Ładne kwiatki!

Wieczorem nie zasłoniłam okien, bo gwiazdy tak pięknie świeciły, i rano obudziło mnie słońce. Otworzyłam oczy i zobaczyłam wirujące białe płatki. „Śnieg! Ładne kwiatki!” Od razu pomyślałam o moich kwiatkach, o krakowskich wiosennych kwietnych trawnikach, takich jak te w Rynku Podgórskim, o mojej jabłoni, która lada dzień zakwitnie, o pączkach na bzie.
Dopiero po chwili zrozumiałam, że to białe za oknami to płatki wiśni.
Wiosna! Kochajmy się!

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

Dzień Czekolady

Kolumbowi podobno nie smakowała. Dopiero gdy hiszpańscy mnisi do pikantnej i gorzkiej indiańskiej zupy z utłuczonych na proch ziaren kakaowca zaczęli dodawać cukier, cynamon i wanilię, zapanowała moda na gorącą czekoladę. Podawano ją wszędzie. Damy pokrzepiały się filiżanką aromatycznego napoju nawet podczas nabożeństw.

Dobrej jakości gorzka czekolada korzystnie wpływa na pracę mózgu i układu krążenia (obniża ciśnienie, poprawia elastyczność naczyń krwionośnych i płynność krwi), normuje poziom cholesterolu, chroni przed nowotworem piersi. I oczywiście polepsza nastrój, nawet łagodzi ból. Każdy wędrowiec wie, jak doskonale dodaje energii podczas marszu, a włoscy naukowcy odkryli, że filiżanka czekolady lub kakao lepiej niż kawa pomaga się zregenerować po zarwanej nocy.

Podobno naukowcy dowiedli również, że jedzenie czekolady działa na człowieka silniej niż całowanie się z ukochaną osobą (szczerze mówiąc, nie bardzo w to wierzę). Zakochane pary podłączano do aparatów rejestrujących rytm serca i zachowania mózgu, następnie polecano im się całować. W drugim etapie te same pary jadły czekoladę. Okazało się, że podczas tego drugiego etapu ich organizmy reagowały mocniej. (Może po prostu całowanie się pod okiem monitorów jest mało przyjemne).

Ziarno kakaowca kiedyś było walutą, dziś wielkość spożycia czekolady jest jednym z ekonomicznych wskaźników zamożności. Jak podaje „Gazeta Wyborcza”, w 2016 roku statystyczny Polak zjadł 6,3 kg czekolady i wyrobów czekoladowych, o 30% więcej niż w 2011 roku. Bogacimy się!
W Europie najwięcej czekolady jedzą Brytyjczycy (8,4 kg na osobę), Szwajcarzy i Niemcy.

Światowy Dzień Czekolady był wczoraj. Ci, którzy go przegapili, mogą się pocieszyć, że niedługo będzie następny, bo obchodzi się go także 7 lipca (w rocznicę przywiezienia ziaren kakaowca do Europy), 28 lipca (Dzień Czekolady Mlecznej), 22 września (Dzień Czekolady Białej), 28 października (amerykański Dzień Czekolady) i 10 stycznia (Dzień Czekolady Gorzkiej).

Niektórzy dietetycy twierdzą, że szpinak, zboża i czekolada pomagają dożyć w zdrowiu stu lat. Cóż, będę żyła krócej, bo nie przepadam za czekoladą. Wczorajsze święto uczciłam dwoma godzinami spędzonymi przy japońskiej herbacie z kawałkiem ciasta (bez czekolady, za to z płatkami chabrów). Urocze towarzystwo, do tego widok na Wawel, Skałkę i kwitnące japońskie wiśnie to lepsze niż najlepsza czekolada.

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

Wesołego Alleluja!

 

Już na niebie błysnął dzionek
I zabrzmiały dzwony z wieży,
Słońce wstaje, do kościółka
Lud pobożny tłumnie bieży.

I pieśń jedna wielka wzlata
Przed tron Boga, jak łza czysta,
Chrystus Pan dziś nam zmartwychwstał,
Więc mu chwała wiekuista.

Alleluja! alleluja!
Nucim pieśń wesela, Panie,
Daj po smutku, po żałości
I Twym ludom zmartwychwstanie!

Wesołych Świąt!

