Sting

Nie było jak na plakacie. Plakaty też kłamią. Sting był bez gitary. Naprawdę.
Wyszedł na scenę i zobaczyłam, że ma lewą rękę na temblaku. „Biedak!” – pomyślałam, bo nie tak dawno sama złamałam rękę i wiem, jak to boli.
Piosenka następowała po piosence bez chwili przerwy na oklaski. Nawet jeśli w ten sposób chciał skrócić koncert, to go rozumiem. I tak był na scenie ponad półtorej godziny. I był wspaniały.
Tym razem nie dzielił uwagi na gitarę i wokal. Skupił się wyłącznie na śpiewie. Było wszystko: Englishman in New York, Shape of My Heart, Every Breath You Take, Russians. Czekałam na Roxanne i zaśpiewał ją na bis. Publiczność szalała z zachwytu. Wiadomo, najbardziej lubimy piosenki, które znamy.
Czułam się tak, jakby śpiewając, opowiadał prywatne historie, czasem zabawne, częściej smutne, ale zawsze własne i głęboko go obchodzące. Kiedy zachęcał, by śpiewać razem z nim „Be yourself no matter what they say”, nie chodziło o zwykłe nawiązanie kontaktu ze słuchaczami, lecz o przesłanie. „I hope the Russians love their children too”, „I’m not a man of too many faces”, „We’re starting up a brand new day”… Na pewno miło jest słyszeć, że cała ogromna publiczność zna słowa wszystkich piosenek. Myślę jednak, że dla niego jest najważniejsze, by się nad nimi zastanowić, uwierzyć w nie.
Energia i autentyczność. Żadnej pozy, żadnego udawania. Wąziutkie czarne dżinsy i czarny podkoszulek. Szeroki uśmiech. No i przede wszystkim ten głos. Niektóre piosenki brzmiały jak z dawnej płyty The Police, kilka zinterpretował inaczej, Inshallah prawie tak, jakby śpiewał po arabsku, a w Russians wyraźnie słyszałam bałałajkę, prawie jak w soundtracku Doktora Żywago. Gra świateł jeszcze potęgowała emocje.
Wspaniały koncert!
Na koniec Sting powiedział: „To był piękny wieczór. Dobranoc, kochani, miejcie się dobrze. See you soon!”.
Tak, piękny, piękny wieczór!
Do tego udało nam się stanąć na podziemnym parkingu blisko bramy i wyjechaliśmy w minutę. Naprawdę.
(A łyżka na to: „Niemożliwe!”).

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

23. Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie

To już dwudzieste trzecie krakowskie targi książki! Jak ten czas leci!
Byłam, widziałam. Trzeba raz w roku się policzyć, żeby się uodpornić na hiobowe wieści o zapaści czytelnictwa. Zapytałam znajomego wydawcę, co sądzi o takich doniesieniach. „Gdy patrzę na faktury za nasze sprzedane książki, trudno mi w nie wierzyć” – powiedział.
Wczoraj na targach były tłumy, choć to pierwszy dzień, branżowy, powszedni, w dodatku przedpołudnie. Patrzyłam z przyjemnością na wychodzące z hali dzieci – każde w jednej ręce trzymało balonik, w drugiej komiks (od czegoś trzeba zacząć samodzielne czytanie), wszystkie miały na głowach papierowe korony. Tak, my, czytelnicy, jesteśmy królami życia!

Targi są piękne. Cieszą serce i oczy. Na każdym stoisku można nie tylko kupić książki z dużą zniżką, także o nich porozmawiać. Oczywiście zatrzymałam się dłużej przy stoisku Filii 🙂

Nawet pogoda stanęła na wysokości zadania – poranna smogowa mgła szybko się rozwiała i babie lato objawiło się w całej krasie.
A jednak czuję niedosyt. Spodziewałam się, że cała hala Expo – na zewnątrz i wewnątrz – będzie obwieszona plakatami z informacją o Noblu Olgi Tokarczuk, z gratulacjami dla niej, z wyrazami radości i podziwu. To przecież najbardziej radosne wydarzenie w tym roku! Gdyby nie stoisko Wydawnictwa Literackiego, można by w ogóle o tym zapomnieć. Jaka szkoda, że na frontowej fasadzie hali Expo zamiast bannera z gorącym nazwiskiem Noblistki jest plakat z zimnym nazwiskiem pewnego autora kryminałów.

Zaszufladkowano do kategorii Blog | 2 komentarze

Literacki Nobel dla Olgi Tokarczuk

Przed chwilą Akademia Szwedzka ogłosiła, że Literacką Nagrodę Nobla dostała Olga Tokarczuk. Hurrra!!!!!!!!!!

To święto dla wszystkich jej czytelników. Otworzę dziś wino do kolacji. Będzie toast na jej cześć. Tak bardzo się cieszę!

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

„Wenecjanka” – drugi tom cyklu „Panie na Koborowie”

Szczęście uśmiechnęło się do Jegle Haniszewskiej – podczas wojny w Hiszpanii poznała Gastona Lavala, lekarza wojskowego, zakochała się w nim z wzajemnością, wyszła za niego za mąż. Zamieszkali w Wenecji. Teraz Jegle praktykuje u boku męża jako lekarka i wychowuje dwie córki, Gabrielę i Matyldę. Już prawie zapomniała o majorze Flandinie, który przed laty, podczas pacyfikacji Wandei, zabił jej pierwszego męża, a ją zgwałcił.

Szczęście uśmiechnęło się także do majora Flandina – gdy Napoleon napadł na Rosję, zwolniono go z więzienia, gdzie czekał na proces za gwałt i zabójstwo, i jako szeregowego żołnierza wcielono do Wielkiej Armii. Udało mu się przeżyć odwrót spod Moskwy, a potem uciec do Ameryki. Mógłby tam żyć w spokoju i dostatku, nie potrafi jednak porzucić myśli o zemście. Chce zniszczyć Jegle i jej nową rodzinę. Wysyła do Wenecji swego syna Nicolasa, by zdobył serce Matyldy, zaręczył się z nią, a potem przywiózł ją razem z matką do Ameryki, gdzie szykuje im obu straszny los.

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

Uroki późnego lata

Gdyby ktoś spytał o moją ulubioną porę roku, nie umiałabym odpowiedzieć. Lubię wszystkie. Teraz najbardziej – końcówkę lata.

Czterdziestostopniowe upały minęły, światło jest łagodne, niebo niebieskie. Wymarzona pora na wakacje i wypady za miasto.
A tam – raj! W tym roku jest mnóstwo grzybów, i to borowików, zwanych u nas prawdziwkami. Do tego czerwone kozaki i pierwsze rydze.

Królem grzybobrania jak zwykle został Androża.

Uprzedzając pytania, Androża, jeden z bohaterów „Różan”, który zdobył serce Marianny, istnieje naprawdę. Oto drugi po koszyku dowód – to Androża grilluje 🙂

Ja w wyborach na króla grzybobrania zajęłam ostatnie miejsce, ale i tak jestem zadowolona, bo dawno nie znalazłam tyle grzybów. Spacer po lesie w pakiecie.

Jeśli do tego dodać stadninę z pięknymi, spokojnymi, dobrze ułożonymi i szczęśliwymi końmi, jajecznicę z grzybami na śniadanie, widoki, niebo pełne gwiazd i pełnię księżyca, to słowo „raj” na pewno nie jest na wyrost.

Zaszufladkowano do kategorii Blog | 2 komentarze

Najdoskonalszy dzień w roku

Po prostu muszę zacytować fragment artykułu Piotra Cieślińskiego Dzisiaj jest najdoskonalszy dzień w roku! A jeśli nie, miej pretensje do matematyki z dzisiejszej „Gazety Wyborczej”.

„Mamy 28 czerwca, a zarówno liczba dnia (28), jak i miesiąca (6), to liczby doskonałe. Starożytni wierzyli, że z tego powodu Bóg stworzył świat właśnie w sześć dni, a Księżyc obiega Ziemię w 28 nocy.
Doskonałość tych liczb – w sensie matematycznym – polega na tym, że są równe sumie swoich dzielników (mniejszych od nich samych):

6 = 1 + 2 + 3
28 = 1 + 2 + 4 + 7 + 14

Czy jest więcej takich liczb? Tak. A ile ich jest? Jaka jest największa? Nikt nie wie.

Żyjący na przełomie I i II wieku Mikomachos, autor Arytmetyki, uważał, że obiekty doskonałe i piękne zawsze są rzadkie, toteż nie należy się spodziewać, że liczb doskonałych będzie dużo. Miał rację, Euklides podał tylko dwie kolejne liczby tego typu: 496 i 8128. W starożytności nie znano ich więcej.
Kolejną, piątą liczbę doskonałą znaleziono dopiero w XV wieku. To 33550336.
Mniej więcej sto lat później znaleziono szóstą i siódmą liczbę doskonałą. A genialny szwajcarski matematyk Leonhard Euler w XVIII wieku udowodnił, że każda parzysta liczba doskonała musi mieć postać q (q + 1) / 2, gdzie q jest liczbą pierwszą (czyli podzielną bez reszty tylko przez 1 i samą siebie), która jest pewną potęgą dwójki pomniejszoną o 1 (czyli liczbą postaci 2 do potęgi p minus 1).
Euler znalazł też ósmą liczbę doskonałą, która wynosiła już, bagatela, 2305843008139952128.
Peter Barloy w wydanej w 1811 roku Teorii liczb opatrzył ją komentarzem: »Liczba ta na zawsze pozostanie największą z kiedykolwiek odkrytych liczb doskonałych, ponieważ zważywszy na ich całkowitą bezużyteczność, trudno przypuszczać, aby kiedykolwiek ktoś zechciał tracić starania na otrzymanie większych liczb doskonałych«. Nie docenił matematyków, którzy z wielką chęcią tracą czas na wszelkie »bezużyteczne« poszukiwania. Zgodnie zresztą z maksymą brytyjskiego matematyka G.H. Hardy’ego, który uważał, że jedyne kryterium, jakie można przykładać do wyników matematycznych, to kryterium piękna i elegancji. Użytecznością się brzydził, wznosił toast za matematykę, »która nigdy nie znajdzie żadnych zastosowań!«”.

Najdoskonalszy dzień! Jak to brzmi! I czy można się tym nie cieszyć?

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

29. Festiwal Kultury Żydowskiej

To już dwudziesty dziewiąty Festiwal! Jak ten czas leci!
Byłam w niedzielę na inaugurującym FKŻ koncercie kantorów – najsłabszym, jaki pamiętam. Ale zacznę od plusów.

Po pierwsze, w tym roku (po raz pierwszy w historii FKŻ, jak stwierdziła moja siostra, a uczestniczyła we wszystkich) nie było przemówień oficjalnych gości. Powitania, podziękowania, mowy itd. trwały czasem bitą godzinę. Słuchanie tego wszystkiego w dusznej synagodze, szczególnie gdy się zapłaciło 200 zł za bilet (na koncert, nie na akademię), zawsze było katorgą. Oby to była nowa festiwalowa tradycja: najwyżej kwadrans gadania, a potem tylko muzyka.
Po drugie, Sinfonietta Cracovia grała pięknie. To wspaniała orkiestra, do tego krakowska.
Po trzecie, publiczność reagowała żywiołowo, nawet gdy jednemu z kantorów głos odmówił posłuszeństwa, oklaskom nie było końca. W tym roku było chyba więcej widzów nieznających hebrajskiego, bo mało kto przyłączył się do śpiewu, gdy zabrzmiała pieśń Jeruszalaim szel zahaw.
I wreszcie, Festiwal to wspaniały pomysł. Kazimierz ożywa wtedy inaczej, na ulicach pojawiają się rozbawieni Izraelczycy, a nie tylko zalękniona żydowska młodzież pod czujną opieką ochroniarzy, kojarząca Polskę wyłącznie z Auschwitz i chyba zagrożeniem.

Koncert kantorów, na którym przez pierwszą godzinę nie pojawia się żaden kantor? Tak właśnie było – najpierw nudna część akademiowa, potem nudne Adagio na smyczki Samuela Barbera. Później wreszcie kantorzy: Avraham Kirshenbaum, Israel Rand i Yoni Rose. Powiem szczerze – nie porwali mnie, choć śpiew zawsze mnie porusza, a gdy do tego słyszę szorstkie, charczące semickie „h”, od razu przenoszę się duchem na Wschód. Tym razem, słuchając niemal operetkowych wykonań, tęskniłam za głosem kantora Benziona Millera, który już chyba przeszedł na śpiewaczą emeryturę. Niepowetowana strata!

20 maja w Izraelu było Jom Jeruszalaim, Święto Jerozolimy, ustanowione po zwycięskiej dla Izraela wojnie sześciodniowej (1967), gdy armia izraelska opanowała wschodnią część Jerozolimy, zdobywając dostęp do Ściany Płaczu. Kantorzy zaśpiewali z tej okazji – poza programem – Jeruszalaim szel zahaw, pieśń skomponowaną przez Na’omi Szemer (1930–2004). Ile razy ją słyszałam na FKŻ, tyle razy do śpiewu przyłączała się cała władająca hebrajskim publiczność. Tym razem kantorzy zaśpiewali ją lirycznie, nie tak żywiołowo jak na przykład Benzion Miller, i w moich uszach brzmiało to blado. Na liryczne wykonanie tej pieśni mogła sobie pozwolić nieodżałowana Ofra Haza o słowiczym głosie albo ktoś taki jak David D’Or. Może D’Or przyjedzie na następny, trzydziesty Festiwal? Chciałabym znowu go usłyszeć.

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

Zdarzyło się 4 czerwca 1989

4 czerwca 1989. Pierwsze od 1947 r. wolne wybory w Polsce

Leszek Frelich: 4 czerwca 1989 r. – jak słusznie powiedziała Joanna Szczepkowska – skończył się w Polsce komunizm. Wielu się z nią nie zgadzało i może do tej pory wielu się nie zgadza. Zapamiętałem z tamtego czasu scenkę z kampanii wyborczej, gdy Adam Michnik, startujący wówczas do Sejmu ze Śląska, na jednym ze spotkań w kampanii wyborczej odpowiadał na obawy ludzi, czy warto ufać komunistom, czy oni dotrzymają słowa i uznają w ogóle wyniki wyborów. Odpowiedział kawałem o starym Żydzie, który przez wiele lat modli się do Pana Boga, że bardzo chciałby wygrać na loterii, bo wtedy jego los by się odmienił. W końcu Pan Bóg się zdenerwował i mówi: „Kup w końcu ten los!”.

Przy Okrągłym Stole zgodzono się, że strona rządowa będzie miała zagwarantowane 65% miejsc w Sejmie, a w nowo utworzonym Senacie wszystkie miejsca będą obsadzone w wolnych wyborach.

Adam Leszczyński: Może opozycja nie musiała się dogadywać z generałem Wojciechem Jaruzelskim i zgadzać na wybory, w których mogła zdobyć najwyżej jedną trzecią miejsc? Może trzeba było wyjść na ulice i władzę obalić?
Prof. Andrzej Friszke: Nie było to możliwe. W 1988 r. przez Polskę przetoczyła się fala strajków, z których teoretycznie mógłby się rozwinąć wielki ruch masowy. Ale fala ta była za słaba. Strajki trochę postraszyły rząd, ale nie mogły go zmusić do daleko idących ustępstw. (…)
Adam Leszczyński: Dlaczego nie padł postulat wolnych wyborów?
Prof. Andrzej Friszke: On krążył już w 1981 r. Myślę, że w 1988 r. KPN mógł taki postulat zgłaszać, ale w ówczesnych realiach mogło być to tylko hasło, deklaracja, a nie realna polityka. Nigdzie i nigdy w świecie podległym ZSRR nie odbyły się wolne wybory! To on miał wszystkie narzędzia siły w swych rękach.
Adam Leszczyński: Mamy więc wybory częściowo wolne w czerwcu 1989 r. Jak do nich doszło?
Prof. Andrzej Friszke: Partia zgodziła się na legalizację Solidarności, a to otworzyło drogę do rozmów Okrągłego Stołu. Działacze opozycji rozumowali w ten sposób: „Co musimy poświęcić, żeby przywrócić Solidarność do legalnego istnienia?”. Opozycja wcale się nie paliła do Sejmu i do udziału we władzy, traktowała to jako cenę za powrót Solidarności! Dopiero potem wszystko się odwróciło.
Adam Leszczyński: W PZPR mogli mieć nadzieję, że wygrają wybory?
Prof. Andrzej Friszke: Oczywiście! Przecież Polacy przez 40 lat byli przyzwyczajani, że chodzą na wybory i oddają głos na tych, których władza chce. Poza tym rządzący mogli do woli korzystać z propagandy docierającej do wszystkich miejsc w kraju. Opozycja miała potencjał głównie w robotniczych ośrodkach przemysłowych i wśród inteligencji w wielkich miastach. Ponadto była rozproszona, a rządzący sądzili, że jej działacze zaczną się kłócić i zaproponowanie odpowiedniej liczby sensownych kandydatów przekroczy ich możliwości. To dlatego wybory miały być tak szybko. Zresztą opozycja też się obawiała, że nie zdoła zorganizować wszystkiego na czas. Do wyborów było parę tygodni, tymczasem opozycja nie miała ani gazety, ani normalnego dostępu do radia czy telewizji. Władza obiecała „okienka” w mediach elektronicznych, ale trzeba je było wypełnić treścią. Gdyby PZPR uczciwie planowała wybory, to powinny się one odbyć we wrześniu. Chciała ich tak szybko, żeby opozycja się nie zorganizowała. Jednak PZPR się przeliczyła.

Władysław Frasyniuk: Te pierwsze wybory były niedemokratyczne, ale do nich poszli pierwszy raz wolni ludzie, wolne społeczeństwo i to jest niezwykle ważne w procesie budowania demokracji.

W wyborach 4 czerwca strona rządowa poniosła klęskę – tylko nieliczni jej kandydaci uzyskali zapewniające mandat 50% głosów, a z listy krajowej, na której umieszczono powszechnie znanych liderów PZPR, do Sejmu nie wszedł nikt. Tego ordynacja nie przewidywała, musiała więc zostać zmieniona i 18 czerwca odbyła się druga tura wyborów, w której posłowie PZPR i jej sprzymierzeńcy zostali wprowadzeni do Sejmu.
Solidarność odniosła zwycięstwo – ostatecznie jej kandydaci zdobyli wszystkie przyznane im ordynacją mandaty poselskie (35%, czyli 161 na 460) i 99 miejsc (na 100) w Senacie.
Na ulice powrócił nastrój z Sierpnia ´80. Ludzie byli życzliwi, uśmiechali się do siebie.

Do głosowania na Solidarność zachęcały Jane Fonda i Nastassja Kinski, które sfotografowały się z palcami rozwartymi w geście zwycięstwa. Popierali nas Yves Montand i Joan Baez. Stevie Wonder, który akurat grał koncert w Warszawie, przyszedł do wyborczego centrum opozycji w kawiarni Niespodzianka na placu Konstytucji i zaśpiewał I Just Called to Say I Love You.
Dziś mówi się, że najważniejszym plakatem opozycji był ten z Garym Cooperem grającym bohatera westernu W samo południe, idącym na spotkanie z rewolwerowcami i uzbrojonym w kartkę z napisem „Wybory”. Tymczasem plakat ten (autorstwa Tomasza Sarneckiego) rozwieszano dopiero nad ranem 4 czerwca i tylko w Warszawie, gdyż opóźnił się jego druk we Francji.

4 czerwca 1989 r. Plac Tiananmen jest pusty

Gdy Polacy idą do urn, z Pekinu dochodzą przerażające wiadomości, że czołgi zmasakrowały studentów, którzy od kwietnia obozowali na reprezentacyjnym pekińskim placu Niebiańskiego Spokoju, domagając się reform politycznych, demokratyzacji i skończenia z korupcją.

Kiedy 15 kwietnia 1989 r. zmarł sekretarz generalny Komunistycznej Partii Chin Hu Yaobang, uchodzący za jedynego postępowego i uczciwego przywódcę (w 1987 został odsunięty od władzy przez partyjny beton pod pretekstem, że nie radzi sobie z protestami studenckimi), studenci w Pekinie i innych miastach wyszli na ulice uczcić jego pamięć.
Choć demonstracje były zakazane, milicja nie interweniowała. Młodzi zgromadzeni na placu Tiananmen zażądali od władz, by zmieniły negatywną ocenę Hu Yaobanga, zrezygnowały z cenzury, ograniczyły przywileje członków rządu, zezwoliły na demonstracje, zwiększyły wydatki na szkoły wyższe i zapewniły obiektywne relacje ze studenckich wystąpień. W odpowiedzi rząd ogłosił zamknięcie Tiananmen, z czego demonstranci niewiele sobie robili, bo na placu było ich już ponad 100 tysięcy.

25 kwietnia w domu Deng Xiaopinga (przewodniczącego Komisji Wojskowej KC i faktycznego przywódcy Chin) odbyła się narada ścisłego kierownictwa ChRL. Deng powiedział na niej: „To nie jest zwykły ruch studencki. Mniejszość wykorzystuje studentów, chce zdezorientować ludzi i pogrążyć kraj w chaosie. To dobrze zaplanowany spisek, który ma prowadzić do odrzucenia partii i systemu socjalistycznego”. Gdy gazety zacytowały te słowa, protest się zradykalizował – 4 maja studenci odczytali deklarację wzywającą rząd do przyspieszenia reform politycznych i ekonomicznych, zagwarantowania wolności konstytucyjnych i walki z korupcją, a 13 maja rozpoczęli sześciodniowy strajk głodowy.

17 maja przez Pekin przemaszerowała demonstracja z żądaniem reform. W 200-tysięcznym tłumie szli studenci, robotnicy, urzędnicy, nawet milicjanci. Wtedy pod naciskiem Deng Xiaopinga zapadła decyzja o wprowadzeniu stanu wyjątkowego i do Pekinu wkroczyło 100 tysięcy żołnierzy. Polecono im jednak, by nawet prowokowani nie zwracali broni w kierunku cywilów.

19 maja sekretarz generalny partii Zhao Ziyang (pozbawiony potem wszystkich stanowisk i do końca życia trzymany w areszcie domowym) ze łzami w oczach błagał studentów, by dla własnego dobra opuścili plac. Część demonstrantów chciała go posłuchać, zostali jednak zakrzyczani przez nastawionych bardziej radykalnie.

Los studentów rozstrzygnął się 2 czerwca, gdy na zebraniu ścisłego kierownictwa premier Li Peng powiedział, że „głównym celem spiskowców jest okupacja Tiananmen aż do ostatecznej konfrontacji. (…) Chodzi o obalenie partii i rządu”, a poparł go wiceprzewodniczący ChRL Wang Zhen: „Przeklęte bękarty! Kim są, by tak długo deptać świętą ziemię Tiananmen?! Powinniśmy wysłać wojsko natychmiast, żeby schwytać tych kontrrewolucjonistów (…). Każdy, kto próbuje obalić partię komunistyczną, zasługuje na śmierć bez pogrzebu!”.
Postanowiono oczyścić plac, unikając jednak rozlewu krwi: „Wojsko może sięgnąć po ostateczne środki, gdy zawiedzie wszystko inne. Jeśli studenci odmówią wyjścia, to żołnierze wyniosą ich na plecach. Na samym placu nikt nie może umrzeć”.

W nocy z 3 na 4 czerwca żołnierze ruszyli w kierunku placu Niebiańskiego Spokoju. Na wezwanie do rozejścia się większość studentów opuściła plac, kilka tysięcy usunięto z niego siłą. Przez całą noc w mieście trwały walki – wojsko użyło gazu łzawiącego, gumowych kul, w końcu ostrej amunicji. O świcie otoczony przez wojsko plac Tiananmen był pusty.

Dziś wiemy, że w Chinach protestowało wtedy 100 milionów ludzi w 341 miastach. Tysiące trafiły do aresztu, zginęło – zdaniem władz – 200 cywili, a 1000 zostało rannych. Amnesty International doliczyła się około 1000 ofiar śmiertelnych.

Źródło: „Gazeta Wyborcza”, 4 czerwca 2019, oraz „Ale Historia”, 3 i 4 czerwca 2019 (m.in. Adam Leszczyński, Skreślanie komuny; Paweł Smoleński, W samo południe 4 czerwca; Robert Stefanicki, Krwawy koniec chińskiej wiosny)

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

W magicznym domu

Są takie domy, gdzie śni się o lataniu, oddycha pełną piersią, syci oczy widokiem lasów i łąk. Gdzie budzi nas gwizd wilgi, a wieczorem płonie ognisko, gdzie koty są na ziemi i na niebie.

W magicznym domu
fruwają anioły
Koty są na niebie
i na ziemi
Do wędrówek służą różowe siedmiomilowe buty
Wieczorem płonie ognisko i szumią knieje

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

Audiobook „Miłość w cieniu wielkiej wojny”

Przed kilkoma dniami w księgarniach pojawił się audiobook „Miłość w cieniu wielkiej wojny”. Ponad 10 godzin słuchania!

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz