im przynosi rózgę). Przynajmniej w Krakowie :)

rozga

Pamiętam z dzieciństwa pisanie listu do Świętego Mikołaja, a kilkanaście dni później –
do Aniołka, i sprawdzanie, czy zniknęły z parapetu. Pamiętam także, kiedy zakiełkowała we mnie wątpliwość, czy Mikołaj jest naprawdę Świętym Mikołajem przychodzącym z nieba. Po kilku latach znajdowania prezentów pod poduszką, wieczorem 5 grudnia usłyszałam, jak ktoś puka do drzwi, i gdy mama otworzyła, stanął w nich mężczyzna z białą brodą, w mitrze na głowie, w komży i złotym ornacie, z pastorałem w ręce i workiem na plecach. Pamiętam to jak dziś.
Potem były pytania, czy byłyśmy z siostrą grzeczne, czy umiemy mówić pacierz, a w końcu dawanie prezentów. I gdy Mikołaj schylił się po jeden z nich do worka, w wycięciu wysokiej mitry zobaczyłam charakterystyczną łysinę. Gdy Mikołaj już poszedł, zwierzyłam się mamie, że miał taką samą łysinę jak wujek Władek. Zmieszała się i wtedy – choć miałam dopiero jakieś sześć–siedem lat – nabrałam podejrzeń.
Kiedy sama zostałam mamą, opowiadałam mojej córce o Świętym Mikołaju i towarzyszyłam przy rysowaniu, a potem pisaniu do niego listu. Pamiętam, jak się wzruszyłam, gdy jednego roku moja Kasia razem z listem zostawiła czekoladkę dla Mikołaja i – pod wpływem filmów Disneya – marchewkę (obraną) dla reniferów.
Biedni ci Amerykanie: nie piszą listów, dostają prezenty tylko raz, pod choinkę, i to od przebierańca w śmiesznej czapce, która jest dobra dla krasnoludka, ale na pewno nie dla biskupa – świętego Mikołaja z Miry. Tylko renifery mają fajne.

*Pisownia dużą literą jest znakiem mojej wiary w jego prawdziwość. Rada Języka Polskiego zaleca bowiem o przebierańcach pisać mniej uroczyście („Pracuję w galerii jako mikołaj” albo „Zamówiłam dla dzieci świętego mikołaja. Przyjdzie z aniołkiem”). Dotyczy to szczególnie tego cocacolowego mikołaja w czerwonym płaszczu i czerwonej czapce z białym pomponem.

Opublikowano Blog | Skomentuj

Na Wawel, na Wawel, krakowiaku żwawy!

 

01.Brama Bernardynska i Baszta Sandomierska

Dawno nie byłam na Wawelu. W dzieciństwie spędzałam tam sporo czasu – pamiętam te szalone gonitwy po alejkach, wśród klombów czerwonych i żółtych róż, grę w badmintona na zewnętrznym dziedzińcu, zabawę w chowanego koło garaży i w innych miejscach niedostępnych dla zwiedzających, zabawy karnawałowe o krok od komnat i zjeżdżanie
z marmurowych poręczy. Teresko, Bożenko, Tereniu, Marianno, Leszku, Maćku – pozdrawiam Was, a także wszystkich, którzy tam kiedyś mieszkali (Wawel 9 – do dziś pamiętam ten adres) i nadal mieszkają.

Teraz na Wawelu, w dawnych apartamentach królowej Bony, mieszka Dama
z gronostajem
, a może z łasiczką. Nieważne. Na pewno – Dama. I na pewno trzeba ją zobaczyć.

02.Dama

Z malarstwem jest jak z muzyką – wiadomo, że inaczej słucha się jej z płyt, inaczej na koncercie. Tak samo inaczej ogląda się reprodukcje, nawet najlepsze, inaczej oryginały. Choćby takie Słoneczniki van Gogha. Zbanalizowane przez setki kopii. Gdy zobaczyłam oryginał w National Gallery (konkretnie: Wazon z piętnastoma słonecznikami – van Gogh namalował 11 martwych natur ze słonecznikami), stanęłam jak wryta. Jaka martwa natura!? One były żywe: drapieżne, niepokojące, wyraźnie szorstkie w dotyku. Wyłaniały się ze złotego tła jak olbrzymy, które wyszły z morza (niebieska kreska na horyzoncie)
na oślepiająco jasną plażę. Dzikie, obce, groźne, fascynujące.

Jaka jest Dama? Piękna. I nieważne, że gronostaj podobno jest alegorią miłości Cecylii Gallerani, przedstawionej na obrazie, i księcia Mediolanu Ludovica Sforzy, zwanego Białym Gronostajem. Dla patrzącego ważne jest to, jak ona trzyma głowę, jak stoi, wyprostowana, ale nie sztywna, jak Leonardo namalował gronostaja (pewnie z pamięci, bo zwierzęta do pozowania trzeba chyba wypchać) – tak żeby jego lewe oko nie zlało się z jej jasnym dekoltem, tylko uwidoczniło na tle ciemnobłękitnego rękawa. I jeszcze ta niepokojąca, jakby obca, wręcz męska dłoń, wysuwająca się na pierwszy plan. I uśmiech w oczach. Tak, Dama też się uśmiecha, jeszcze bardziej tajemniczo niż Mona Liza.

Ile wąsów ma gronostaj? Nie udało mi się policzyć.

Przespacerowałam się przez komnaty. Przewodnicy ciągle opowiadają dzieciom legendę
o głowie przekupki, która z sufitu skarciła króla za niesprawiedliwy wyrok, i przy popiersiach rzymskich cesarzy odpytują młodzież szkolną z historii starożytnej.

Komnaty nadal są pustawe, ale włoskie skrzynie i szafy urzekają urodą, a kurdyban, którym obite są ściany, i arrasy po kilkuset latach wyglądają rewelacyjnie.

W komnatach nie wolno robić zdjęć, na schodach i na zewnątrz – wolno.

04. Schody

05.Widok na miasto

Jest w tym wzgórzu coś magicznego. Czy to magia historii, czy czakramu – nie wiem.

06.Katedra

 

07.Dziedziniec

08.Dziedziniec1

09.Dziedziniec2

Okna, herby, gargulce…

10.Dziedziniec3

11.Herby Polski i Litwy

12.Gargulce

W tym otoczeniu nawet budynki administracyjne i pozostałości po dawnych koszarach austriackich nabierają urody.

13.Dawna stolowka

14.Mury od Podzamcza

15. Makieta Wawelu

16.Baszta Sandomierska

Stare różane klomby znikły, ale lawenda ciągle kwitnie.

17.Lawenda ciagle kwitnie

Dzisiejszy dzień był szary. Niskie jesienne niebo, orzechowy zapach zwiędłych liści.
I widok z murów Wawelu na Wisłę wspaniały jak zawsze. Człowiek czuje się jak król.

18.Widok na most Debnicki

19.Widok na Mangghe i Centrum Kongresowe

Wawel za darmo. Jeszcze przez dwa dni. Grzechem byłoby nie skorzystać.

 

Opublikowano Blog | Skomentuj

Miodek turecki

01.Wszystkich Swietych

02.Wszystkich Swietych

Z czym mi się kojarzy dzień Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny? Oczywiście oprócz cmentarzy, zniczy i chryzantem? Z miodkiem tureckim.

03.miodek

Jest to słodkość wyrabiana chałupniczo i od zawsze sprzedawana przy krakowskich cmentarzach w te właśnie dwa dni. Kiedyś sprzedawca odłupywał tasakiem i dłutkiem kawałki z wielkiej głowy i odważał porcję na małej wadze, posługując się maleńkimi odważnikami (maleńkimi, bo kupowało się na przykład trzy deka albo „za dwa złote”),
a potem zawijał w papierową tutkę. Uwielbiałam na to patrzeć. Dziś na straganach leżą gotowe porcje w celofanie. Żadnego rytuału, żadnej magii.

04.miodek

05.miodek

Dawniej miodek był tylko kremowy, o smaku śmietankowym. Dziś może być także karmelowy, czekoladowy, kakaowy, migdałowy, rumowy. Kruchy albo ciągnący się.

Tak naprawdę nie wiem, z czego jest zrobiony, i może dobrze. Jak smakuje? Okropnie. Choć na przykład moja córka go uwielbia. To chyba kwestia wieku, bo ja też kiedyś lubiłam miodek. Wtedy jednak był robiony ze skarmelizowanego cukru z dodatkiem miodu
i orzechów włoskich lub laskowych, dziś robi się go chyba wyłącznie ze sztucznego miodu
i orzeszków arachidowych.

Miód to pokarm bogów i dusz zmarłych, nic więc dziwnego, że je się go akurat w te dni.
W ogóle połączenie jedzenia i śmierci to temat rzeka. Począwszy od stypy (jemy na znak, że my jeszcze ży-jemy), a na jedzeniu na cmentarzu skończywszy. Nie tylko w Rosji pije się wódkę ze zmarłymi przyjaciółmi – widziałam kiedyś na cmentarzu w Borku Fałęckim ucztę przy grobie cygańskiego króla. Lubię ten cmentarz.

06.Borek

07.Borek

08.Borek

Czytałam, że w niektórych regionach piekło się zaduszkowe chlebki, zanosiło je na cmentarz i obdarowywało nimi żebraków, prosząc o modlitwę za zmarłych. Na Kaszubach
w niektórych domach do dziś w nocy z 1 na 2 listopada wykłada się na parapet ulubioną potrawę zmarłego i zwykle rano nie ma po niej śladu. Hiszpanie zaś jedzą w te dwa dni huesos de santo, święte kości, nadziewane marcepanem. Może i u nas by się przyjęły?
Tak jak Halloween.

09.huesos-de-santo_foto z internetu

10.dynia Kasi

W Krakowie mamy oczywiście Rakowice, ale mamy też mniejsze, piękne cmentarze, takie jak ten bronowicki na Pasterniku, na którym jest grób rodzinny Tetmajerów – tu spoczywa Włodzimierz Tetmajer, Gospodarz z Wesela Wyspiańskiego. Tu jest grób rodziny Rydlów, grób Jakuba Mikołajczyka (Kuby z Wesela) i Błażeja Czepca (Wójta). A także grób moich Dziadków.

11.grob Tetmajerow

12.Pasternik

13.Pasternik

14.Rydlowie

Lubię radosny dzień Wszystkich Świętych i melancholijne Zaduszki. W te dni ubywa dusz pustych, takich, o których nikt już nie pamięta.

16.Rakowice

17.Borek

18.grob Tetmajerow

 

Opublikowano Blog | Skomentuj

Kraków jest inny

 

Szum potoku, zapach świerkowego lasu i zapierający dech w piersiach widok na Tatry
w Białce, wiatr zrywający chustkę z głowy, piasek skrzypiący pod nogami i morze w Łebie, bindaże w parku w Oliwie… Zamykam oczy i widzę te wszystkie cudne miejsca. Cudne,
ale nie moje. Wspaniałe, ale na miesiąc wakacji, nie dłużej.

Bo mój i na zawsze jest Kraków.

0.pieczęć herbowa

W Krakowie (z akcentem na „w”) wychodzimy na pole albo na podworzec, jemy grysik, sznycle z ziemniakami, a czasem z weką, i borówki (nie żadne czarne jagody) na deser,
a do rosołu dodajemy jarzynę. Jeśli nie jesteśmy czujni językowo, to płaszcz ubieramy.
A tak w ogóle, to ubieramy się inaczej.

01.Bractwo Kurkowe

02.Bractwo Kurkowe

 

 

 

 

 

 

 

 

03.KazimierzMieszkamy inaczej.

04.ul.Kopernika

05.ul.Westerplatte

Mamy inny widok z okien.

08.krakowska mgla

Inne widoki też inne.

09.ul.Kopernika

10.ul.Kopernika

11.Planty

Inne murale.

12.mural

Inne schody.

13.schody Karmelicka

Inaczej ozdabiamy ronda.

14.Rondo Mogilskie

15.Rondo Mogilskie

16.Rondo Mogilskie

Inaczej budujemy pomniki.

17.Pamieci Polakow wywiezionych do Rzeszy

18.Planty

A jeśli mówimy, że kogoś zawieźli do Białego Domku, to wiadomo, że na policję.

19.Biały Domek

Jesteśmy pracowici i nie lubimy tracić czasu – nawet w kawiarni można się zająć nie tylko rozmową.

21.Singer

Nie lubimy wielkich imprez, które mogłyby zakłócić nam spokój.

22. Nie olimipadzie zimowej

Jesteśmy dumni nawet z tynków obłażących płatami.

23.ul.Lubicz

Jako jedyni na świecie mamy przecież Planty, kościół Mariacki i Bramę Floriańską.

 

25.Planty

26.Wieza mariacka

27.Brama Florianska

I najpierw myślimy „Kraków”, potem „Polska”, dopiero potem „Unia”.

28.flaga Krakowa

28.flaga woj. małopolskiego

28.Flagi na UW

Kraków jest inny.
Krótko mówiąc, jest piękny.

Opublikowano Blog | Skomentuj

18 Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie

 

baner_newsletter_750x140_pl_bialy

W najbliższy czwartek zaczynają się w Krakowie Targi Książki, już osiemnaste i tym razem w nowej hali – w Centrum EXPO przy ul. Galicyjskiej 9. Nie byłam jeszcze w tej hali, czytałam jednak, że jest przestronna i klimatyzowana. Co za ulga po zeszłorocznym ścisku
i duchocie.

Czytałam także, że są tam kłopoty z parkowaniem. Najprościej chyba będzie dojechać specjalnym autobusem, który ma odjeżdżać z Pawiej.

Ja będę na Targach dwukrotnie: w piątek Radio Kraków zaprosiło mnie do udziału
w audycji Przed Hejnałem nadawanej z Targów, a w niedzielę między 11 a 12 na stoisku Wydawnictwa Otwartego (D3) będę podpisywać Tylko dzięki miłości.

Serdecznie zapraszam do słuchania Radia Kraków i na stoisko Wydawnictwa Otwartego.

http://targi.krakow.pl/pl/strona-glowna/targi/18-targi-ksiazki-w-krakowie/o-imprezie.html

 

Opublikowano Blog | Skomentuj