Tekst pochodzi ze zbioru Niech żyje! Zbiór toastów i przemówień do wygłaszania podczas zebrań towarzyskich, jubileuszów, wieczornic, obiadów, zaręczyn, wesel, chrzcin, imienin itp. uroczystości domowych z uwzględnieniem Wilii Bożego Narodzenia, Kolędy, Wielkanocy itd., zestawił Józef Chociszewski, Bytom 1900 (https://polona.pl/item/niech-zyje-zbior-toastow-i-przemowien-do-wyglaszania-podczas-zebran-towarzyskich,ODEwNzI2/3/#info:metadata)
Przedwojenne kartki świąteczne – ze strony polona.pl

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

Znam, ale nie używam

 

Słowa są podobne do ludzi: rodzą się, rozwijają, umierają. Czasem diametralnie zmieniają się w ciągu życia i nawet te zrodzone w rynsztoku wstępują na salony, a tylko wytrawni znawcy genealogii znają ich niechlubną przeszłość. Parafrazując Terentianusa Maurusa: habent sua fata verba – i słowa mają swój los.

„Kobieta”, słowo, bez którego trudno sobie wyobrazić komunikację, w powszechnym użyciu jest dopiero od 150 lat. Jak pisze Andrzej Bańkowski w Etymologicznym słowniku języka polskiego, tego obelżywego słowa „w znaczeniu poczciwym” odważył się użyć dopiero Naruszewicz. Wcześniej kobieta była wyłącznie „nikczemna, plugawa, szpetna, wszeteczna” i trudno się dziwić, bo wyraz ten – jak przypuszczają językoznawcy – był staropolskim germanizmem i znaczył dosłownie „koza z chlewa”. Niemieccy toruńscy mieszczanie nazywali tak pogardliwie dziewki służebne.

Równie fatalne pochodzenie ma „kiep” i „kiepski”. „Kiep kpa anat. ‘cunnus’ (zewnętrzne znamię płci żeńskiej: szczelina między fałdami skórnymi) (…) częściej przen. ‘osoba płci żeńskiej’ i ‘osoba płci męskiej zachowująca się nie po męsku, nierozumnie, niehonorowo’ XVI–XVII. Później tylko w wyrażeniach mieć (kogoś) za kpa, wystrychnąć (kogoś) na kpa” (Bańkowski). Współczesne potoczne „kiepski” (tak, tak, to słowo należy do języka potocznego, nie literackiego) jeszcze w XIX wieku znaczyło „nikczemny, podły” (u Mickiewicza: „zrobić nie zdoła dobrych chłopów z kiepskich ludzi”). Nie lubię tego słowa, na szczęście łatwo je zastąpić, mamy przecież takie słowa, jak: marny, lichy, słaby, nędzny, zły.

W ogóle nie lubię wulgaryzmów i dlatego ich nie używam. Być może na budowie nie da się inaczej rozmawiać. Nie wiem, nigdy nie pracowałam na budowie. Wiem jednak z doświadczenia, że gdy grają emocje, brzydkie słowo może się wymknąć. Nigdy nie zapomnę kłótni z mężem, podczas której wrzasnęłam: „Mam to w dupie!”. Minutę później drzwi do kuchni się otworzyły i wbiegła nasza córka (wtedy już studentka), wołając ze zgrozą: „Mamo, ty znasz takie słowa?!”. Znam, ale nie używam (prawie nigdy).

Zrobiło mi się przykro, gdy we wczorajszej „Gazecie Wyborczej” przeczytałam tytuł: „Ch.., dupa i kamieni kupa”. Prawicowa prasa podsumowuje sukces dyplomacji Morawieckiego. Kto jak kto, ale „Gazeta” powinna wiedzieć, że oba te określenia części ciała są równie wulgarne.

W październikowych „Książkach” jest – jak zwykle – dobry artykuł Mariusza Szczygła, tym razem o odmianie dziennikarstwa zwanej gonzo, którą uprawiał Hunter S. Thompson, a u nas pisze w tym stylu Ziemowit Szczerek. Oto próbka (Szczerek): „Polska leje z Radomia (…). Polska wbiła sobie do swojego głupiego łba, że jest od Radomia w jakikolwiek sposób lepsza. O k…., to dopiero jest beka. Ej, Polska. Nie jesteś. Jesteś dokładnie tak samo ch..owa”. Oczywiście w oryginale nie ma wykropkowań.

Thompson w wywiadzie dla „Playboya” opowiedział o genezie gonzo, dziennikarstwa bez zahamowań: „To był jeden z tych strasznych zawalonych deadline’ów. A ja już kompletnie nie miałem czasu. Byłem zdesperowany. (…) Zacząłem w końcu wyszarpywać kartki z mojego notatnika, numerować je i wysyłać do drukarni. Byłem pewien, że to był ostatni artykuł, jaki napisałem dla kogokolwiek. Potem, gdy tekst się ukazał, było mnóstwo listów, telefonów, gratulacji, ludzie nazwali to wielkim przełomem w dziennikarstwie. Pomyślałem: Rany boskie, jeśli mogę pisać w taki sposób, to dlaczego miałbym nadal próbować pisać jak »New York Times«?”.

Nie muszę czytać opisów narkotyczno-alkoholowych dziennikarskich i pisarskich podróży (próbowałam, ale naprawdę szkoda czasu), nie muszę czytać Szczerka, Grzegorzewskiej czy Wojny polsko-ruskiej. (Kto przeczytał tę książkę do końca, ręka do góry!) I przyklaskuję gryzącej ironii Mariusza Szczygła, gdy pisze, że „język Szczerka to język postinteligencki. Inteligent, aby wyrazić inteligentne treści, świadomie porzuca inteligencką formę”. Pewnie, po co się wysilać i pisać jak „New York Times”.

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

Adampol/Polonezköy

 

Brzmi to jak bajka, ale jest to prawda: daleko, daleko od ojczyzny, gdzieś na zalesionych anatolijskich wzgórzach, kryje się polska wieś.
Karel Drož

„Adampol, obecnie Polonezköy [tur., ‘polska wieś’], wieś w Turcji na północny wschód od Stambułu; liczy ok. 80 osób. W 1842 M. Czajkowski, z akceptacją ks. A.J. Czartoryskiego, założył tu osadę dla Polaków; do 1883 Adampol był własnością księży lazarystów, 1883–1968 rodziny Czartoryskich; 1968 mieszkańcy uzyskali ziemię na własność; wieś nadal zachowuje polski charakter; letnisko dla mieszkańców Stambułu” (Encyklopedia PWN).

Na początku podstawówki przeczytałam Złote korony księcia Dardanów Eugeniusza Paukszty (I wyd. 1967) – historię piętnastoletniego Julka z Ostródy, który na skutek splotu nieszczęść (śmierć matki, ciężka choroba ojca) trafia na jakiś czas do rodziny w Turcji, przeżywa tam mnóstwo przygód, m.in. bierze udział w wyprawie archeologicznej i jest świadkiem odkrycia starożytnego grobowca książąt Dardanów. Powieść zrobiła na mnie tak wielkie wrażenie, że zapragnęłam zostać archeologiem i hodowałam to marzenie jeszcze w liceum. Dowiedziałam się też z niej o istnieniu w Turcji polskiej wsi – Adampola.

Adampol „położony na skłonie szerokiej doliny, przecięty głębokim jarem, pełen intensywnej zieleni. Nad nią strzelała wieża kościółka, a potem rozrzucone wokoło wyłaniały się domy. (…) Niewielkie, pobielane, z ganeczkami u frontu, skryte w krzewach, pośród kwitnących drzew owocowych”.
„Pochodzę z Adampola, tam myśmy żyli wszystkim, co polskie. Może często przesadnie, może fanatycznie, ale to chyba jest usprawiedliwione w tej sytuacji. Żona pochodzi z innego środowiska, ze starej emigracji w Grecji. Już w domu jej ojca nie zawsze się mówiło po polsku… Widzisz, dla mnie najważniejsza jest sprawa dzieci. Po to przecież co roku jeździmy do Adampola, żeby się nałykały innego powietrza. Powietrza, gdzie szanuje się i kocha polskość. Dziwna wieś, dziwni w niej ludzie, może i trochę nie z dzisiejszego, goniącego zwariowanym tempem świata. (…) dla nas tu Polska bardziej jest rzeczą wyobraźni niż realnym konkretem” – zwierza się Julkowi dużo od niego starszy kuzyn ze Stambułu.
„Widzisz, te tereny należały kiedyś do francuskich lazarystów, takiego jakby zakonu. I od nich to kupił w 1842 roku ponad pięćset hektarów książę Adam Czartoryski. A właściwie zakupu dokonywał w imieniu księcia generał Władysław Zamoyski, którego sprawa interesowała tym bardziej, że zamyślał o losie swoich własnych dragonów niedaleko stojących. I już w tym samym roku zaczęli tu ściągać pierwsi osadnicy. Żołnierze, nie było wśród tych pierwszych ani jednego cywila. Przyjechało trochę dragonów Zamoyskiego, zjawili się tak zwani kozacy otomańscy Sadyka Paszy Czajkowskiego, gdzie większość stanowili Polacy, przybrnęli również żołnierze Mickiewiczowskiego legionu. Osiedlali się tu, często z rozpaczy, nie wiedząc, co dalej począć ze sobą, skoro do ojczyzny nie było po co wracać, jeżeli nad wszystko ceniło się wolność. Życie tutaj nie zapowiadało się łatwo, na tym skrawku między Bosforem a Morzem Czarnym, które wcale nie jest tak łagodne ani tak zawsze ciepłe, jak to nieraz się sądzi. Wiele to razy mgły zimne od niego ciągnące warzą nam wszystko w ogrodach i sadach. (…) Pustkowie tu było, bandy różne ciągnęły tędy, długi czas pierwsi osadnicy sypiali niemalże z bronią. Wszystko wyrastało od nowa. Nowe budowało się domy, nowy kościółek, nowe sadziło się drzewa. (…) Dzisiaj żyje tu jeszcze piąte z najstarszych, a tak szóste i siódme pokolenie. Osamotnione, jakże daleko od ojczystego kraju, zakopane w azjatyckiej Turcji. I spójrz, nie zapomnieliśmy języka ani obyczajów, nie ma takich, którzy by nie znali polskiego. (…) W roku 1934 Atatürk odwiedził nasz Adampol. Był tu prawie przez cały dzień. (…) Bardzo mu u nas się podobało, nie skłamię, jeśli powiem, że zachwyciła go nasza wieś. Oświadczył wtedy, że Turcy w całym kraju powinni z nas, Polaków, brać przykład. Zapowiedział także, żeby nikt nie wprowadzał tu żadnych zmian, żeby zachowany został na zawsze status tej wsi. (…) Mieliśmy sporą samodzielność, własne prawa. Do własnego cmentarza, wiary, kościoła, księdza, języka, zwyczajów, do swojego typu gospodarowania. Pamiętamy to Atatürkowi, stąd te portrety w naszych domach… (…) Kawałek Polski zagubiony w Azji…” – opowiada Julkowi mieszkająca w Adampolu ciocia Zosia.

Niedawno dostałam piękny prezent – książkę-album Polonezköy. Orzeł Biały pod niebem Półksiężyca z Gwiazdą, którą napisał Akgün Akova, na polski przetłumaczyła Grażyna Zając, wydało zaś tureckie Ministerstwo Kultury i Turystyki. Gdy tylko wzięłam ją do ręki, od razu mi się przypomniały Złote korony księcia Dardanów. Na fotografiach zobaczyłam to, co Paukszta opisywał: domy, w których portret Atatürka wisi obok portretów Piłsudskiego i Mickiewicza, czereśniowe sady („Adampol słynie z okresu czereśniowego. Letnicy przyjeżdżają do nas ze Stambułu na ten czas. Inaczej byśmy nie wyżyli, z samej ziemi”), polski cmentarz („A tu, na lewo, nasz cmentarz. Same polskie napisy. Ta kolumna jakby strzaskana przez pół, widzisz ją? To grób Ludwiki Śniadeckiej. Wiesz, tej, w której się tak kochał Słowacki. Była żoną Sadyka Paszy Czajkowskiego, generała w służbie tureckiej. Mój pradziadek, jeden z założycieli naszej wioski, też był w wojskach Sadyka Paszy… Kolumna złamana dlatego, że ona złamała wiarę, przeszła na mahometanizm”).

Akgün Akova pisze o tym, jak po rozbiorach Polacy wcieleni do rosyjskiego wojska zostali wysłani na Kaukaz, na wojnę przeciwko Czerkiesom. Wielu poległo, a ci, którzy dostali się do niewoli, byli sprzedawani jako niewolnicy. Przybyły potajemnie na polecenie księcia Adama Czartoryskiego do Stambułu Michał Czajkowski wykupował z pomocą księży lazarystów polskich żołnierzy wystawionych na sprzedaż na stambulskim targu. To właśnie oni byli pierwszymi mieszkańcami Adampola. Potem dołączyli do nich żołnierze z rozwiązanego po wojnie krymskiej polskiego oddziału kozaków sułtańskich.
Ziemię, na której założono Adampol, Adam Czartoryski wydzierżawił od zakonu lazarystów. Jego syn Władysław Czartoryski wykupił ją, zapewniając wsi niezależność. W 1968 roku rodzina Czartoryskich przekazała mieszkańcom Adampola akty własności ziemi. „Dzisiaj Polonezköy od dawna ma już za sobą nostalgiczny świat wiejskich gospodarstw i hodowli zwierząt, a mieszkańcy utrzymują się z gości zapełniających pensjonaty, restauracje i kawiarniane ogródki”.

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

4 i 5 tom „Różan”

 

Tak, wiem, że trudno kupić pierwsze wydanie 4 i 5 tomu Różan. Nakład jest wyczerpany i ani Wydawnictwo Otwarte, ani Wydawnictwo JAK, które je wydały, nie planują wznowienia.
Teraz jednak w Wydawnictwie JAK i w Bonito można kupić osobno drugi wolumin Różan, który zawiera 3, 4 i 5 tom, czyli Tylko dzięki miłości, Bądź przy mnie i Na zawsze Różany.
Ponieważ ostatnie własne egzemplarze już rozdałam, tym, którzy szukają 4 i 5 tomu i piszą w tej sprawie do mnie, mogę tylko radzić wejście na stronę Wydawnictwa JAK http://ksiegarnia.wydawnictwojak.pl/ albo Bonito i kupienie trzech tomów w jednym woluminie. Link do księgarni JAK-a umieściłam w zakładce Linki.
Bonusem jest nie tylko cena, niższa niż przy zakupie trzech osobnych tomów, lecz także większy format, który umożliwił powiększenie zreprodukowanych w Tylko dzięki miłości wycinków z przedwojennych gazet. Teraz da się je swobodnie czytać, a artykuły o zorzy polarnej, która pojawiła się nad Krakowem w 1938 roku, o koronacji króla Jerzego VI, o ślubie księcia Edwarda z panią Simpson czy o maciorze, która zaatakowała żonę grabarza, są fascynujące.

 

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

Do siego roku!

 

„Dowodzili niektórzy, że to iest dawne wyrażenie Słowiańskie: »Do sieho«, lecz więcéy upowszechnioną jest tradycja że w Krakowie była Dosia zacna białogłowa, miłosierna, pracowita, nieszkodząca nikomu a chętnie w miarę swéy możności, dopomagaiąca poczciwym bliźnim. Bóg też iéy błogosławił, bo doczekała późnego wieku, gdyż żyła więcéy niż sto lat (…). Zgasła w wigilią Bożego narodzenia. Lament i płacz po niéy trwał długo; a kto komu dobrze życzy więc rzecze: »Życzę ci Dosiego roku«. To iest żyy tak długo i tak szczęśliwie, iak poczciwa nasza Dosia” (Kazimierz Władysław Wójcicki, Przysłowia narodowe, t. 1, Warszawa 1830, s. 200. Przy okazji polecam tę pozycję – smakowite wyjaśnienia takich przysłów i powiedzeń, jak: ani w Paryżu z owsianej kaszy nie urobią ryżu, będziesz bit jako święty Wit, czerwony jak toruńska cegła, diabeł wenecki, hulaj dusza bez kontusza, już mu i sandomierski doktor nie pomoże; http://www.dbc.wroc.pl/publication/6250).

Słownik wyrazów kłopotliwych Mirosława Bańki i Marii Krajewskiej brutalnie pozbawia nas złudzeń: historia o Dosi jest przywołana w haśle „etymologia ludowa” jako przykład naiwnego i nienaukowego wyjaśnienia etymologii, opartego na skojarzeniach z innymi wyrazami.

Tajemnicze „siego” to dopełniacz dawnego zaimka „si” – „ten”. Mamy jego ślady w takich związkach frazeologicznych, jak „ni to, ni sio”, „tak czy siak”, „ni taki, ni siaki”, oraz w słowach „dziś” (dzień si – dzień ten) i gwarowym „latoś” (w tym roku).
Jak mówi dr Artur Czesak (ciekawa rozmowa na https://blog.dobryslownik.pl/do-siego-roku/), sprawa jest jednak bardziej tajemnicza niż proste słownikowe wyjaśnienie. Wyrażenie „do siego roku” może być skrótem ruskiego „od sieho do wsieho roku”, czyli od tego roku, który jest, do każdego innego, do końca życia.

Tak czy siak, „od siego do siego, daj nam, Boże, doczekać takiego albo lepszego”.

Szczęśliwego nowego roku!

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

Wesołych Świąt!

 

 

Pokoju, wiary, nadziei, miłości.
I żeby ludzie mówili ludzkim głosem nie tylko w Wigilię.
Wesołych Świąt!

 

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

Do czego potrzebny jest redaktor?

 

Do czego właściwie potrzebny jest redaktor? Mickiewicz i Słowacki nieśli swoje utwory prosto do drukarni, nikt im się nie wtrącał i nie kazał zmieniać tego czy tamtego.
Nie każdy jednak jest Słowackim.
Nie każdy ma zaprzyjaźnione grono, któremu może przeczytać swój utwór, potem wysłuchać pochwał i krytyki, no i poczynić zmiany w tekście.
Redaktor po prostu jest niezbędny.
Dawno temu, gdy w wydawnictwie, w którym pracowałam, zaczęto wprowadzać komputery, dyrektor techniczny mówiący o tym na zebraniu rzucił niby żartem, że redaktorki i korektorki (załoga była sfeminizowana) właściwie mogą już iść do domu i nie wracać. Z szumem i przytupem przygotowano pierwszą książkę w formie elektronicznej. Dyrektor techniczny postarał się przy tym, żeby udział redakcji był jak najmniejszy. Maszyna zrobiła ostatnią korektę, tekst wysłano do drukarni, a gdy przyszły czystodruki do czytania do erraty (kiedyś był i taki etap pracy), okazało się, że jeden z bohaterów powiesił się na szczurze.
Odetchnęłam z ulgą – bardzo chciałam nadal pracować w wydawnictwie, a wtedy zrozumiałam, że dopóki komputer nie nauczy się analizować kontekstów, ja, człowiek, będę niezbędna.
Redakcje doskonaliły systemy komputerowe i na przykład w pewnej gazecie automatyczny korektor śledził w tle pisany tekst, podpowiadając zmiany. Kiedyś moja koleżanka pisała artykuł o domowych świątecznych alkoholach. Gdy doszła do ajerkoniaku i wystukała na klawiaturze: „Weź osiem żółtek”, maszyna pisnęła i na ekranie pojawiła się podpowiedź: „Żółtek – określenie pogardliwe, lepiej: człowiek rasy żółtej”.
Komputery to wspaniałe urządzenia. Błogosławię je, gdy robię indeks do jakiejś książki i gdy sobie przypomnę czasy przepisywania na maszynie. Gdyby nie internet, nie miałabym na wyciągnięcie ręki (a właściwie kliknięcie) katalogu Biblioteki Jagiellońskiej czy Kongresu Stanów Zjednoczonych, mnóstwa przeróżnych słowników i encyklopedii. Jednak pewnych rzeczy za nas nie zrobią.
Redaktorzy i korektorzy, choć nie są nieomylni, nadal są niezbędni.
Przypomniałam sobie o tym, gdy w mojej ulubionej (papierowej) gazecie przeczytałam artykuł „Maryja miała fajny biust”. Autorka pisze, jak trudno jest rozmawiać z młodzieżą o Niepokalanym Poczęciu Matki Boskiej i że ten dogmat odziera Maryję z seksualności i kobiecości. Co ma Niepokalane Poczęcie, czyli poczęcie się Maryi bez grzechu pierworodnego, do seksualności? Nic. Chodzi oczywiście o dogmat o Dziewiczym Poczęciu Jezusa.
Brakło dobrej korekty.
Dlaczego dalej autorka porównuje średniowieczne przestawienia Maryi karmiącej tryskającym z piersi mlekiem dusze czyśćcowe z przeciągającą się lubieżnie półnagą „Madonną” Muncha i ta pierwsza wydaje się jej szokująca, druga zaś – „grzecznym obrazkiem”, tak jakby fizjologiczna czynność karmienia piersią była wstydliwa, a erotyzm był jak najbardziej na miejscu?
Brakło życzliwej podpowiedzi redaktora, że nie wystarczy chwytliwy tytuł i kilka obliczonych na wzbudzenie kontrowersji tez, przydaje się też chwila refleksji.
Dlaczego w internetowym wydaniu mojej ulubionej gazety tak często są literówki, nawet błędy ortograficzne, a wystawa Wyspiańskiego jest anonsowana autoportretem, którego na wystawie nie ma, bo wisi sobie spokojnie w Muzeum Narodowym w Warszawie?
Dlaczego belfer Stuhr, w serialu ponoć doskonały polonista, nie odmienia imienia Iwo (no, Iwo, Iwona, niestety, jak Hugo, Hugona, Bruno, Brunona) i propaguje mniej staranną formę?
Bo redaktora przy tym nie było.

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

Kraków miastem Wyspiańskiego

 


Chcę, żeby w letni dzień,
w upalny letni dzień
przede mną zżęto żytni łan,
dzwoniących sierpów słyszeć szmer
i świerszczów szept, i szum,
i żeby w oczach mych
koszono kąkol w snopie zbóż (Wyzwolenie).

Wczoraj cały dzień padał śnieg, dziś wszystko jest białe i błyszczy w słońcu, dzieci w ogródku sąsiadów lepią bałwana, a ja myślę o kwietnych łąkach urządzonych na trawnikach w Krakowie na cześć Wyspiańskiego, które jeszcze niedawno fotografowałam. „Mnogość kwiatów jakby deszcz drogich kamieni” – pisał Wyspiański o łące do Karola Maszkowskiego.

 

„Kwiaty w przykopach, tak piękne i ładne, biedne – nie będą nigdy widziane, ani nie ustroją główki żadnego dziewczęcia – nikt ich nie zerwie – zmarnieją i zginą zapomniane a tak są wdzięczne, tak się pięknie grupują, tak kołyszą łagodnie, tak ponętnie przeginają róże koron kolorowych – ; – ileż takiej przydrożnej poezji ginie zapomnianej, pominiętej a tak pięknej jak te kwiaty” – pisał Wyspiański do Lucjana Rydla. A w innym liście do niego: „Malwy, dziewanny co to za cudne rośliny. Jakie to strzeliste kształtów pędy – jakie to żywe, rozmowne kwiaty. Najbujniejsze tych kwiatów krzaki powyrywałem z łąk i skał pod Bielanami i snop cały przyniosłem do siebie, że mi ustawiony na stole sięga warkoczami do pułapu i ocienia wszystko wokół. Jak ja lubię wśród tych kwiatów siedzieć”. Adolf Nowaczyński zaś tak wspominał pracownię Wyspiańskiego na Poselskiej: „Tam około niego unosiła się całkiem inna atmosfera, jakby klasztorku, cela Fra Angelica czy Poverella z Asyżu, kwiatki, ptaszki, praca, upojenia, ale czysto duchowe – egzaltacje artystyczne. Trzeba się było wkupiać znów w łaski sporym »naręczem« kwiatów. Gdy się bowiem wchodziło np. z malwami, nagietkami, z »pantofelkami Matki Boskiej«, z kiściami serduszek różowych – twarz surowa za pukanie intruza rozpromieniała się cudownie”.

 

 

 

 

 

 

 

Gdy w kościele Franciszkanów patrzę na namalowane na ścianach i jaśniejące w witrażach róże, nasturcje, bratki, słoneczniki, rumianki, chabry, maki, kąkole, dziewanny, niezapominajki, jaskry, lilie, dzwonki, głogi i ciernie, czuję bijącą od nich moc. Przestają być dekoracją, pulsuje w nich życie. Róże niemal pachną, nasturcje płoną, ciernie kolą do krwi. Za każdym razem jest tak samo, a jednocześnie „coraz inaczéj”.

 

 

 

 

 

 

 

W 1902 roku Wyspiański dostał posadę na Wydziale Sztuki Dekoracyjnej i Kościelnej krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych i podczas inauguracji roku akademickiego powiedział: „Obejmuję Katedrę Sztuki Dekoracyjnej, bo tak to określono i nazwano w Wiedniu, skąd otrzymałem nominację, lecz pojęcia takiego, jak sztuka dekoracyjna, w rzeczywistości nie ma, gdyż musiałaby być w takim razie sztuka niedekoracyjna lub mniej dekoracyjna; to są pojęcia nieistotne i niewłaściwe” (za: Wojciech Jastrzębowski 1884–1963). Słowo „dekoracja”, dziś podszyte ironią, miało więc dla niego zupełnie inne znaczenie. „Tymczasem zajęty jestem komponowaniem dekoracji kościoła Franciszkanów, (…) – dwie główne kompozycje do Franciszkanów ci wymienię – a te są: – ogród zupełnej szczęśliwości, gdzie jest lubo, tak miło, tak spokojnie jak nigdy na ziemi być nie może i nie było… las zwątpienia, walki, trudów, przeciwieństw, przeszkód, gdzie pobyt jest straszny, przerażający” – pisał do Lucjana Rydla. I w innym liście do Rydla: „Proszę Cię w jakim też stylu są malwy lub trzewiczki M. boskiej. – Jakżeż mnie to cieszy że nie potrzebuję sobie żadnej fatygi zadawać – potrzebuję tylko wziąć do ręki roślinę, obejrzeć, rozpatrzeć i zrozumieć jak rośnie, i już mam jej styl i patrząc coraz inaczej coraz lepiej mogę ją układać”. I do Karola Maszkowskiego: „[ludziom, którym] wystarcza (…) ogłada powierzchowna i co chcą wiedzieć o wszystkim po trochu i robią notatki i wyciągi bóg wie z czego − − to wszystko nic nie warte − natura, natura − − natura − wszystkiego cię nauczy. − Jak się kwiat z pączka rozwija, czyś widział piękniejszy ornament – ja nie”.

 

 

 

 

 

 

 

„Ileż to razy byłem rozkochany w kwiecie przez litość i tylko przez litość kochałem nieraz raz gdzieś dojrzaną dziewczynę. Czyż to wystarcza do życia. – zostawcie wy mnie moje ułudne kwietne kochanki i przez jedną chwilkę dojrzane a wiecznie żyjące w pamięci mej istoty bo temu uczuciu litości nie zrówna żadne inne uczucie, bo w nim jest smutku i żałości najwięcej a piękna tyle, że jakby wonią jest do owych kwiatów podobne” – pisał Wyspiański do Karola Maszkowskiego. A do Rydla: „w moich rękach (…) drżał biały kwiat rumianku, o drobniutkich listeczkach misternych zielonych, tak cudownych (…) patrzał ku mnie żałośnie białą buzią – litośnie…”.
Tajemnica natury i jej prawa, którym podlega tak samo rumianek i człowiek.
„Bo piękno ma to do siebie, że się go pragnie coraz to więcej i nigdy go dosyć i nigdy dosyć jasne, dosyć wyraziste, dosyć bliskie, bo zawsze musi coś przy zerwaniu kwiatu opaść pyłu wonnego, barw pyłu, i blasków i czaru, i kwiatek zerwany gdy się ma w ręku czuje się smutek jego martwoty i czuje się radość posiadania cząsteczki ogromnego żywego tworu, która zawsze drzewem pozostanie naturalnem” – to znów fragment listu do Rydla.

Gdy patrzymy na malowane żywioły, np. cykl Turnera, widzimy ogień, morze, chmury. U Wyspiańskiego żywioł ognia to maki i żółte lilie, żywioł wody – niebieskie kosaćce i lilie wodne. W roślinach jest cały świat, radość życia („będziesz widział jak będziesz szczęśliwy patrząc na naturę, na pejzaż, na otoczenie – to jest rozkosz” – pisał do Maszkowskiego), tajemnica bytu („powiadał mi o tem jeden kwiat (…) był taki piękny. – Czy ty też wierzysz kwiatom?” – do Rydla).

Doczekaliśmy się wreszcie dużej wystawy Wyspiańskiego. Ponad czterysta eksponatów, wszystkie ze zbiorów Muzeum Narodowego w Krakowie, dlatego nie ma na przykład fantastycznego autoportretu – Portretu szafirowego – czy Chochołów, ale i tak jest co oglądać. Gdy się pomyśli, że Wyspiański żył tylko 38 lat!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz