„Trzeba marzyć” – druga (i ostatnia) część „Willi Pod Jodłami”

Tak, trzeba marzyć, bo wszystko zaczyna się w głowie. Najpierw są marzenia, pomysły, plany, potem działania i w końcu efekty.

Wyobraźmy sobie podróż. Można oczywiście kupić wycieczkę last minute, spakować się, polecieć w świat i mieć z tego dużo radości. Ale czy nie więcej przyjemności daje wyjazd poprzedzony marzeniami, planowaniem, wyobrażaniem sobie odległej krainy, podróżowaniem palcem po mapie?

Akcja powieści „Trzeba marzyć” zaczyna się w Bombaju w 2008 roku. Wybrałam to miejsce i ten czas, bo właśnie wtedy byłam w Indiach.

Trivandrum, jeden z budynków pałacu Padmanabhapura, w tle świątynia Padmanabhaswama
Gdzieś na bocznej drodze w Kerali

Moja siostra pojechała kiedyś do Indii i wróciła zachwycona. Oglądałam zdjęcia, słuchałam jej opowieści, zachwycałam się indyjskimi chustami, sari, kadzidełkami, innymi niż te z indyjskiego sklepu. Wcześniej do Indii mnie nie ciągnęło, wtedy jednak zapragnęłam to wszystko zobaczyć na własne oczy. Zaczęło się planowanie trasy, która miała objąć kawał półwyspu – od Trivandrum na samym jego czubku do Bombaju, oraz rozmaitych atrakcji, takich jak pobyt w ośrodku Matt India w Kerali, gdzie czekały bambusowe chaty wśród palm, masażystki, zabiegi kosmetyczne itp. Spotykałyśmy się wiele razy w gronie przyszłych podróżniczek, ustalając szczegóły, pijąc wino i jedząc pyszne hinduskie potrawy, bo wszystkie cztery miałyśmy wtedy fazę kuchni indyjskiej.

Furtka do oceanu

To nie były Indie oglądane z okien klimatyzowanego autokaru. Podróżowałyśmy pociągiem (nawet starą ciuchcią z parowozem), miejscowymi autobusami, które zamiast szyb w oknach miały zasłonki z ceraty jako osłonę przed monsunowym deszczem, rikszami, mieszkałyśmy w prywatnych domach albo malutkich pensjonatach. Były objawienia, takie jak Koczin, Góry Błękitne czy backwaters, czyli ogromne rozlewiska i jeziora w Kerali, gdzie na łodzi spędziłyśmy dwa dni. Były też oczywiście rozczarowania – na przykład ośrodek Matt India okazał się połączeniem ponurego sanatorium ze smutnym domem starców i uciekłyśmy stamtąd w popłochu.

Ciuchcia w Górach Błękitnych
Backwaters

Wyleciałyśmy z Bombaju do Krakowa pod koniec sierpnia 2008, a w listopadzie terroryści zaatakowali miejsca, w których byłyśmy trzy miesiące wcześniej. Chyba dlatego te zamachy tak mną wstrząsnęły. Zginęło wtedy w Bombaju, w hotelu Tadż, na dworcu, kiedyś nazwanym imieniem Królowej Wiktorii, w Leopold Café i w innych miejscach, prawie dwieście osób, a trzysta zostało rannych. Wyobrażałam sobie, jakby to było, gdybyśmy były tam właśnie wtedy, i kazałam to przeżyć moim bohaterom.

Kozy nieświęte, za to wszędobylskie

Akcja zaczyna się w Bombaju, potem przenosi się do Krakowa i Zagórza. Są nowi bohaterowie – Mikołaj, którego poznajemy podczas jego podróży po Indiach, i ojciec Mikołaja, sławny pisarz. Ale przede wszystkim śledzimy dalsze losy Jagi i Meli, Mateusza i Damiana, pani Anieli i innych mieszkańców Zagórza.

Mela i Mateusz planują ślub, gdy nagle Mela dostaje stypendium w amerykańskim szpitalu. Jak łatwo się domyślić, stoi za tym jej pierwszy mąż, który bardzo chce ją odzyskać.

Jaga, mieszkanka willi Pod Jodłami, znajduje sobie nową pracę – zakłada biuro podróży. Powoli się przekonuje, że życie na wsi nie jest takie okropne, jak jej się z początku wydawało. Zaprzyjaźnia się z panią Anielą i poznaje historię śmiertelnie niebezpiecznych akcji szpiegowskich, w których Aniela uczestniczyła. No i ciągle nie może się zdecydować, czy zakochany w niej Damian jest mężczyzną jej życia.

Uprzedzając pytania, powiem, że ten tom można czytać, nie znając poprzedniego.

Tak jak w pierwszej części, poetyckie motta rozpoczynają każdy rozdział.

Czy ktoś pamięta „Strofy dla ciebie”, które kończyły „Lato z radiem”, i recytację Krzysztofa Kolbergera? Wszystkie wiersze, które wybrałam, pasowałyby do nich.

A ponieważ pojawia się także Sebastian, kolega Meli z pracy, miłośnik dowcipów, czytając, można nie tylko się wzruszać, ale też głośno śmiać.

– Natan, słyszałem, że się żenisz.
– No.
– Panna posażna?
– Tate ma trzy kamienice w rynku.
– A ładna?
– Rzecz gustu. Mnie się nie podoba.

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

Tak było dziś o 16 w Krakowie. „My zostajemy w UE. Rząd wychodzi”

Konstytucja RP art. 91.

  1. Ratyfikowana umowa międzynarodowa, po jej ogłoszeniu w Dzienniku Ustaw Rzeczypospolitej Polskiej, stanowi część krajowego porządku prawnego i jest bezpośrednio stosowana, chyba że jej stosowanie jest uzależnione od wydania ustawy.
  2. Umowa międzynarodowa ratyfikowana za uprzednią zgodą wyrażoną w ustawie ma pierwszeństwo przed ustawą, jeżeli ustawy tej nie da się pogodzić z umową.
  3. Jeżeli wynika to z ratyfikowanej przez Rzeczpospolitą Polską umowy konstytuującej organizację międzynarodową, prawo przez nią stanowione jest stosowane bezpośrednio, mając pierwszeństwo w przypadku kolizji z ustawami.

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

Późnym latem w górach

Pusto w górach. Można iść pół dnia lasem, polami, łąkami Beskidu Wyspowego i spotkać tylko kobiety grabiące siano gdzieś na śródleśnej łące.

W lesie już cicho, czasem tylko słychać dzięcioła albo kilka nut wyśpiewanych przez ukrytego w koronie sosny ptaka. Klucze dzikich kaczek ciągną na południowy zachód. Bociany odleciały, na łąkach pod lasem pasą się sarny, spod nóg uciekają bażanty, czasem smyrgnie zając. Warto patrzeć pod nogi 🙂

Jeśli nie idzie się daleko, wiklinowy koszyk jest teraz obowiązkowym wyposażeniem.

Świat odkrył kąpiele leśne, które kiedyś nazywano po prostu spacerami po lesie. Spacer czy kąpiel – nieważne, ważne, że człowiek czuje się potem wspaniale.

„Pogoda jak kobieta zmienna jest, lecz dla nas zawsze jest szczęśliwa”.

Od porannych mgieł do ogniska pod gwiaździstym niebem każdy dzień jest piękny.

W górach otwiera się okno na całkiem inny świat.

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

Czy rewolucja francuska zaczęła się 14 lipca?

Wielka Rewolucja Francuska, której rocznicę wybuchu świętuje dziś Francja, zaczęła się dużo wcześniej, jednak przyjmujemy konkretną datę, 14 lipca, bo historycy lubią porządek. Bastylia nie została zdobyta, tylko się poddała, a hasło rewolucji „wolność, równość, braterstwo” równie dobrze mogłoby brzmieć „terror, strach, morderstwo”. Rewolucje zaczynają się od walki o prawa i zasady, a kończą walką o władzę.

1789
Francja jest wielkim i ludnym krajem. Ma 25 milionów mieszkańców podzielonych na trzy stany: duchowieństwo, szlachtę oraz stanowiący 98 procent społeczeństwa i dźwigający na swych barkach utrzymanie państwa stan trzeci, który tworzą mieszczanie i chłopi. Najwyższe podatki płacą właściciele manufaktur i bankierzy, nieco niższe urzędnicy, kupcy, lekarze, sklepikarze, rzemieślnicy, szynkarze, chłopi. Chłopi płacą jeszcze dziesięcinę na rzecz Kościoła. Duchowni i szlachta są z podatków zwolnieni.
Od czternastu lat we Francji panuje Ludwik XVI. Trzydziestoczteroletni król jest władcą absolutnym: jego wola jest prawem, jest najwyższym sędzią i wodzem armii, odpowiada zaś tylko przed Bogiem. Ze swą o rok młodszą żoną Marią Antoniną ma dwóch synów i dwie córki. Dużo czasu spędza przy łóżku siedmioletniego delfina Ludwika Józefa, który od urodzenia choruje na gruźlicę kości i ku rozpaczy rodziców umrze na początku czerwca.
Po latach wojen i utracie wielu kolonii (przede wszystkim Nowej Francji, czyli Kanady, i prawie wszystkich posiadłości w Indiach) Francja stoi na skraju bankructwa. Dwie trzecie budżetu pochłania spłata długów i utrzymanie armii. Jakby tego było mało, nadchodzą lata nieurodzaju. Po jesiennych ulewach w 1787 roku, gdy wiele pól pozostało nieobsianych, przyszła bardzo sucha wiosna, potem letnie nawałnice z gradem, w końcu niezwykle mroźna zima.
„Trawy prawie nie ma, źdźbła zbóż są krótkie, cienkie, blade i słabe. Żal mi tutejszych ludzi z całej duszy. Nie można kupić zielonego groszku, sałaty, jarzyn; owce i krowy na pastwiskach wyglądają jak chodzące szkielety” – opisuje sytuację amerykański dyplomata.
Generalny kontroler finansów próbuje ratować budżet podatkami nakładanymi na produkty, bez których nie można się obejść. Szczególnie znienawidzony jest podatek solny. Państwo ściśle kontroluje obrót solą: za jej kradzież lub fałszowanie grozi więzienie albo galery, za przemyt – kara śmierci.
Ceny żywności stale idą w górę. W końcu dwukilogramowy bochenek chleba kosztuje 15 sous – tyle ile wynosi dzienny zarobek robotnika. Głodujący paryżanie powtarzają sobie szydercze słowa Marii Antoniny: „Nie mają chleba, to niech jedzą ciastka”. Królowa nigdy ich nie wypowiedziała, ale to nie ma znaczenia – ludzie jej nienawidzą, bo jest Austriaczką i jak głoszą plotki, wydaje szalone pieniądze na ekstrawaganckie stroje, klejnoty, grę w karty, kochanków oraz urządzenie pałacu Petit Trianon, który ma ściany wyłożone złotem i brylantami.
Burzy się nie tylko stan trzeci, lecz także szlachta, gdyż generalny kontroler finansów zaproponował jej opodatkowanie. Po Paryżu krąży karykatura, na której lis w stroju kucharza mówi do tuczonych gęsi i kur: „Drodzy poddani! Zwołałem was, abyście mogli się wypowiedzieć, w jakim sosie chcecie trafić na stół”. „Ależ my nie chcemy zostać zjedzeni!” „Odbiegacie od tematu”.


17 czerwca – reprezentanci stanu trzeciego podnoszą bunt
Królowie przez 175 lat obywali się bez zwoływania Stanów Generalnych, czyli zgromadzenia delegatów wszystkich trzech stanów, i wysłuchiwania ich skarg. Sytuacja państwa jest jednak krytyczna, a Stany Generalne mogły uchwalać podatki nadzwyczajne, król zwołuje je więc do Wersalu. Wśród około 1200 deputowanych wybranych przez prowincje i miasta jest ponad 600 delegatów stanu trzeciego.
5 maja po uroczystym pochodzie, mowie tronowej i dwugodzinnym przemówieniu generalnego kontrolera finansów delegaci rozpoczynają obrady w trzech salach, gdyż każdy stan obraduje i głosuje osobno. Delegaci stanu trzeciego, wśród których jest wielu prawników (nie ma za to ani jednego chłopa), od razu widzą, że mają przewagę liczebną i będą mogli uchwalić, co tylko zechcą, jeśli wszystkie trzy stany będą głosowały wspólnie. Dwukrotnie stawiają taki wniosek, ale posłowie stanu pierwszego i drugiego dwa razy go odrzucają.
Napięcie rośnie i nagle 17 czerwca reprezentanci stanu trzeciego ogłaszają się Zgromadzeniem Narodowym. Szok! To prawie zamach stanu i nic dziwnego, że król w pierwszym odruchu każe zamknąć przed nimi salę obrad. Zbierają się w sali do gry w piłkę i składają ułożoną wcześniej przez księdza Emmanuela Sieyèsa przysięgę, że rozejdą się dopiero wtedy, gdy Francja otrzyma konstytucję.
Król ma teraz do wyboru użycie przemocy lub zgodę na ich postulaty. Wybiera to drugie i 27 czerwca zgadza się na wspólne obrady trzech stanów. To jednak na krótko zaspokaja rozbudzone apetyty: 9 lipca delegaci ogłaszają się Zgromadzeniem Narodowym Konstytucyjnym (Konstytuantą) i stawiają sobie za cel opracowanie konstytucji. Od tej pory Zgromadzenie będzie systematycznie ograniczać władzę króla aż do zera.

13 lipca – Paryż wre
„Lud rzemieślniczy i robotniczy rozlał się po mieście uzbrojony, w co się dało. Ci ludzie pijani winem i wściekłością wykorzystali noc, aby niszczyć i palić rogatki oraz statki i łodzie celników. W poniedziałek, 13, przebiegli cały Paryż, grożąc burżuazji, że spalą jej domy, jeśli ta się natychmiast do nich nie przyłączy. Uwolnili z więzień wszystkich zatrzymanych za długi i wykroczenia policyjne” – napisał w liście jeden z paryżan, a inny dodawał: „Można wszystkiego się obawiać ze strony ludu, skoro chleb jest tak drogi. Lud umiera z głodu i w rezultacie dojrzał do powstania”.
Zanim paryżanie poszli na Bastylię, ruszyli na piekarnie i sklepy. Żołnierze nie strzelali do tłumu, bo idące na jego czele kobiety krzyczały, że chcą chleba dla dzieci.
Ludzie zbierają się w parku przy Palais Royal, pałacu należącym do księcia Ludwika Filipa Orleańskiego, marzącego o koronie. Książę oddał park na miejsce publicznych zgromadzeń i chętnie widzi tam mówców, którzy wzywają do buntu, strasząc rzezią przygotowywaną rzekomo przez króla. Paryżanie łupią rusznikarnie, a pod wieczór zajmują ogrody przy królewskim pałacu Tuileries. Krążą pogłoski, że wielki skład prochu strzelniczego znajduje się w Bastylii.


14 lipca – atak na Bastylię
Tłum wdziera się do Pałacu Inwalidów i rabuje kilkadziesiąt tysięcy muszkietów oraz kilka dział, potem kieruje się pod Bastylię, dawną miejską bramę przerobioną na więzienie, którego załogę stanowi 82 weteranów wzmocnionych oddziałem 32 Szwajcarów. Komendant markiz de Launay przyjmuje kolejne deputacje, podejmuje je nawet obiadem, żądania jednak eskalują, tłum jest coraz bardziej agresywny i zbrojnie wdziera się na dziedziniec. Strzelanina trwa kilka godzin. W końcu Launay poddaje twierdzę, pod warunkiem że załodze nie stanie się krzywda.
Napastnicy uwalniają więźniów. Jest ich siedmiu: czterech fałszerzy, dwóch szaleńców oraz pewien hrabia osadzony tu na wniosek rodziny z powodu podejrzenia o kazirodztwo. Tłum kieruje się teraz do ratusza, ciągnąc z sobą nieszczęsnego Launaya. Ludzie okładają go pięściami, garściami wyrywają mu włosy, w końcu go masakrują i odcinają mu głowę. Rozgorączkowany tłum zabija także burmistrza. Ludzie piją ich krew, głowy zaś nasadzają na piki i triumfalnie obnoszą po Paryżu. Rewolucja jest okrutna od samego początku, a jej motorem jest przemoc.


17 lipca – król przybywa do Paryża
Konstytuanta błaga króla o przywrócenie porządku, Ludwik XVI przybywa więc z Wersalu do stolicy, gdzie witają go okrzyki: „Niech żyje król! Niech żyje wolność!”. Rewolucja wprowadziła swoje barwy – do niebieskiej i czerwonej, barw Paryża, dodano królewską biel Burbonów. Król robi dobrą minę do złej gry i w ratuszu pozwala sobie przypiąć trójkolorową kokardę, niejako rozgrzeszając bunt, i ani słowem nie wspomina o swych zmasakrowanych przed trzema dniami urzędnikach.


20 lipca–6 sierpnia – Wielka Trwoga
Pod wpływem wieści o rozruchach w Paryżu chłopi w całej Francji zaczynają napadać na dwory i klasztory, żądają wydania dokumentów dotyczących powinności feudalnych, potem je palą, a jeśli ktoś odmawia ich wydania, palą je razem z zamkiem lub klasztorem, mordując przy tym właścicieli.
Konstytuanta obraduje nieprzerwanie z nieopisanym zapałem i 4 sierpnia znosi wszystkie osobiste usługi chłopskie oraz podatki na rzecz pana. Porwani entuzjazmem przedstawiciele stanu pierwszego dobrowolnie zrzekają się dziesięciny, choć nikt tego nie żądał. Nie wiedzą, że w ten sposób sami kopią sobie grób.


26 sierpnia – Konstytuanta uchwala Deklarację praw człowieka i obywatela
„Przedstawiciele Ludu Francuskiego, ukonstytuowani w Zgromadzenie Narodowe, uważając, że nieznajomość, zapomnienie i lekceważenie praw człowieka są jedynymi przyczynami nieszczęść publicznych i nadużyć rządów, postanowili przedstawić w uroczystej Deklaracji naturalne, niezbywalne i święte prawa człowieka (…).
Artykuł I. Ludzie rodzą się i pozostają wolni i równi w swych prawach. (…)
Artykuł II. Celem każdej organizacji politycznej jest zachowanie naturalnych i nieprzedawnialnych praw człowieka. Prawami tymi są: wolność, własność, bezpieczeństwo i opór przeciwko uciskowi. (…)
Artykuł IV. Wolność polega na możności czynienia wszystkiego, co nie szkodzi drugiemu (…).
Artykuł VI. (…) Wszyscy obywatele są równi wobec prawa (…).
Artykuł VII. Nikt nie może być oskarżony, zatrzymany ani więziony bez podstaw prawnych określonych w ustawie i z zachowaniem form przez nią wskazanych. (…)
Artykuł IX. Każdy człowiek jest uważany za niewinnego, aż do momentu gdy zostanie uznany za winnego. Jeżeli konieczne okaże się jego zatrzymanie, każde zastosowanie rygorów, które nie są niezbędne dla zabezpieczenia jego osoby, winno być surowo karane przez ustawę.
Artykuł X. Nikt nie powinien być niepokojony z powodu swoich przekonań, także religijnych (…).
Artykuł XI. Swobodne wyrażanie myśli i poglądów jest jednym z najcenniejszych praw człowieka: każdemu obywatelowi przysługuje więc wolność słowa, pisma i druku (…).
Artykuł XVII. Własność jest prawem nietykalnym i świętym, nikt nie może być go pozbawiony, z wyjątkiem przypadku, gdy wymaga tego konieczność publiczna prawnie uznana, ale pod warunkiem słusznego i wypłaconego z góry odszkodowania”.
Nim miną trzy miesiące, Konstytuanta zacznie łamać wszystkie te prawa po kolei.


6 października – król pod przymusem przenosi się do Paryża
Paryż głoduje. Kobiety od piątej rano stoją w kolejkach przed piekarniami, żeby kupić chleb. Tymczasem król prowadzi w Wersalu niefrasobliwe życie, do tego odmawia podpisania Deklaracji praw człowieka i obywatela. Stutysięczny uzbrojony tłum z rozwścieczonymi przekupkami na czele rusza do Wersalu. Ludzie chcą sprowadzić króla do Paryża, bo wierzą, że to zagwarantuje lepsze zaopatrzenie. W środku nocy wdzierają się do pałacu, mordują gwardzistów ze straży przybocznej. Ludzie uspokajają się nieco, gdy Ludwik XVI obiecuje bezzwłocznie przenieść się do Paryża. Tłum niosący na pikach i widłach odcięte głowy gwardzistów otacza kawalkadę powozów i towarzyszy mu do samej stolicy.
Przeprowadzka do Paryża to dla króla nie tylko fizycznie odczuwalna presja polityczna, lecz także deklasacja. Pałac Tuileries, nieużywany od lat, jest zaniedbany, ciasny jak na potrzeby dworu, a otaczający go ogród stał się miejscem publicznym, w którym nieustannie przemawiają rozmaici mówcy, na tarasach zaś cisną się przekupki pragnące z bliska popatrzeć na dwór i wzbudzające w królewskiej parze strach pomieszany z obrzydzeniem.


2 listopada – nacjonalizacja dóbr kościelnych
Biskup rewolucjonista Charles de Talleyrand proponuje, by państwo przywłaszczyło sobie majątek Kościoła i w ten sposób uzyskało środki na spłatę długów. Choć dopiero co w Deklaracji praw człowieka i obywatela własność uznano za świętą, Konstytuanta oddaje dobra kościelne „do dyspozycji narodu”.
Majątek Kościoła oszacowano na dwa miliardy liwrów. Ponieważ w obiegu nie ma tylu pieniędzy, rewolucyjny rząd drukuje asygnaty, quasi-pieniądze, za które można nabywać dobra kościelne. Już Kopernik odkrył, że zły pieniądz wypiera dobry. Z rynku znikają srebrne i złote monety, asygnaty zaś, w miarę jak rośnie inflacja, tracą na wartości, aż są warte tyle, ile papier, na którym je wydrukowano.

1790
13 lutego – decyzja o likwidacji klasztorów
Przesiąknięci naukami doby Oświecenia rewolucjoniści cenili rozum i użyteczność, wątpili zaś w istnienie Boga, nic więc dziwnego, że postanowili zlikwidować klasztory jako do niczego nieprzydatne w społeczeństwie. Mnisi i mniszki są zmuszeni do powrotu do życia świeckiego. Rząd zakazuje składania na terenie Francji ślubów zakonnych jako niezgodnych z prawem naturalnym. Wyposażenie klasztorów, potem także wielu kościołów jest rabowane, sprzedawane na licytacji lub niszczone. Antyreligijny wandalizm staje się dowodem postawy obywatelskiej. Wystawiono na sprzedaż nawet paryską katedrę Notre Dame, na szczęście nie znalazła nabywcy. Konfiskowano wspaniałe kościelne biblioteki. Konstytuanta kazała wprawdzie zorganizować składy, gdzie miano decydować o dalszym przeznaczeniu ksiąg, jednak w większości stały się one ich cmentarzyskami. Jeden z ówczesnych urzędników tak to opisał: „Proszę sobie wyobrazić, Panie Prefekcie, bezładny stos ponad dziesięciu tysięcy woluminów wszelakiego formatu wyrzucanych koszami bez ładu na środku pustej sali. Proszę sobie wyobrazić, jak ponad połowa tych książek pochodząca z bibliotek dawnych kapucynów przybywa w czas ulewy w furgonach na węgiel, odkrytych, spiętrzona bezładnie, zmoczona i ziejąca smrodem”.


19 czerwca – Konstytuanta uznaje herby za „haniebne symbole”
Jak Francja długa i szeroka skuwa się z murów francuskie lilie, rozbija zdobioną herbami porcelanę, pali oznaczone nimi księgi, wybija witraże. Potem z ulic, placów, fasad świątyń znikają figury królów – kamienne rozbija się na tłuczeń, spiżowe przetapia na działa, Konstytuanta uważa bowiem, że „święte zasady wolności i równości nie pozwalają na dalsze tolerowanie pomników wzniesionych gwoli zadośćuczynienia pysze i przesądom królewskiej tyranii i feudalizmu”.


12 lipca – księża stają się urzędnikami państwowymi
Po likwidacji dziesięciny i nacjonalizacji dóbr kościelnych duchowni zostali bez środków do życia, Konstytuanta decyduje więc, że będą opłacani z kasy państwa i jako urzędnicy państwowi muszą składać publiczną przysięgę na wierność konstytucji: „Ktoś, kto odmówi tego świadectwa przywiązania do ojczyzny, powinien zostać uznany za niegodnego, by w niej żyć”. Potem rząd zmienia okręgi parafii i zmniejsza ich liczbę, dymisjonując 20 tysięcy proboszczów. Od tej pory proboszczowie i biskupi mają być wybierani przez lud.
Duchowieństwo rozpada się na dwie grupy: część jest za rewolucją, uważając, że wolność, równość i braterstwo to zasady ewangeliczne, część zaś przeciwko, bo francuski Kościół oderwano od Rzymu i skazano na schizmę. Przysięgę na konstytucję złoży siedmiu biskupów i połowa proboszczów. Ci, którzy odmówią, zostaną ogłoszeni „wrogami Wolności” i będą na różne sposoby prześladowani.


14 lipca – pierwsza rocznica ataku na Bastylię
Dzień 14 lipca ogłoszono Świętem Federacji i na Polu Marsowym zorganizowano wspaniałą uroczystość z udziałem króla, jego rodziny oraz członków Konstytuanty. Biskup Talleyrand odprawił mszę, była „przysięga jedności”, odśpiewano Te Deum. Potem na miejscu rozebranej już Bastylii odbył się wielki bal.


1791
20 czerwca – rodzina królewska pod osłoną nocy ucieka z Paryża
Od pierwszych dni po przymusowej przeprowadzce do Paryża na dworze myślano o ucieczce. Słaby charakter i flegmatyczne usposobienie skłaniały króla do czekania, aż rewolucyjna burza przeminie, jednak pod naciskiem królowej przygotowania ruszyły pełną parą. Jedni mówią, że Maria Antonina popisała się wtedy brakiem rozsądku, zamawiając wielkie ilości nowych strojów i że ucieczka karetą obciążoną ogromnym kufrem z garderobą była powolna. Inni, że żadnego kufra nie było. Zbiegowie dojechali do Varennes, 250 kilometrów na wschód od Paryża. Do granicy z Niderlandami, należącymi do Austrii (cesarz Austrii Leopold II był bratem Marii Antoniny), zostało im jeszcze 50 kilometrów. Legenda głosi, że na jednym z postojów króla, przebranego za służącego, rozpoznał poczmistrz czy też jego syn, który porównał jego twarz z wizerunkiem na asygnacie. Trudno w to uwierzyć, w każdym razie w Varennes przygotowano zasadzkę, w którą wpadli zbiegowie.
W potwornym upale orszak eskortowany przez piechotę Gwardii Narodowej noga za nogą wracał do Paryża. Wsie i miasteczka witały króla grubiańskimi okrzykami, wśród których najłagodniejszy to: „Głupi grubas!”. 25 czerwca Ludwik XVI jechał ulicami stolicy wśród grobowego milczenia tłumów. Paryżanie, żeby okazać pogardę, mieli nakryte głowy, nawet ulicznicy postarali się o jakieś brudne chustki.
Po raz pierwszy zaczęto wtedy mówić o konieczności proklamowania republiki. Król został zamknięty pod strażą w Tuileries. Dopiero gdy 14 września złożył przysięgę na wierność konstytucji, odzyskał wolność i swoją część władzy.


27 sierpnia – małżeństwo staje się umową cywilną
Rewolucja rozstrzygała wiele kwestii w duchu wolności, potem zaś stopniowo zmieniała kurs. Uznając, że małżeństwo jest cywilną umową między małżonkami, nie zakazano ślubu kościelnego: „Zgromadzenie Narodowe oświadcza, że nie ma zamiaru niczego zmieniać ani przeszkadzać obywatelom w swobodzie, jaką wszyscy oni dysponują w tym, co dotyczy chrzczenia dzieci, zawierania małżeństw czy pochówków w obecności duchownego zgodnie z zasadami kultu, który wyznają”. Gdy jednak wojna z religią się nasiliła, władze na różne sposoby utrudniały zawieranie ślubu kościelnego, aż w końcu go zakazały, ogłaszając, że „małżeństwo jest umową rozwiązywalną w drodze rozwodu”. Łatwo go było uzyskać i w latach 1792–1803 w Paryżu co czwarte małżeństwo kończyło się rozwodem.


3 września – Konstytuanta uchwala konstytucję
Francja jest teraz monarchią konstytucyjną z podziałem władzy na ustawodawczą (Zgromadzenie Prawodawcze), wykonawczą (król) i sądowniczą. Urzędnicy i sędziowie mają pochodzić z wyboru. Prawo wyborcze, niezgodnie z Deklaracją praw człowieka i obywatela, mają tylko mężczyźni w wieku powyżej 25 lat, dysponujący określonymi dochodami. Król zachowuje władzę zwierzchnią nad armią, ma prowadzić politykę zagraniczną, powoływać i odwoływać ministrów, ma także prawo weta w stosunku do uchwał Zgromadzenia Prawodawczego i jest nietykalny. Konstytucja nie dotyczy kolonii – Murzyni, Indianie, Azjaci pozostają niewolnikami.


1792
20 kwietnia – Francja wypowiada wojnę Austrii
Zgromadzenie Prawodawcze liczyło 745 członków i dzieliło się na wiele ugrupowań. Dwa główne to jakobini (nazwa wzięła się od klasztoru Świętego Jakuba, gdzie mieli siedzibę) i żyrondyści (kilku czołowych działaczy pochodziło z departamentu Gironde). Żyrondyści rwali się do wojny, po której w całej Europie miały zatriumfować idee rewolucyjne, narody zaś zostać wyzwolone spod władzy królów. Popierali ich deputowani, którzy pragnęli hegemonii Francji i rozszerzenia jej granic, a także ci, którzy chcieli się dobrać do skóry francuskim emigrantom, duża część arystokracji uciekła bowiem za granicę już na początku rewolucji.
Francja zażądała od Austrii wyjaśnień dotyczących jej rzekomych przygotowań wojennych, a kiedy ta ich nie udzieliła, wypowiedziała jej wojnę. Nikt się nie spodziewał, że to początek niemal ćwierćwiecza wojen, które Francja będzie prowadziła aż do swej klęski pod Waterloo (1815). Skorzystają na nich niedawno wyzwolone spod brytyjskiego panowania Stany Zjednoczone, które będą ważnym dostawcą dla walczących z sobą państw.


11 lipca – „Ojczyzna w niebezpieczeństwie!”
Wojna miała być krótka i zwycięska, tymczasem klęska goni klęskę. Armia niosąca na bagnetach idee rewolucyjne za Ren i Alpy nie ma bojowego doświadczenia, żołnierze nie słuchają dowódców, bo im nie ufają, całe oddziały przechodzą na stronę wroga lub pierzchają z pola walki. Gdy na początku lipca do wojny przyłączają się Prusy i pruska armia, uważana za najlepszą w Europie, wkracza do Szampanii, w Paryżu wybucha panika. Zgromadzenie Prawodawcze ogłasza apel: „Ojczyzna w niebezpieczeństwie!”, a następnego dnia decyduje o zaciągu 50 tysięcy rekrutów. Tymczasem wsie i miasta, głuche na patriotyczne zawołania, zaczynają się powoływać na wcześniejsze ofiary dla ojczyzny i mówią: „Dość. Uprawa ziemi i obsługa warsztatów są ważniejsze niż wojna”. Nie wiadomo, czym by się to skończyło, gdyby nie manifest wydany 25 lipca przez dowódcę połączonych wojsk prusko-austriackich z kwatery nad francuską granicą. Książę Karol Wilhelm wezwał w nim Francuzów, by „ukorzyli się przed królem”, zapewnili mu nietykalność i szacunek, „które według prawa przyrodzonego i międzynarodowego są obowiązkiem poddanych wobec panujących”. Jeśli zaś zadadzą mu „najmniejszy gwałt i najmniejszą zniewagę”, armia pruska zburzy Paryż. Tego było trzeba, by wzbudzić patriotyczny zapał. Do stolicy z całej Francji ciągną ochotnicy. 31 lipca przybywa 500 marsylczyków, pijanych winem i entuzjazmem, śpiewających nową, porywającą pieśń zaczynającą się od słów: „Naprzód, ojczyzny dzieci, bo nadszedł dzień chwały”. Jest to Marsz Armii Renu, którego słowa i muzykę napisał przed trzema miesiącami kapitan Claude Joseph Rouget de Lisle, od tej chwili jednak wszyscy nazywają go Marsylianką. Za trzy lata, w szóstą rocznicę ataku na Bastylię, zostanie ogłoszony hymnem Francji.


10 sierpnia – atak na pałac królewski i wymordowanie Gwardii Szwajcarskiej
Paryż pęka w szwach. Ochotnicy nie mieszczą się w koszarach, piją, wszczynają burdy. Wszyscy są uzbrojeni, tym bowiem, którzy przybyli bez broni, miasto rozdaje piki. Marsylczycy „w biały dzień zmasakrowali wielu mieszczan i członków Gwardii Narodowej. Lud, nie dość, że im w tym nie przeszkadzał, to jeszcze przyłączył się do nich, Zgromadzenie zaś przeszło nad tymi bezeceństwami do porządku dziennego” – relacjonuje naoczny świadek. Jakobini podgrzewają nastroje, głośno wołają o zdradzie i żądają detronizacji króla. Zgromadzenie Prawodawcze, w którym przewagę mają zwolennicy monarchii konstytucyjnej, ociąga się z decyzją. Na przedmieściach wre, czerwona flaga powiewa nad ratuszem, w którym obradują najbardziej radykalni członkowie miejskich władz zwanych Komuną, grożący wojną domową. 10 sierpnia tuż po północy uderzają w dzwon, wzywając do broni, i wkrótce zbiera się wielotysięczny tłum zbrojny w piki, bagnety, kosy, widły, siekiery. Georges Danton, członek Komuny, woła, by poszli do Tuileries, zabili tam wszystkich, zwłaszcza Szwajcarów, króla zaś z rodziną wzięli jako zakładników. Tymczasem zaalarmowany król nie potrafi podjąć decyzji: bronić się czy poddać bez walki. W końcu rodzina królewska eskortowana przez szwajcarskich gwardzistów przebiega ogród i chroni się w siedzibie Zgromadzenia. O dziewiątej rano 100 tysięcy ludzi otacza Tuileries. Najpierw na fasadę pałacu leci grad kamieni, potem napastnicy rąbią siekierami bramę i wpadają na dziedziniec. Na frontowych schodach pałacu widzą cztery oddziały gwardii. Wysocy, przystojni Szwajcarzy w czerwonych mundurach „stoją niczym mur, trwając w żołnierskim milczeniu”. Działa przyprowadzone przez tłum oddają salwę w kierunku schodów. Kilku gwardzistów pada, reszta odpowiada ogniem i napastnicy pierzchają. Ludwik XVI, zawsze chętny do manifestowania humanitaryzmu, słysząc strzelaninę, pisze na bileciku: „Król rozkazuje Szwajcarom natychmiast złożyć broń i wycofać się do koszar”. Ci, do których ten rozkaz dotarł, składają broń, i wtedy atakuje ich tłum. Nielicznym udaje się przedrzeć do siedziby Zgromadzenia. Broniący się w pałacu walczą do ostatniego naboju. Potem zaczyna się rzeź. Szwajcarzy są odzierani z mundurów, patroszeni, kobiety odcinają im genitalia i wciskają trupom do ust, zawiązują sobie na szyi kokardy z jelit. Przez kilka dni w całym mieście trwa polowanie na Szwajcarów. Zginęło ich około dziewięciuset. Zabito też nieustaloną liczbę Francuzów, których wzięto za gwardzistów, bo mieli nieszczęście ubrać się tego dnia na czerwono.


2–5 września – masakry wrześniowe
Ludwik XVI uszedł z życiem, jednak tego samego dnia Komuna zmusza Zgromadzenie Prawodawcze do odebrania mu władzy i osadzenia go wraz z rodziną w Temple, ponurym zamczysku templariuszy przerobionym na więzienie. Strażnikami są członkowie Komuny, śledzący każdy ruch króla i nieszczędzący mu wyszukanych złośliwości. Danton staje na czele rządu tymczasowego, potem doprowadza do rozwiązania Zgromadzenia i ogłoszenia wyborów do nowego ciała ustawodawczego, które zostanie nazwane Konwentem Narodowym. Francja jest krajem nieustających wyborów.
Nasila się psychoza zdrady, gazety wzywają do wytępienia wrogów rewolucji, którzy nawet w więzieniach spiskują, działając na szkodę ojczyzny. Gwardia Narodowa gorliwie patroluje ulice, mnożą się donosy i przeszukiwania domów w pogoni za zdrajcami.
2 września, po pięciu dniach walk z Prusakami, kapituluje graniczna twierdza Verdun i droga do Paryża stoi otworem. Nie trzeba wiele, by uwierzyć, że to dzieło klechów i sprzedajnej arystokracji. W całej Francji tłumy wdzierają się do więzień. W stolicy masakrują około dwóch tysięcy mężczyzn, kobiet i dzieci, na prowincji zaś dziesięć razy tyle. Najbardziej znana jest historia zamordowania księżnej Marii de Lamballe, ochmistrzyni dworu i przyjaciółki królowej Marii Antoniny (kiedyś krążyły plotki o ich lesbijskim związku). Z wieży Temple, gdzie przetrzymywano rodzinę królewską, przeniesiono ją do więzienia La Force przeznaczonego dla prostytutek. Gdy tłum wpadł do więzienia, ktoś uderzył ją kilka razy młotkiem w głowę, a gdy upadła, odarto ją z sukien, odcięto jej głowę, piersi i genitalia, rozpłatano brzuch i wyrwano wnętrzności. Tłum obnosił po mieście te makabryczne trofea zatknięte na piki, w końcu ruszył pod Temple, aby królowa po raz ostatni mogła pocałować przyjaciółkę. Kiedy odcięta głowa pojawiła się w oknie wieży, strażnicy mieli dość przyzwoitości, żeby zamknąć okiennice. Tłum nie rezygnował, ludzie przez całą noc wspinali się po murach, by sięgnąć okien wieży. Rozeszli się dopiero nad ranem.


20 września – losy wojny się odwracają
Po miesiącach klęsk Francuzi ogniem artyleryjskim zmuszają wojska prusko-austriackie do wycofania się spod Valmy w Szampanii. Ta bitwa, przez wielu historyków uznawana za nierozstrzygniętą, jest początkiem wielkiej ofensywy na wszystkich frontach. Francuzi zajmują i przyłączają do Francji ziemie nad górnym i środkowym Renem, a 6 listopada, po bitwie pod Jemappes, hiszpańskie Niderlandy (dzisiejszą Belgię).


22 września – Francja staje się republiką
21 września odbyło się pierwsze posiedzenie Konwentu Narodowego, który przez trzy lata będzie rządził Francją. Przewagę mają w nim żyrondyści, drugim, bardziej radykalnym klubem są jakobini, reszta to chwiejne centrum pogardliwie nazywane bagnem. Pod koniec posiedzenia jeden z posłów zgłasza wniosek o zdetronizowanie króla: „Wszystkie dynastie to żarłoczna rasa żywiąca się ludzkim mięsem”, dwory zaś „to kuźnie zbrodni i wylęgarnie tyranów”. Demagogiczne przemówienie zostaje przyjęte owacją i Konwent jednogłośnie ustanawia zniesienie monarchii. Następnego dnia proklamuje republikę. Wszystko to dzieje się głównie głosami paryżan – z 749 posłów na posiedzeniach było obecnych około 250, reszta deputowanych nie dojechała jeszcze z prowincji.


11 grudnia – zaczyna się proces króla
Przywódca jakobinów Maximilien Robespierre powtarza: „Ludwik musi umrzeć, żeby Francja mogła żyć”, i dowodzi, że sam fakt wystąpienia ludu przeciwko władcy wystarczy do skazania go na śmierć bez sądu, większość Konwentu opowiada się jednak za procesem. Szkopuł w tym, że zgodnie z konstytucją król jest nietykalny. Nie na darmo jednak w Konwencie zasiada tylu prawników – interpretacja prawa, choćby kuriozalna, jest ich zawodem. Ogłaszają, że Konwent jest zgromadzeniem reprezentantów narodu, a ponieważ to naród zagwarantował królowi nietykalność, naród, czyli Konwent, może mu ją odebrać. Jakobini nie kryją swych intencji: „Król powinien zostać osądzony jako nieprzyjaciel. Mamy go bowiem nie tyle sądzić, ile zniszczyć”. Jest to typowy proces polityczny: zebrano wyłącznie materiał przeciwko oskarżonemu. Przed Konwentem przewija się procesja wdów, sierot i inwalidów wojennych, obwiniających króla o swoje nieszczęścia, odczytuje się listy i petycje, w których król, do tej pory oskarżany o słabość i niezdecydowanie, jest przedstawiany jako „tygrys”, „ogr”, „bestia”, „koronowany krokodyl”, „nosorożec ziejący żądzą krwi”. Oskarżyciel odczytuje listę jedenastu głównych zarzutów, w tym tak absurdalnych, jak wywołanie wojny z Austrią (król pod przymusem wyraził zgodę na wojnę, o której zdecydowało Zgromadzenie) oraz posługiwanie się przyznanym mu w konstytucji prawem weta.


1793
16 stycznia – do Paryża w tajnej misji przybywa Tadeusz Kościuszko
Polska przy wsparciu Francji chce wywołać powstanie, by odzyskać ziemie stracone po pierwszym rozbiorze (1772).
Kościuszko ma przekonać francuski rząd, by dostarczył uzbrojenie dla 100 tysięcy żołnierzy, dał 30 milionów złotych i nakłonił Turcję do ataku na Rosję. W zamian Polska obiecuje przeprowadzić reformy w duchu rewolucji, przede wszystkim znieść monarchię i uwolnić chłopów od poddaństwa, oraz wypowiedzieć wojnę zaborcom. Kościuszko prowadzi rozmowy z generałami i członkami Konwentu, kiedy jednak do wojny z Francją przystępują Anglia i Hiszpania, a potem wybucha wojna domowa w Wandei, Bretanii i Prowansji, nikt już nie myśli o Polsce i w kwietniu Kościuszko wyjeżdża z niczym.


17 stycznia – skazanie Ludwika XVI na śmierć
Widownia w Konwencie pęka w szwach. Pierwsze głosowanie 16 stycznia przynosi 366 głosów za bezwarunkowym wyrokiem śmierci, reszta Konwentu opowiada się za wyrokiem w zawieszeniu lub więzieniem. Każdy głosujący musi głośno powiedzieć, za czym głosuje i dlaczego. Jakobini oburzają się na tak słaby wynik (wymagana absolutna większość to 361 głosów), publiczność obrzuca wyzwiskami niezdecydowanych. Część deputowanych chce drugiego głosowania. Następnego dnia 360 członków Konwentu głosuje przeciwko karze śmierci dla króla, a 361 – za karą śmierci. Jeden z obrońców króla wybucha płaczem. Robespierre, patrząc na niego, mówi: „Wybaczam obrońcom Ludwika rozważania, na jakie sobie tu pozwolili”. Litość szybko jednak się ulatnia: niedługo wszystkich trzech obrońców będzie ścigać Komitet Bezpieczeństwa Powszechnego i tylko jednemu uda się ukryć, drugi trafi do więzienia, trzeci – na gilotynę.


21 stycznia – Ludwik XVI zgilotynowany
20 stycznia Rada Egzekucyjna odczytuje królowi wyrok śmierci za „konspirację przeciwko wolności narodu”. Urzędnicy zezwalają mu na dwugodzinne spotkanie z rodziną. Następnego dnia rano król wychodzi z wieży Temple przez te same drzwi, przez które kiedyś szedł na stos wielki mistrz templariuszy Jakub de Molay. (Wieżę zburzy Napoleon w obawie, by nie stała się miejscem pielgrzymek rojalistów). Trasę przejazdu katowskiego wózka oraz plac Rewolucji (obecnie Place de la Concorde), gdzie stoi gilotyna, gęsto obstawiono Gwardią Narodową i żandarmami. Około 10 rano Ludwik XVI wchodzi na szafot. Władczym gestem ucisza doboszy i woła: „Umieram niewinny tych wszystkich zbrodni, o które mnie oskarżono! Wybaczam sprawcom mej śmierci i proszę Boga, by krew, którą przelejecie, nie spadła nigdy na Francję. A ty, nieszczęsny ludu…”. W tej chwili dowódca straży ruchem szabli daje rozkaz doboszom i łoskot werbli zagłusza słowa króla. Pomocnicy kata chwytają go i przywiązują do deski gilotyny. Opada nóż. Po egzekucji kat wysoko unosi głowę króla, pokazując ją zebranym tłumom. Niektórzy moczą chustki w królewskiej krwi, ktoś skrapia nią tłum ze słowami: „Bracia, grożono nam, że krew Ludwika Kapeta spadnie na nasze głowy, no to niech spada”, inni radośnie wołają: „Niech żyje Naród!”. Po straceniu króla kilka francuskich miast przywdziało żałobę, a w Europie radykalnie zmieniły się nastroje – rewolucja przestała cieszyć się sympatią ludzi, monarchowie zaś grozili wojną.


24 lutego – Konwent nakazuje nowy zaciąg rekrutów
Wielka Brytania, Austria, Prusy, Hiszpania i Holandia zawiązują koalicję przeciwko Francji, która dokonała królobójstwa. Tymczasem żyrondyści nadal wierzą w zwycięstwo nad całą Europą i Konwent nakazuje zaciąg 300 tysięcy rekrutów. Powoływano wszystkich kawalerów oraz bezdzietnych wdowców od 18 do 40 roku życia. W wielu regionach powoduje to zamieszki, niedługo zaś stanie się jednym z powodów wojny domowej.
Na froncie znowu źle się dzieje. Konwent ma proste środki zaradcze: zwalnia ze służby wszystkich oficerów pochodzenia szlacheckiego, a tych dowódców, którzy ponieśli klęskę, wzywa do Paryża na przesłuchanie. Większość kończy na szafocie. Nie poprawia to sytuacji: Austriacy wkraczają do Alzacji, Hiszpanie przekraczają Pireneje, Włosi nacierają od strony Alp, Marsylia i Tulon poddają się Anglikom. Francja przypomina oblężoną twierdzę. Z armii rewolucyjnej płyną raporty: „Brakuje nam nie ludzi, lecz broni”. Brakowało zresztą wszystkiego – mundurów, butów, chleba, mięsa. „Armia jest prawie goła, a pogoda robi się fatalna. Żołnierze z braku butów owijają sobie nogi sianem”.


10 marca – Konwent powołuje Trybunał Rewolucyjny
„Bądźmy okrutni, żeby lud nie musiał być okrutny!” – woła Danton. „Śmierć wrogom ludu!” – odpowiadają deputowani i uchwalają dekret o powołaniu Trybunału Rewolucyjnego, który ma sądzić osoby podejrzane o zdradę i działania antyrewolucyjne. „Wrogami ludu są ci, którzy usiłują zniszczyć wolność przemocą lub podstępem. Uważani za wrogów są również ci, którzy usiłują wywołać upadek ducha, aby wspierać przedsięwzięcia tyranów złączonych przeciw Republice, albo szerzą fałszywe wieści, by wywołać zamieszanie i podziały wśród ludu”. To koniec zagwarantowanej w konstytucji wolności słowa. Trybunał wydaje tylko dwa rodzaje wyroków: skazuje na karę śmierci albo uniewinnia. Wyroki nie podlegają apelacji, a egzekucje wykonuje się w ciągu kilku dni. 21 marca Trybunał zaczynają wspomagać komisje bezpieczeństwa, których zadaniem jest nadzorowanie podejrzanych osób, na przykład cudzoziemców. Na prowincję ruszają tropić zdrajców wszechwładni prokonsulowie – to na nich będzie się wzorował Lenin, tworząc stanowisko komisarza politycznego.


11 marca – wybucha wojna domowa
Wojna domowa zaczyna się od powstania ludowego w Wandei, na północnym zachodzie Francji. Wandejscy chłopi przyjęli rewolucję z nadzieją, tymczasem nowa władza likwiduje istniejące od zawsze parafie, przysyła nikomu nieznanych księży i urzędników, a gdy wystawia na sprzedaż ziemie należące do Kościoła, chłopi przegrywają licytacje z bogatszą od nich burżuazją. W końcu uznają, że rewolucja jest sprawą bezbożnych burżujów wyzyskiwaczy. Na domiar złego w lutym, tuż przed rozpoczęciem prac w polu, rząd ogłasza pobór do wojska. W wielu miejscowościach rekruci żądają zwolnienia od służby, a gdy werbownicy grożą im bronią, przeganiają ich siłą. W wandejskich wsiach biją dzwony, wzywając do powstania. Rebelianci tworzą Wielką Armię Katolicką i Królewską. Republika wysyła przeciw niej 75 tysięcy żołnierzy, mimo to Wandejczycy walczą aż do zimy. Zostaną zmasakrowani 13 grudnia w bitwie pod Le Mans i dobici w Savenay, w błotach nad Loarą. Odtąd w Wandei pozostanie tylko partyzantka. Generał François Westermann, zwany rzeźnikiem Wandei, meldował rządowi: „Wandea już nie istnieje. Zgodnie z waszymi rozkazami miażdżyłem dzieci kopytami koni i masakrowałem kobiety, by nie mogły już rodzić bandytów. Nie mam na sumieniu wzięcia ani jednego jeńca. Drogi są zasłane trupami. Jest ich tyle, że w wielu miejscach tworzą piramidy”.
W lutym 1794 Wandejczycy zostają nazwani „zbrodniarzami bliższymi zwierzętom niż ludziom” i rząd wydaje rozkaz ich eksterminacji. Do pacyfikacji Wandei wysyła 12 kolumn, które szybko zyskują miano kolumn piekielnych, z rozkazem zabicia wszystkich mieszkańców złapanych z bronią w ręku lub podejrzanych o sprzyjanie kontrrewolucji. Mordowano Wandejczyków bez względu na wiek i płeć, wyrzynano bydło, palono miasta, wsie i lasy. Oblicza się, że zginęło wtedy ponad 100 tysięcy ludzi.


6 kwietnia – Konwent powołuje Komitet Ocalenia Publicznego
Jakobini krok po kroku zdobywają przewagę w Konwencie, opanowując mnożące się jak grzyby po deszczu komisje specjalne i trybunały. Oskarżają żyrondystów, że nie są patriotami, bo nie chcieli śmierci króla, że to oni parli do wojny, która teraz niszczy Francję. W końcu doprowadzają do powołania Komitetu Ocalenia Publicznego złożonego wyłącznie z jakobinów, z Dantonem na czele. To faktyczny rząd, a zarazem początek kolektywnej dyktatury jakobinów, która się przerodzi w osobistą dyktaturę Robespierre’a. Narzędziem władzy jest policja polityczna – Komitet Bezpieczeństwa Powszechnego.


2 czerwca – aresztowanie żyrondystów
Żyrondyści cieszyli się popularnością w miesiącach sukcesów wojennych, lecz kiedy przyszły klęski, stracili ją, szczególnie gdy żyrondysta generał Dumouriez przeszedł na stronę Austriaków. Od początku kwietnia jakobini postulowali usunięcie żyrondystów z Konwentu. Deputowani nie godzili się na to, nawet gdy w nocy z 30 na 31 maja w Paryżu zaczęły się inspirowane przez Komunę rozruchy, a jednym z żądań było aresztowanie żyrondystów.
2 czerwca wielotysięczny tłum prowadzący 150 armat otacza budynek Konwentu. Deputowani, którzy chcą opuścić salę, nie wykluczywszy żyrondystów, słyszą gromki rozkaz: „Kanonierzy, do dział!”. Tego samego dnia przywódcy żyrondystów zostają umieszczeni w areszcie domowym. Pod koniec października staną przed Trybunałem Rewolucyjnym oskarżeni o brak stanowczych działań wobec zagrożenia republiki i usłyszą wyrok śmierci. To właśnie wtedy pojawia się myśl, że rewolucja na podobieństwo Saturna pożera własne dzieci.
Noc przed egzekucją dwudziestu jeden żyrondystów spędzi razem. Zjedzą wykwitną kolację, potem będą dyskutować o losach ojczyzny. 31 października, w chłodny deszczowy ranek ruszą wozy katowskie. Będą umierali z okrzykiem: „Niech żyje Republika!”. „Niech żyje!” – odkrzykną zgromadzone tłumy.


26 lipca – dekret o spekulacji
Pod karą śmierci nie wolno wykupywać ani ukrywać towarów pierwszej potrzeby. Ich lista jest długa: chleb, mięso, wino, zboże, jarzyny, owoce, mąka, masło, ocet, cydr, wódka, węgiel, łój, drewno, oliwa, soda, mydło, ryby, miód, cukier, papier, płótno, sukno. Kto zadenuncjuje spekulanta, dostaje jedną trzecią odkrytych zapasów, mnożą się więc donosy, rewizje, rekwizycje. Choć w Paryżu za spekulację na gilotynę trafia siedem osób, towarów na rynku nie przybywa i we wrześniu rząd wprowadza niskie jednolite ceny zboża, mydła, soli i tytoniu. Ludzie rzucają się na sklepy i wykupują wszystko. Niektórzy kupcy zamykają sklepy, inne świecą pustkami. W jatkach po urzędowej cenie można kupić tylko ochłapy, łój i kości. Rząd wprowadza więc kartki na chleb, cukier, świece, potem inne artykuły pierwszej potrzeby. Chłopi stosują bierny opór – mimo zagrożenia gilotyną ukrywają plony lub sprzedają je na czarnym rynku. „Wolę karmić kury najlepszą pszenicą i smarować masłem koła mego wozu, niż sprzedawać je po urzędowej cenie” – mówią. Komitet Ocalenia Publicznego był pewien, że rewolucyjna ekonomia sprawi cuda: „Wszystko wszędzie stanieje. To piękna i wielka operacja. Nienasyceni kupcy codziennie podwyższali ceny”. Prawa ekonomii są jednak głuche na patriotyczne zaklęcia. „Dziś nie było już niczego na targowiskach, ani masła, ani jaj. Można by sądzić, że sam diabeł się w to miesza, aby nas dręczyć”.


25 sierpnia – pacyfikacja Marsylii
Wojna domowa toczyła się nie tylko w Wandei, Bretanii i Normandii, wybuchła także na południu. Pierwszy wypowiedział posłuszeństwo Konwentowi Lyon, drugie co do wielkości miasto Francji, potem Tulon i Marsylia. Do Tulonu wpłynęła flota angielska wspomagająca rebeliantów. Dowódcą 12. kompanii baterii nadbrzeżnej w Nicei był w tym czasie kapitan Napoleon Bounaparte, który organizował konwoje amunicji sprowadzanej doliną Rodanu dla armii duszącej bunt.
Marsylczycy oddają miasto bez walki, mimo to armia rewolucyjna pacyfikuje je z nieprawdopodobnym okrucieństwem. Oblężony przez dwa miesiące Lyon kapituluje 10 października. Konwent wydaje rozkaz zrównania miasta z ziemią. Giną tysiące mieszkańców, podobnie jak w Tulonie, który broni się przez trzy i pół miesiąca, zostaje zaś zdobyty dzięki planowi opracowanemu przez nowego dowódcę artylerii w armii rewolucyjnej – Bounapartego. Za to zwycięstwo Konwent mianuje dwudziestoczteroletniego kapitana generałem.


5 września – Konwent przyjmuje zasadę terroru jako nowy sposób rządzenia Francją
Kraj, który walczy z wrogami wewnętrznymi i zewnętrznymi o nowy wspaniały świat, nie ma czasu na dyskusje i przekonywanie przeciwników – musi wymagać jednomyślności pod groźbą śmierci. „Potrzeba krwi, by skonsolidować rewolucję. Jeśli nie przelejemy krwi kontrrewolucjonistów, oni któregoś dnia przeleją naszą” – mówią jakobini. Ich system rządzenia jest oparty na represjach, donosach i strachu. Zapełniają się więzienia, trzeba szukać usprawnień, by szybciej posyłać skazańców na szafot. W paryskim trybunale zbudowano amfiteatralne ławy mieszczące nawet 150 oskarżonych. Komitet Ocalenia Publicznego zakazuje jednak sądzić więcej niż 60 oskarżonych naraz. Pewnego dnia jeden z oskarżonych orientuje się, że jego nazwiska nie ma na liście, którą odczytał prokurator. „Nie zostałem o nic oskarżony, nie ma mnie na liście”. „Nie szkodzi. Podaj nazwisko, zaraz je dopiszę”, mówi prokurator.


17 września – dekret o osobach podejrzanych
„Za osoby podejrzane zostają uznani: (1) ci, którzy swym zachowaniem bądź poprzez swe znajomości albo też poprzez swe opinie wypowiedziane lub napisane dali się poznać jako zwolennicy tyranii i wrogowie wolności; (2) ci, którzy nie zdołają udowodnić zgodnie z dekretem z 21 marca źródeł swego utrzymania bądź wypełniania swych obywatelskich zobowiązań; (3) ci, którym odmówiono certyfikatów lojalności obywatelskiej; (4) urzędnicy zawieszeni w prawach, których im następnie nie przywrócono; (5) dawna szlachta, mężczyźni i kobiety, oraz ojcowie, matki, synowie, córki, bracia, siostry i agenci emigrantów, nieokazujący wystarczającego poparcia dla rewolucji”.


5 października – Konwent wprowadza nowy kalendarz
Początkiem dziejów dla rewolucjonistów nie jest narodzenie Chrystusa, lecz ustanowienie republiki. Lata są więc liczone od 22 września 1792 roku. Rok ma 12 miesięcy po 30 dni. Pozostałe pięć lub sześć dni to dodatkowe święta. Pierwszy miesiąc roku, trwający od 22 września do 21 października, to vendémiaire (winobraniec), potem są brumaire (mglisty), frimaire (mroźny), nivôse (śnieżny), pluviôse (deszczowy), ventôse (wietrzny), germinal (kiełkownik), floréal (kwietny), prairial (łąkownik), messidor (żniwnik), thermidor (gorący), fructidor (owocowy). Miesiące dzielą się nie na tygodnie, lecz na trzy dekady. Reformatorzy nie ukrywają, że chodzi im o pozbycie się niedziel. Dni dekad nie mają nazw, mówi się po prostu dzień pierwszy, drugi, trzeci. Dziesiąty jest dniem świątecznym. 11 nivôse’a XIV roku, czyli 31 grudnia 1805, Napoleon przywróci kalendarz gregoriański – będzie on obowiązywał od 1 stycznia 1806.


12–25 października – profanacja grobów królewskich w katedrze Saint-Denis
Biskup Dionizy (Denis), patron królów Francji, został ścięty na Mons Martyrium, Górze Męczenników (Montmartre), w 258 roku, w czasie prześladowań chrześcijan za cesarza Waleriana. Pochowano go pod miastem. W V wieku nad jego grobem zbudowano kościół, potem powstało tam opactwo Saint-Denis, miejsce pochówku francuskich królów. W skarbcu przechowywano insygnia królewskie – koronę, berło i jabłko, które nowy władca zabierał na koronację do Reims. Po wybuchu rewolucji zakonników wygnano, ołów z dachu katedry i z wybitych witraży odesłano do ludwisarni, w gazetach zaś pisano: „Jak to możliwe, że podczas gdy właśnie usuwamy wszystkie ślady monarchii, plugawe prochy naszych królów spoczywają jeszcze nietknięte w byłym opactwie Saint-Denis?”. Komitet Ocalenia Publicznego decyduje więc, że dla uczczenia rocznicy obalenia króla 10 sierpnia należy „zniszczyć wystawne mauzolea znajdujące się w Saint-Denis”.
Od 6 sierpnia pod okiem grupy komisarzy kamieniarze przez trzy dni rozbijają nagrobki Merowingów, Kapetyngów, Karolingów, Walezjuszów. Szczątki są wrzucane do wykopanego przy katedrze rowu, zalewane wapnem gaszonym i zasypywane ziemią, metalowe trumny trafiają do odlewni. „Maczuga narodu słusznie uderzyła w tyranów nawet w grobach”.
W sierpniu było za mało czasu, by otworzyć wszystkie groby, komisarze wyruszają więc do Saint-Denis, a właściwie Franciade, ponieważ nazwę miasta zmieniono, 12 października. Kamieniarze rozbijają grób Henryka IV, otwierają trumnę i stawiają ją koło chóru, gdzie każdy ciekawski może popatrzeć na prawie nienaruszone ciało z dobrze zachowanymi rudymi włosami i brodą. Ludwik XIII, Ludwik XIV, Ludwik XV, królewskie żony i córki trafiają do dołów z wapnem. Trumny i cenne przedmioty znalezione w grobach jadą do przetopienia. Gapie biorą na pamiątkę kości albo zęby, niedługo rozkwitnie handel królewskimi relikwiami.
W listopadzie do Paryża jedzie sześć wozów rzeczy, które jeszcze ostały się w skarbcu. Jest wśród nich relikwia – głowa świętego Dionizego: „Ta czaszka i te święte łachmany wreszcie przestaną być przedmiotem ludowego kultu”. Kościół planowano zburzyć albo przerobić na halę targową, ciągle jednak brakowało na to środków. „Saint-Denis jest odludziem, trawa rośnie na jego roztrzaskanych ołtarzach. Zamiast pieśni śmierci, która rozbrzmiewała pod jego sklepieniami, słychać tam jedynie krople deszczu wpadające przez odkryty dach” – pisał Chateaubriand.


16 października – egzekucja królowej Marii Antoniny

„Połączyliśmy dwoje dzieci” – powiedział Ludwik XV po ślubie piętnastoletniego delfina z czternastoletnią austriacką arcyksiężniczką Marią Antoniną. Młodą parę otaczał luksus, król spełniał każdą zachciankę synowej, która bez opamiętania rzuciła się w wir rozrywek. Stała się królową mody: „Każda młoda dama natychmiast chciała mieć taki sam strój jak królowa, nosić pióra jak ona, girlandy, którym jej uroda, wówczas w pełni rozkwitu, przydawała nieskończonego czaru”. Słabo wykształcona, niezbyt chyba mądra i na pewno lekkomyślna, nieznająca wartości pieniądza szybko stała się obiektem plotek, potem podejrzeń, pamfletów, w końcu nienawiści. Oskarżano ją o niesłychaną rozrzutność, rozwiązłość, wpływanie na króla w kwestiach politycznych i trzymanie strony Austrii. Ludzie mówili o niej pogardliwie Pani Deficyt i Austriaczka (L’Autrichienne brzmi bowiem jak l’autre chienne – „obca suka”).
Konwent oskarża Marię Antoninę o kolaborację z wrogiem i spisek przeciwko bezpieczeństwu państwa. Królowa doskonale wie, że sprawiedliwość to pozór, że jej los jest przesądzony, i odpowiadając na pytania sędziów, mówi o sobie wyłącznie w czasie przeszłym: „Nazywałam się Maria Antonina Lotaryńska”. Proces kończy się około czwartej nad ranem wyrokiem śmierci, a już o jedenastej królowa w białej sukni i zwyczajnym czepku wsiada do katowskiego wózka. Na ulicach są tłumy. Wszyscy niecierpliwie czekają na śmierć znienawidzonej Austriaczki, która uosabia całe zło i zepsucie monarchii. Mimo że ręce ma skrępowane na plecach, sama wysiada z wózka i wchodzi na szafot. „Ach, przepraszam pana” – mówi odruchowo do kata, któremu niechcący nastąpiła na nogę. Gdy jej głowa spada do kosza, wiwatom i okrzykom na cześć republiki nie ma końca. Tego samego dnia wieczorem, a może dzień lub dwa później, tego nigdy się nie dowiemy, grabarz, który z nakazu Konwentu ma pochować ciało królowej, znajduje na cmentarzu de la Madeleine jej obnażone zwłoki z głową wciśniętą między nogi. Krańcowe pohańbienie cesarskiej córki, żony Ludwika XVI, która powiedziała o sobie: „Błędy tak, ale żadnej zbrodni”.


7 listopada – prymas składa swój urząd

Przed Konwentem staje prymas Francji Jean-Baptiste Göbel, ksiądz konstytucyjny, i składa uroczystą rezygnację z urzędu: „Dziś, gdy kończy się okres rewolucji i nadchodzi wolność, nie można celebrować innych nabożeństw jak nabożeństwa wolności i równości”, potem kładzie na pulpicie przewodniczącego swój krzyż biskupi i pierścień. Wiele wskazuje na to, że zadłużył się u jakobinów i w zamian za zwrot weksli, których nie był w stanie wykupić, zgodził się na tę żenującą ceremonię. Po tym akcie proces dechrystianizacji nabiera tempa: zakazano odprawiania nabożeństw poza świątyniami, potem w ogóle ich zabroniono, burzono kościoły lub zamieniano je na magazyny, stajnie, koszary, na świątynie Rozumu albo przynajmniej skracano ich wieże do „demokratycznej wysokości”, zmuszano księży do zawierania cywilnych małżeństw lub adopcji dzieci, zakazano noszenia jakichkolwiek znaków religijnych. W nowym kalendarzu nie było niedziel, a w zastępującym ją dniu dziesiątym mogły się odbywać jedynie świeckie uroczystości. (Trudno uwierzyć, że przez dwa pierwsze lata, do początku 1792, podczas rewolucyjnych świąt odprawiano mszę). Kult katolickich świętych zastąpiono kultem bohaterów rewolucji, takich jak Joseph Bara, kilkunastoletni dobosz, który poszedł na ochotnika walczyć z powstaniem w Wandei. Legenda mówi, że gdy powstańcy chcieli go zmusić, by krzyknął: „Niech żyje król!”, zawołał: „Niech żyje republika!” i został zabity. Wiele ulic i szkół we Francji do dziś nosi jego imię.


1794
5 kwietnia – ścięcie Dantona
Nigdy się nie dowiemy, ile ludzkich istnień pochłonęła rewolucja. „Le Moniteur” z 2 stycznia 1794 pisał o likwidacji powstańców z Nantes: „Jest ich tak wielu, że zaprzestano liczenia. Ponieważ gilotyna pracuje za wolno, a rozstrzelanie trwa za długo i jest marnowaniem kul i prochu, postanowiono umieszczać bandytów na łodziach, i wyciągnąwszy je na środek rzeki pół mili za miastem, tam je zatopić”. Szacuje się, że w okresie terroru jakobinów, od września 1793 do lipca 1794, na gilotynie zginęło 18 tysięcy ludzi. Robespierre uważał, że w polityce wszystko wolno, a każdy, kto myśli inaczej, nie jest przeciwnikiem, lecz wrogiem i trzeba go wyeliminować. Nic więc dziwnego, że kiedy Danton zaczął się domagać złagodzenia rewolucyjnego kursu i zwolnienia 200 tysięcy uwięzionych obywateli, wydał na siebie wyrok. Aresztowano go 31 marca razem z kilkoma najbliższymi współpracownikami. Aby ich skompromitować, sądzono ich razem z dwoma austriackimi bankierami, którzy w zamęcie rewolucji zbijali majątek na ciemnych interesach, z fałszerzem i kilkoma innymi aferzystami. Danton wygłosił najwspanialsze w swoim życiu przemówienie, cóż z tego, skoro wyrok został wydany jeszcze przed procesem.
W ciepłe wiosenne popołudnie skazańcy wsiedli na katowskie wózki. Kiedy mijali dom, w którym za przymkniętymi okiennicami stał Robespierre, Danton zawołał: „Robespierre, pójdziesz za mną!” lub może: „Z gilotyny powstałeś, pod gilotyną padniesz!”. Na szafot, śliski od krwi, wszedł ostatni. „Nie zapomnij pokazać mojej głowy ludowi, warta jest tego” – powiedział do kata.


8 czerwca – święto Istoty Najwyższej
Pustkę, jaka została po religii, którą starano się wyrwać z korzeniami, miała zapełnić nowa religia państwowa ustanowiona z inicjatywy Robespierre’a – wiara w Istotę Najwyższą, Boga nie chrześcijan czy żydów, lecz wszystkich ludzi.
Pośrodku ogrodów Tuileries ustawiono amfiteatr, w którym zasiedli członkowie Konwentu. Robespierre, z bukietem kwiatów, kłosów i owoców w dłoni, wygłasza przemówienie, a potem podpala kukły symbolizujące Ateizm, Niezgodę i Egoizm. Gra muzyka, Robespierre wygłasza drugą mowę, o wrogach Republiki. Obywatelki odziane na biało, obywatele w dębowych i oliwnych wieńcach, dzieci z koszyczkami kwiatów formują procesję i idą na Pola Marsowe. Tu pod drzewem wolności młodzież męska dobywa szpad i składa przysięgę, że będzie bronić ojczyzny, matki podnoszą do góry dzieci, reszta unosi ręce w hołdzie dla Istoty Najwyższej. Pochód wraca do ogrodów, gdzie święto przeradza się w trwającą do rana zabawę.


10 czerwca (22 prairiala) – prawo prairiala
Konwent wydaje dekret pozbawiający postawionych przed Trybunałem Rewolucyjnym możliwości obrony i odwołania się od wyroku. Teraz można aresztować i skazać na śmierć każdego „wroga ludu” bez powołania obrońców i przesłuchania świadków. Nawet deputowani nie są bezpieczni – wolno ich aresztować bez zgody Konwentu. Procesy toczą się błyskawicznie, wózki katowskie niezmordowanie kursują z więzień pod szafot. Na szczęście koniec terroru jakobinów jest bliski: prawo obowiązywało tylko 47 dni, podczas których zgilotynowano 1736 osób. Była wśród nich polska księżna Rozalia Lubomirska oskarżona o spiskowanie z rojalistami.


27 lipca (9 thermidora) – upadek Robespierre’a
Nikt we Francji nie ma powodów do zadowolenia. Kupcom i przemysłowcom narzucono system cen maksymalnych, robotnikom obniżono płace, chłopi są gnębieni nieustannymi rekwizycjami, nad wszystkimi zaś, z członkami Konwentu włącznie, wisi groźba oskarżenia o brak rewolucyjnego zapału, co wiedzie prosto na szafot. „Zdrajcy są wszędzie” – mówi 26 lipca w Konwencie Robespierre i zapowiada, że następnego dnia przedstawi ich listę. Zaczyna się walka na śmierć i życie. 9 thermidora, gdy Robespierre wchodzi na mównicę, wybucha okropna wrzawa: „Nie wysłuchuje się zbrodniarzy!”, „Krew Dantona cię dławi!”, „Precz z tyranem!” i w końcu: „Aresztować Robespierre’a!”. W obronie przywódcy stają czterej jego najbliżsi współpracownicy. Konwent jednak działa szybko: deputowani błyskawicznie głosują i wzywają żandarmów, by aresztowali pięciu oskarżonych. Tymczasem na wieść o aresztowaniu Robespierre’a Komuna wzywa paryżan do ataku na Konwent, z pomocą Gwardii Narodowej uwalnia więźniów i przewozi ich do ratusza. Deputowanych ogarnia przerażenie. Tłum otaczający budynek nie jest jednak agresywny, Konwent przegłosowuje więc wyjęcie spod prawa przywódców Komuny oraz pięciu oskarżonych jakobinów, potem wysyła żandarmów do ratusza. Około drugiej w nocy wchodzą do gmachu. Nie wiadomo, co się tam działo. Podobno czterej jakobini próbowali popełnić samobójstwo. Robespierre (ale może któryś z żandarmów) strzela, kula roztrzaskuje mu dolną szczękę i rozrywa policzek – nieludzkie cierpienia skraca dopiero nóż gilotyny. Jego brat Augustin wyskakuje przez okno, łamie nogę i żebra, Georges Couthon zadaje sobie cios sztyletem, ale ciągle żyje, Joseph Lebas pada martwy, tylko Antoine Saint-Just nie próbuje się zabić. Po południu czterej jakobini i trup piątego wśród urągających im najgorszymi wyrazami tłumów jadą na szafot.
Robespierre’a wnoszą nań jako ostatniego z tej grupy. Kat brutalnie zrywa mu z twarzy bandaże. Krzyk rannego słychać na całym placu Rewolucji. Kiedy kat podnosi do góry odciętą głowę Robespierre’a, rozlega się burza oklasków, ludzie padają sobie w ramiona, krzycząc: „Tyran nie żyje! Francja ocalona!”. Ciała 22 straconych – ścięto bowiem także kilkunastu członków Komuny – jadą na cmentarz koło rogatki Monceau. Grabarze odzierają je z ubrań, wrzucają do zbiorowego grobu, przysypują niegaszonym wapnem i ziemią.
Tego dnia i przez kilka następnych domy i powozy są udekorowane trójkolorowymi kokardami, sztandarami, kwiatami, ludzie zaś powtarzają sobie inskrypcję, która powinna się znaleźć na nagrobku Robespierre’a: „Przechodniu, kimkolwiek jesteś, nie opłakuj mego losu! Gdybym żył, ty byłbyś w grobie”.


16 grudnia – egzekucja Jeana-Baptiste Carriera
Skończyły się rządy Komuny, zamknięto na jakiś czas klub jakobinów. Konwent, który nadal rządzi, choć w wielkim stopniu ponosi odpowiedzialność za masowy terror i zbrodnie, szczególnie w Wandei, szuka sposobu, aby się oczyścić. W końcu znajduje kozła ofiarnego – Jeana-Baptiste’a Carriera, przewodniczącego Komitetu Rewolucyjnego w Nantes, organizatora mordów, w których w niezwykle okrutny sposób zginęło około siedmiu tysięcy mężczyzn, kobiet i dzieci. Zaczyna się nagonka prasowa, Carrier zaś broni się źle – kpi z sądzących go deputowanych, mówi o odpowiedzialności innych za zbrodnie: „Każdy tu jest winny, kończąc na dzwonku przewodniczącego. Wszyscy zostaniecie uwikłani i doczekacie się nieuniknionej banicji”. Mówi też, że to Konwent wydawał mu rozkazy i ma na to dowody. Nie przedstawia ich jednak. Sprawa jest zresztą z góry przesądzona, wyrok dawno już zapadł i Carrier kończy na gilotynie.

Zima 1794/1795 jest niezwykle mroźna. Ceny żywności nieustannie rosną, Konwent wprowadza kartki na chleb, pieniądz traci jakąkolwiek wartość, kwitnie za to handel wymienny i czarny rynek. Francja nadal jest republiką, rewolucyjny zapał powoli jednak wygasa. Ludzie tęsknią za spokojem, chcą korzystać z życia. Radykalnie zmienia się moda – kobiety zaczynają nosić lekkie suknie w stylu greckim, odsłaniające szyję, ramiona i dekolt. Modne stają się krótkie włosy, takie jakie często miały kobiety wychodzące z więzienia – fryzura à la victime (na ofiarę). „Radość i śmiech, które terror usiłował wygnać, wróciły do Paryża” – donoszą gazety.

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

Język polski. Cz. 6 (i na razie ostatnia): Cud-dzieweczki u prząśniczki i młodzieniec z wiciną

Dzieciom w szkole też się czasem wydaje, że pani zapomniała o zadaniu domowym. Panie nigdy nie zapominają. A zatem, co to jest prząśniczka? I z czym poszedł młodzieniec do Królewca?

U prząśniczki siedzą jak anioł dzieweczki,
przędą sobie, przędą jedwabne niteczki.
Kręć się, kręć, wrzeciono,
wić się tobie, wić!
Ta pamięta lepiej,
czyja dłuższa nić.

Poszedł do Królewca młodzieniec z wiciną,
łzami się zalewał, żegnając z dziewczyną.
Kręć się, kręć, wrzeciono,
wić się tobie, wić!
Ta pamięta lepiej,
czyja dłuższa nić.

Gdy w podstawówce śpiewałam w chórze tę piosenkę, oczami wyobraźni widziałam starą prząśniczkę, która zaprosiła do swojego domu dzieweczki piękne jak anioł. Siedziały u niej i uczyły się prząść. Nad wiciną wcale się nie zastanawiałam, wydawało mi się chyba, że to jakaś inna nazwa witki, którą płaczliwy młodzieniec zerwał po drodze, idąc nie wiadomo po co do Królewca. (U Reymonta pojawia się wicina w znaczeniu „zarośla wierzbowe”: „Przez dolinki, przez moczary zarosłe żółtymi, poschłymi wicinami wiły się pasy strumieni”).

Mój obraz kobiet prząśniczek umacniał pociąg „Prząśniczka”, nazywający się podobnie jak „Górnik”. Dopiero później zrozumiałam, co znaczy fraza „u prząśniczki”.

Kobieta zajmująca się przędzeniem to oczywiście prządka, prząśniczka zaś to zdrobnienie od słowa prząśnica (całkiem regularne, takie jak miedniczka czy maselniczka). W słowniku języka polskiego można przeczytać, że prząśnica to „część kołowrotka w postaci wąskiej deseczki, do której przywiązuje się przędziwo”. Każda prządka o anielskiej urodzie siedzi więc u swego kołowrotka, pewnie u okna, bo tam najjaśniej. A u drzwi stoi może młodzieniec, który już niedługo wyprawi się z wiciną do Królewca.

Dziwna sprawa – choć w liceum szczegółowo analizowaliśmy język Pana Tadeusza, nie zwróciłam uwagi na wiciny w księdze II: „W Polszcze, w domu porządnym, z dawnego zwyczaju, / Jest do robienia kawy osobna niewiasta, / Nazywa się kawiarka; ta sprowadza z miasta / Lub z wicin bierze ziarna w najlepszym gatunku / I zna tajne sposoby gotowania trunku”, ani na objaśnienie Mickiewicza: „Wiciny są to wielkie statki na Niemnie, którymi Litwini prowadzą handel z Prusami, spławiając zboża i biorąc w zamian za nie towary kolonialne”.

Wicina mogła podobno przewozić ponad dwieście ton towarów. Takimi statkami-tratwami o niewielkim zanurzeniu (zaledwie dwa łokcie) spławiano do morskich portów zboże, len i konopie, miód, wosk, futra zwierząt, z powrotem zaś wieziono, holując tratwy na linach, sól, śledzie, kawę, herbatę i korzenie z zamorskich krain. Pamiętacie piękną scenę w filmie Nad Niemnem, gdy na rzece pojawiają się tratwy? To oryle (flisacy) płyną wicinami.

Takich pięknych widoków jak w Nad Niemnem życzę wszystkim w te wakacje.

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

Fragment „Willi Pod Jodłami” w zakładce Poczytaj

Można już przeczytać fragment Willi Pod Jodłami w zakładce Poczytaj.

Zapraszam!

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

Wesołych Świąt!

Zdrowia, zdrowia i jeszcze raz zdrowia, wiosennej radości życia i miłości

(

(Rysunek mojej córki Kasi)

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

Rozmowa w Radiu Pogoda w piątek o 22

Pani Anna Stachowska z Radia Pogoda zaprosiła mnie do swojej audycji.

Jutro, 2 kwietnia, od 22.00 do 23.00 będziemy rozmawiać o „Willi Pod Jodłami”, o pisaniu i pewnie o wielu innych sprawach.

Zapraszam do słuchania!

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

Nowa książka – „Willa Pod Jodłami”

Wcześniejszy powrót z delegacji i widok męża/żony w łóżku z kochanką/kochankiem. Banalna historia, temat setek dowcipów. Banalna, czy jednak przez to mniej bolesna?

Jaga wraca wcześniej, niż planowała, z wyjazdu integracyjnego i zastaje swego ukochanego z inną. Odwraca się na pięcie, wsiada do auta i jedzie do Zagórza, do domu Pod Jodłami, który niedawno kupiła. Czuje się tak, jakby była sama na świecie. W rozpaczy dzwoni do siostry, z którą przed rokiem śmiertelnie się pokłóciła. Mela jest na wakacjach w Chorwacji, mimo wszystko bez namysłu wraca do Krakowa. Jaga, która żałuje tego telefonu od chwili, gdy się rozłączyła, znowu ją odtrąca.

Niełatwo być siostrą. Niełatwo zaufać, gdy zostało się zdradzonym. Niełatwo zaaklimatyzować się w nowym miejscu, gdy nie bardzo lubi się wieś, wścibscy sąsiedzi denerwują, tęskni się za Krakowem.

Jaga i Mela – menedżer i chirurg – to nowoczesne, realizujące się w pracy kobiety. Jednocześnie rozważne i romantyczne. Dobrze radzące sobie w życiu, gotowe jednak zrobić w nim miejsce dla tego jedynego mężczyzny, którego pokochają.

Wydawnictwo Filia wybrało na okładkę taki fragment:
„Lipy rosnące przy ścieżce już przekwitły, tylko jedna, tuż przy jeziorze, była spóźniona. Jaga stanęła pod nią, uniosła głowę, zamknęła oczy, syciła się brzęczeniem pszczół, zapachem.
Na drewnianym pomoście i na brzegu nie było żywej duszy. Jaga zdjęła sukienkę i zanim weszła do wody, spojrzała na jezioro. Odbijało się w nim letnie niebo. Jeśli sprzeda dom, straci ten widok. Nie będzie porannego pływania ani kawy z widokiem na rzekę, ani fortepianu, ani wanny na tarasie”.

„Willa Pod Jodłami” to pierwsza część nowego cyklu. Tom drugi, „Trzeba marzyć”, jest planowany jeszcze w tym roku.

Zaszufladkowano do kategorii Blog | 11 komentarzy

Zdrowia!

Zdrowia, zdrowia i jeszcze raz zdrowia,
wypatrywania pierwszej gwiazdki w miłym sercu towarzystwie,
śmiechu przy stole i wspólnego kolędowania.

Pięknych Świąt!

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz