Sezon ogórkowy, czyli uwielbiam czerwcowe zmierzchy i już nie lubię Shloma Bara

 

Ani się obejrzałam, minął czerwiec. Tylko w dzieciństwie miesiące i pory roku trwają i trwają, jakby nigdy nie miały się skończyć.
Dni nadal są długie, zmierzchy piękne, maciejka pachnie, tylko że to już lipiec. Przekwitły lipy i jaśminy, truskawki coraz drobniejsze i bardziej opalone, pyszne. Lato.

zmierzch1zmierzch2zmierzch3zmierzch4zmierzch5zmierzch6
Lato w mieście jest piękne, powtarzam sobie, bo nie mogę iść piaszczystą ścieżką wśród sosen, wiedząc, że zaraz stanę na wysokim brzegu i zobaczę morze. Pracuję, smażę truskawkowe dżemy, kiszę ogórki.

sezon ogorkowy
I jeszcze chodzę na koncerty. Niedawno skończył się Festiwal Kultury Żydowskiej. Nie mam zwyczaju narzekać, jednak coś złego się z nim dzieje. W zeszłym roku rozczarowałam się występem Shury Lipovsky, jednej z moich ulubionych żydowskich piosenkarek. Śpiewała wyłącznie swoje kompozycje, monotonne i nudne jak flaki z olejem.
W tym roku czekałam na Franka Londona i Shloma Bara. London grał świetnie (choć spóźnił się na klubowy koncert 40 minut). Jego trąbka brzmi równie pięknie w utworach jazzowych, jak w muzyce klezmerskiej.

Frank LondonFrank London2
Shlomo Bar to całkiem inna historia. No właśnie historia.
Dawno, dawno temu usłyszałam o nim od mojej siostry. Była na jego koncercie, potem osobiście go poznała, przywiozła sobie z Izraela jego płyty i w kółko ich słuchała. Podobały mi się, owszem, jednak w duchu myślałam, że przesadza z zachwytami. Wszystko się zmieniło, gdy sama poszłam na jego koncert. To oczywiste, że inaczej się słucha żywej muzyki, jednak w jego wypadku pomiędzy płytą a koncertem była przepaść. Wschodnia uroda, biały strój, bose stopy, łańcuszki z dzwoneczkami na kostkach i ten głos z wibrującym „r” i „h” i z arabskim zaśpiewem. Ekstatyczny rytm bębnów i niezwykle emocjonalny sposób śpiewania malowały przed oczami wydeptane przez wielbłądy ścieżki wiodące na pustynię i pasiaste namioty Beduinów. Można było niemal poczuć na twarzy powiew chamsinu. Uświadomić sobie, że Izrael to lewantyński kraj.
W tym roku Shlomo Bar śpiewał w synagodze Tempel, a potem w piwnicy Alchemii. Ciasno tam i duszno, piwnica jest wyjątkowo klaustrofobiczna, czegóż jednak się nie robi, by posłuchać pięknego męskiego głosu.

Alchemia
Pierwszym sukcesem było to, że koncert zaczął się z zaledwie dziesięciominutowym opóźnieniem, to znaczy tuż po północy. Shai Tsabari i członkowie jego zespołu porwali publiczność egzotycznymi brzmieniami – muzyką mizrahi (czyli dosłownie „wschodnią”), tradycyjnymi żydowskimi melodiami i pieśniami Żydów z Jemenu, przeplatanymi bluesowymi wstawkami.

Shai Tsabari
Ja jednak czekałam na Shloma Bara. W końcu się doczekałam. Wszedł na scenę o 1.30, zaśpiewał jedną piosenkę – bez dawnego żaru – wyszedł i więcej się nie pojawił. Może nawet lepiej, bo to już inny Shlomo Bar.

Shlomo Bar
Festiwal Kultury Żydowskiej to także kantorzy i mój ulubiony Benzion Miller. Śpiewa tak, jak powinien śpiewać sługa Boży – jak ptak, niemal od niechcenia. Jest w tym śpiewie moc, swoboda, pewność siebie, naturalny liryzm, czasem komizm, ale także smutek i wschodnioeuropejska melancholia.

Benzion Miller
Pejsy, jarmułki, chałaty, charakterystyczna gestykulacja pozwalają sobie wyobrazić, jak Kraków wyglądał sto lat temu. W 1914 roku, tuż przed Wielką Wojną, na Kazimierzu mieszkało 30 tysięcy ludzi (Kraków miał wtedy 183 tysiące mieszkańców). Kazimierz był biedną dzielnicą małych sklepików, handlu ulicznego, brudnych dzieci bawiących się na ulicy i zaniedbanych Żydówek w brzydkich perukach.
Dziś jest jedną wielką imprezownią. Współczuję mieszkańcom, bo okna ani w nocy, ani w dzień otworzyć się nie da. Sama przez rok mieszkałam na Kazimierzu i z ulgą się przeprowadziłam.
Kiedy jednak słuchałam Benziona Millera, gdy śpiewał na Ciemnej i na schodach synagogi Izaaka, byłam pewna, że i domy, i duchy dawnych mieszkańców też go słuchają i napawają się jego śpiewem.

Opublikowano Blog | Skomentuj

Sen dnia letniego – dom i ogród Józefa Mehoffera

 

01_Mehoffer, Dziwny ogrod

Lato. Rozświetlony słońcem ogród. Kwiatowe girlandy. Obfitość owoców jak w ogrodzie Edenu.
Ukochana żona i pierworodny syn.
Radość życia.

Nagi chłopczyk niesie w rączkach dwie malwy. Jego matka, w szafirowej sukni i kapeluszu, uśmiecha się i jak biblijna Ewa wyciąga rękę do oblepionych jabłkami gałęzi. Z tyłu idzie młoda piastunka w błyszczącym bielą fartuchu.
A nad ogrodem leci wielka złota ważka.
Czym ona jest? Elementem czysto dekoracyjnym? Nawiązaniem do Mehofferowskich witraży? Symbolem pokus lub zakazanych pragnień erotycznych? A może symbolem słońca, jak w liście do Williama Rittera napisał sam Mehoffer? Historycy sztuki nie są zgodni.
Co symbolizuje ten ogród, tak realistyczny i jednocześnie tak nierealny? Nikt tego nie wie. Może świat i życie równie piękne jak senne marzenie?

Józef Mehoffer namalował Dziwny ogród latem 1902 roku podczas wakacji spędzanych w Sielcach pod Krakowem. Był już wtedy uznanym, wielokrotnie nagradzanym twórcą, szczęśliwym mężem i ojcem.

Dużo później, w 1932 roku, kupił dom w Krakowie, na Krupniczej 26. W tym domu urodził się i mieszkał przez pierwsze cztery lata swego życia Stanisław Wyspiański, rówieśnik Mehoffera i jego szkolny kolega.
Mehoffer sam zaprojektował wnętrza i ogród. Dziś w tym domu jest jego muzeum.

02_Dom Mehoffera03_Dom Mehoffera04_Dom Mehoffera05_Dom Mehoffera06_Dom Mehoffera07_Dom Mehoffera08_Dom Mehoffera
09_Dom Mehoffera
Meble i tkaniny są niezwykłej urody, a urządzenie pokoi w Domu Mehoffera odtworzono na podstawie dawnych opisów, rysunków i obrazów.

10_Dom Mehoffera11_Dom Mehoffera12_Dom Mehoffera

Czerwona parasolka, Portret Celiny Sarowej, Naszyjnik Meduzy, Natura i Sztuka, autoportrety i dziesiątki innych obrazów oraz witraże.

13_Mehoffer, Czerwona parasolka14_Mehoffer, Naszyjnik Meduzy15_Mehoffer, Autoportret16_Dom Mehoffera17_Dom Mehoffera18_Dom Mehoffera19_Dom Mehoffera

A za oknem ogród.

20_Dom Mehoffera21_Dom Mehoffera22_Dom Mehoffera

Pozdrawiam wszystkich, z którymi spędziłam tam upalne sobotnie popołudnie i wieczór :)

W przedziwnym mieszkam ogrodzie,
Gdzie żyją kwiaty i dzieci
I gdzie po słońca zachodzie
Uśmiech nam z oczu świeci.
Leopold Staff, Ogród przedziwny

Opublikowano Blog | Skomentuj

Pamiątka z Krakowa

 

Wczoraj lało cały dzień. Dziś zza chmur nieśmiało wygląda słońce, ale jest tylko 15 stopni. Nic dziwnego – to przecież czas zimnych ogrodników (Pankracego, Serwacego i Bonifacego) i zimnej Zośki.
Prawie co roku o tej porze do Krakowa przyjeżdża moja przyjaciółka z Detroit z grupą studentów z Michigan University. Większość z nich jest po raz pierwszy w Polsce. Wczoraj przywitało ich zimno i deszcz. Dobrze, że przynajmniej w Zakopanem, dokąd się wybierają, nie pada śnieg, tak jak dwa lata temu, bo znów w świat poszłaby plotka, że Polska jest krajem stworzonym dla białych niedźwiedzi :)
Jednym z żelaznych punktów naszego prywatnego programu (oprócz gadania, jedzenia dobrych rzeczy i picia wina) jest wyprawa po pamiątki z Krakowa dla jej przyjaciół i znajomych. Nie jest łatwo kupić coś, co spodoba się w Ameryce, gdzie – jak ogólnie wiadomo – wszystko jest lepsze i większe niż u nas, dlatego zawsze podziwiam jej inwencję, bo znajduje rzeczy niebanalne, ładne, a do tego lekkie (ograniczenia wagowe bagażu w samolocie!).
Co zatem kupić dla znajomych albo rodziny z Ameryki, gdy pamiątki są brzydkie, ale za to drogie?
Dla dziewczynki tańczącej w zespole folklorystycznym – oczywiście strój krakowski.

01.stroj krakowski

Dla człowieka obdarzonego poczuciem humoru – kubek z rysunkiem Andrzeja Mleczki.

02.kubek_Mleczko

Dla ekologa – płócienną torbę na zakupy z krakowskim motywem.

03.torba

Dla lubiącego gotować miłośnika historii – woreczek soli z Wieliczki (będzie wiedział, że kiedyś sól była darem godnym królów).

04.sol_z_Wieliczki2

Dla znajomej przyczepiającej na lodówce karteczki z poleceniami dla całej rodziny – magnesy z krakowskimi różami, ze smokiem albo w kształcie kamieniczek (rodzinie będzie odrobinę przyjemniej czytać rozkazy).

05.magnes_krakowskie_roze06.magnes_Krakow07.magnesy_kamieniczki

Jest także ładna srebrna biżuteria, bursztyn (w końcu kiedyś tu, gdzie jest Kraków, było morze), są koszulki z napisami: „Lajk konik”, „Szyję buty, zabijam smoki”, wełniane chusty, kubki z motywami ludowymi (także podhalańskimi, łowickimi, kaszubskimi) albo z rysunkiem Smoka Wawelskiego.

08.chusty09.kubki10.Smok Mleczki

Są ładne puszki, etui na okulary, pudełka, serwetki, nawet klamerki do bielizny.

11.puszki12.etui13.kubki i pudelka14.serwetki

16.klamerki

A co ja kupiłam? Oczywiście parasol :)

17.parasol lowicki18.parasol kamieniczki

 

Opublikowano Blog | Skomentuj

Śniadanie na trawie

 

Inaczej smakuje śniadanie jedzone w łóżku, inaczej jedzone przy kuchennym stole, inaczej jedzone nad zlewem, a jeszcze inaczej jedzone w parku.
W zeszłym roku w parku Krakowskim można było zjeść śniadanie na trawie.

Targi Sniadaniowe 01Targi Sniadaniowe 02Targi Sniadaniowe 03

Wszystko, co dobre, szybko się kończy, i w tym roku Targi Śniadaniowe przeniesiono do budynku dawnego Dworca Głównego. Miejsce chyba lepsze dla sprzedawców, ale na pewno gorsze dla nas, spragnionych pikników i jedzenia pod gołym niebem.
Dlatego gdy tylko usłyszałam o nowym pomyśle – targu nazwanym nie wiadomo w jakim języku Art & Food Bazar, postanowiłam sprawdzić, czy dorównuje Targom Śniadaniowym.

Art&Food 04Art&Food 05

Lubię Stary Kleparz, szczególnie teraz, gdy stragany są pełne chrupiących sałat, szparagów, botwinki i innych pyszności, jednak jako miejsce do zjedzenia śniadania przegrywa z parkiem w przedbiegach.
Art & Food Bazar zaczyna się o 10 i trwa do 18, więc raczej w porze drugiego śniadania, obiadu i podwieczorku. Są zatem kozie sery, ciasta, kawa, burgery, ale chleba, kanapek, wędlin, sałatek ani herbaty nie uświadczysz.

Art&Food 06Art&Food 07Art&Food 08

Skusiłyśmy się z moją córką na butter chicken, pakorę z cebuli i bretońskie naleśniki z mąki gryczanej z jajkiem, serem i szynką.

Art&Food 09Art&Food 10

Pakora była niezła, butter chicken okropny – dwa kawałeczki gumowatego mięsa w sosie pomidorowym chyba z proszku. Ryż za to był dobrze ugotowany, a zielona pietruszka świeża i pachnąca. Choć nie uważam się za krakowskiego centusia, czułam, że przepłaciłam za jadalną część tego dania (9 zł za kilka łyżek ryżu i garstkę pietruszki).

Art&Food 11Art&Food 12

We Francji byłam dawno temu, ale pamiętam, jak tam smakują naleśniki. No właśnie, smakują. Ten, choć wyglądał ciekawie (wyjąwszy sztuczną szynkę, wyjąwszy dosłownie zresztą, bo Kasia od razu ją wyskubała i wyrzuciła), był mdły. Łagodny ser i jajko sadzone to nie jest porywające połączenie.
Na pocieszenie kupiłyśmy sobie anchois na straganie z przysmakami z Portugalii i lemoniadę.

Art&Food 13Art&Food 14

Potem stanęłyśmy w kolejce do stoiska z rybami i owocami morza. To jedno z dwóch najbardziej obleganych miejsc na targu.

Art&Food 15Art&Food 16

Drugim takim miejscem jest stoisko Marka Kondrata z winami. Kieliszek szampana do śniadania to jest to!

Art&Food 17

Pani, która stała w kolejce przede mną, miała wielką ochotę spróbować wina, którym Marek Kondrat częstował.
„Wie pan, to różowe wygląda bardzo apetycznie”.
„Jest doskonałe. To z Gaskonii jest wytrawne, a to z winnicy spod Szczecina półwytrawne”.
„Tylko że ja przyjechałam samochodem”.
„To trzeba samochód sprzedać i za te pieniądze kupić dużo wina”.

Aha, zapomniałabym, byli także „lokalni artyśći” (jak napisano na plakacie). Kupiłam mojej córce kota w fioletową kratkę. Latem chce adoptować kotkę i poważnie się do tego przygotowuje.

Art&Food 18Art&Food 19

Śniadanie na dworcu czy na placu targowym? Dlaczego znów mamy wybierać mniejsze zło? Bardzo proszę organizatorów Targów Śniadaniowych, by przenieśli je z powrotem do parku i zaprosili na nie Wina Wybrane Marka Kondrata oraz firmy śledziowo-ostrygowe.
Z szampańskim śniadaniem na trawie nic nie może się równać.

Opublikowano Blog | Skomentuj

Ulica Lea

 

Napisałam ostatnio o kinie Mikro, po raz drugi zresztą, ale nie dlatego że mam zaniki pamięci, tylko dlatego że, po pierwsze, to moje ulubione kino, a po drugie, planowałam napisać o ulicy Lea, na której początku jest właśnie Mikro.
Ulica Lea nie jest najpiękniejszą ulicą w Krakowie. Choć jest w strefie płatnego parkowania, prawie zawsze jest ciasno zastawiona samochodami, wąska, trochę przedmiejska. Niedoceniana.

01. ul. Lea

Powstała pod koniec XIX wieku w podkrakowskiej osadzie Nowa Wieś założonej przez Kazimierza Wielkiego i nazywała się Kościelna, gdyż już wtedy znajdował się przy niej kościół Misjonarzy. Gdy w 1909 roku Łobzów i Nową Wieś przyłączono do Krakowa, zmieniono jej nazwę i stała się ulicą Królewską, prawdopodobnie – jak pisze Elżbieta Supranowicz w książce Nazwy ulic Krakowa – z powodu bliskości królewskiego zameczku w Łobzowie. W 1925 roku nazwaną ją ulicą Juliusza Lea na cześć zmarłego siedem lat wcześniej prezydenta Krakowa.

Juliusz Leo stworzył tak zwany Wielki Kraków – po długich pertraktacjach skłonił Podgórze, które było wtedy osobnym miastem, do przyłączenia się do Krakowa, włączył w obszar miasta także podmiejskie gminy: Zakrzówek, Dębniki, Zwierzyniec, Czarną Wieś, Kawiory, Krowodrzę, Łobzów, Grzegórzki oraz część Prądnika Białego, Czerwonego i Olszy. Jak piszą Janina Bieniarzówna i Jan Małecki w Dziejach Krakowa, w 1915 roku miasto zajmowało 4690 hektarów (Warszawa miała wtedy 3273 hektary). Leo był także inicjatorem stworzenia Alej Trzech Wieszczów, a dzięki jego polityce sprzedawania przez miasto gruntów pod zabudowę powstał willowy Salwator. Wielu krakowian kpiło z idei Wielkiego Krakowa, bo życie jak zawsze koncentrowało się wokół Rynku. Nawet jeśli nie zauważali dalekowzroczności tych planów, to zgadzali się w jednej sprawie: Leo uporządkował finanse miasta, i nic dziwnego – mając zaledwie trzydzieści lat, otrzymał tytuł profesora skarbowości na Uniwersytecie Jagiellońskim.

02.Juliusz Leo foto NAC

W czasach stalinowskich, w 1952 roku, prezydent Leo musiał ustąpić krwawemu Felkowi – ulica otrzymała nazwę Feliksa Dzierżyńskiego. Wiele osób, które wtedy przy niej mieszkały, zwlekało z wymianą dokumentów, a potem, podając adres, pisało „ulica Lea”. Urzędnicy starali się utrudnić życie buntownikom i na przykład poczta nie dostarczała przesyłek zaadresowanych na Lea. Nic jednak nie mogli poradzić na to, że tak jak o ulicy Bohaterów Stalingradu w Krakowie zawsze mówiło się Starowiślna, tak o Dzierżyńskiego – Lea.
W 1990 roku prezydent Leo triumfalnie powrócił i znów patronuje ulicy.

Kiedyś oczywiście wyglądał ona zupełnie inaczej.

03. willa Rosenhaucha 192804. willa Rosenhaucha dzis

Widoczna po lewej willa doktora Edmunda Rosenhaucha, okulisty, w latach dwudziestych była otoczona polami i ogrodami, dziś jest częścią zwartej zabudowy.
Na portalu Dawno Temu w Krakowie przeczytałam, że podczas wojny, gdy doktora Rosenhaucha wysiedlono do getta, jego dom zajęło niemieckie wojsko (ta część miasta była dzielnicą niemiecką). Potem, od 1945 do 1955 roku, willa była siedzibą Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Krakowie. Przesłuchiwano w niej i więziono ludzi z podziemia niepodległościowego.
Jakby na przekór ponurej historii domu, gdy wyprowadziło się UB, urządzono tam przedszkole. Dzieci miały piękny ogród sięgający ulicy Chopina, z basenem, altankami i huśtawkami.
Potem do willi wprowadziło się Samorządowe Kolegium Odwoławcze, ogród podupadł, ale nadal co rok kwitła w nim stara czereśnia.

05.Tyl willi i ogród od ul. Chopina

Jak ogród wygląda teraz? Okropnie. Mimo protestów wszystkich okolicznych mieszkańców myślący tylko o swoim interesie inwestor buduje tam apartamentowiec. Drzewa wycięto, wywieziono żyzną ogrodową ziemię. Gdy widzę, jak się buduje domy z mieszkaniami na sprzedaż, powtarzam sobie, że nigdy takiego nie kupię. W tej okolicy jest wysoki poziom wód gruntowych, więc beton leje się wprost do wody. Zgroza.

06.budowa

07.budowa

Kiedyś budowano całkiem inaczej. Wystarczy popatrzeć na dom czynszowy przy Lea 17. Porządny strych, wysokie mieszkania. Wykusze, półokrągłe okna i podobna brama ze smokami może są trochę nieprzemyślane, smoki jednak są urocze.

08. Lea17

09.smok

No i oczywiście budowano z cegły, nie z betonu.

10.rog Urzedniczej 1936

A tak ten sam budynek na rogu Urzędniczej wygląda dziś.

11.ten sam budynek dzis

Nie wszystkie domy na Lea przeszły tak gruntowną metamorfozę. Na przykład kamienica pod numerem 19A niewiele się zmieniła – strych przerobiono na mieszkania, no i otoczenie ma inne.

12. Lea 19A 1938

13.Lea 19A dzis

Dlaczego lubię ulicę Lea? Bo dobrze mi się kojarzy – chodziłam nią do babci i dziadka, do cioci, wujka i kuzynek (Gosiu i Asiu, serdecznie was pozdrawiam!), a potem z moją córką na spacery do parku przy kościele oo. Misjonarzy.

14.kosciol Misjonarzy

Kiedyś ten park był zaniedbany i nosił imię Adama Polewki, lewicowego działacza politycznego i w niewielu wolnych chwilach pisarza, teraz jest parkiem Świętego Wincentego à Paulo, którego pomnik zastąpił pomnik Polewki.

15. pomnik sw. Wincentego

Lubię ulicę Lea także za wiele uroczych drobiazgów: kute ozdoby bram, rzeźby i płaskorzeźby.
Ta przedstawiająca Lajkonika jest nad jednym z wejść do baru orientalnego :)

16.ulica Lea

17.ulica Lea

18.ulica Lea

19.ulica Lea

20.ulica Lea

Piękna jest płaskorzeźba na kamienicy, w której znajduje się Wydział Konserwacji i Restauracji Dzieł Sztuki ASP oraz Galeria 4 Ściany.

21.ASP na Lea

22.Galeria

Bardzo lubię plac na Lea, choć jest jednym z droższych w Krakowie, i stojący przy nim mlekomat z mlekiem prosto od krowy. Mleko jest przywożone z Trzemeśni koło Myślenic codziennie po porannym udoju. Jest niepasteryzowane, więc można z niego zrobić kefir, jogurt albo kwaśne mleko (do młodych ziemniaków z koperkiem), prawdziwy domowy biały ser odsączany na durszlaku, koktajle, nawet panna cottę – mniam!

23.plac na Lea

24.mlekomat

25.mlekomat

Im dalej od parku Krakowskiego, tym ulica nabiera bardziej podmiejskiego charakteru.

26.ulica Lea

27. ulica Lea

Kiedyś kończyła się przy Piastowskiej, dziś biegnie aż do ulicy Armii Krajowej. Dla mnie kończy się na rogu Warmijskiej – bardzo rzadko zapuszczam się dalej. Tego rogu strzeże figura Matki Boskiej.

28.ulica Lea

Ulica Lea. Na pozór zwyczajna, niezbyt ciekawa. Tylko że w Krakowie nie ma nieciekawych miejsc.

Opublikowano Blog | Skomentuj

Oj, byłoby przykro, gdyby nie istniało Mikro

Każdy z nas się kiedyś spina,
by spacerkiem pójść do kina,
bo do kina, tak się składa,
czasem wybrać się wypada!
Otrzeć się o wielki świat,
być z kulturą za pan brat!

Oj, byłoby przykro,
gdyby nie istniało Mikro,
przykro, przykro,
oj, jak przykro byłoby nam!

(fragment piosenki na 10-lecie kina Mikro, słowa: Maurycy Polaski)

Od zawsze lubiłam kino. Pamiętam, jak po mszy u Dominikanów mój ukochany dziadek zabierał mnie i moją siostrę na poranek do Miniaturki, maleńkiego kina w kamienicy na Franciszkańskiej, gdzie potem mieściła się miejska biblioteka, teraz przeniesiona na Rajską. Pamiętam, jak stałam w gigantycznej kolejce do Melodii (kto pamięta, gdzie było to kino?) po bilety na Krzyżaków – gdy doszłam do kasy, były już wolne tylko miejsca w pierwszym rzędzie, ale bilety i tak kupiłam. Byłam bardzo rozżalona, kiedy mama kazała mi je zwrócić.

Nigdy nie zapomnę pierwszych wypraw do Sztuki, mojego ulubionego kina, które teraz
z kina studyjnego stało się zwykłym, komercyjnym. Kiedyś do Sztuki można było iść
w ciemno – każdy film, który tam wyświetlano, był dobry. Pamiętam, jak mi biło serce, gdy po raz pierwszy, mając czternaście czy piętnaście lat, szłam sama na film od lat szesnastu – Umrzeć z miłości. Wyglądałam wtedy okropnie dziecinnie i oczywiście bileter poprosił
o legitymację szkolną. Poinstruowana wcześniej przez koleżankę, szybko powiedziałam: „Proszę program”. Bileterzy mieli procent od sprzedanych programów (małych, burych książeczek z opisem repertuaru i niewyraźnymi zdjęciami), które mało kto kupował. Udało się! Wpuścił mnie. Do dziś pamiętam ten piękny film o romansie ucznia i nauczycielki. Nigdy jednak nie odważyłabym się go obejrzeć teraz, bo mam w pamięci zawód, jaki mi sprawił Diabeł morski. Obejrzałam go na koloniach jako ośmio-, dziewięciolatka i długo byłam pod wrażeniem historii o chłopcu, który miał i płuca, i skrzela i mógł żyć w oceanie, tak samo jak na lądzie. Jakiś czas temu kupiłam sobie CD z tym filmem i po prostu go nie poznałam. Gdzie rekin, którego chłopiec pokonał i który kiedyś tak mnie przestraszył?
Toż to nędzna podróbka. Gdzie piękno podwodnego świata, gdzie lazur oczu bohaterki? Wszystko wyblakło, znikło.

Znikła Miniaturka i dawna Sztuka, i Warszawa, i Wolność, i Maskotka, i Iskierka, i Chemik, i Apollo, i Wanda, i Uciecha. Już się bałam, że mulipleksy pożrą wszystko i że nie da się obejrzeć filmu inaczej, jak w oparach popcornu. Na szczęście ostatnio coś się zmienia –
w Krakowie powstają nowe kina studyjne: Agrafka, Kika, Paradoks.
No i oczywiście mamy Mikro.

Mikro ekran powitalny1

 

W narożnej kamienicy przy ulicy Lea 5 z początku działało kino milicyjne. Zupełnie go nie pamiętam i nigdy w nim nie byłam. Ale od początku, gdy tylko powstało (w 1984 roku), chodzę do Mikro.

Kamienica,gdzie miesci sie Mikro

Prowadzi do niego od placu Inwalidów ocieniona drzewami alejka przecinająca park Krakowski. Wiosną jest tu niebiesko od kwiatków.

Park_kwiatki

Jeszcze kawałeczek ulicą Lea i jesteśmy na miejscu.

Mikro wejscie

Mamy do wyboru dwie sale: dużą, na 121 miejsc, z ekranem perełkowym i najnowszą aparaturą projekcyjną, oraz małą – Mikroffalę, na 14 osób, z kanapami, fotelami i pufami.
Z Mikroffalą wiąże się romantyczna historia: podobno co jakiś czas przychodzi do kina pewien dystyngowany pan, wykupuje wszystkie bilety na seans, a potem przychodzi
z równie dystyngowaną panią i oglądają film we dwoje.
Bilety do Mikro są nieporównanie tańsze niż w multipleksach: seniorzy płacą 10 złotych, dorośli od 13 do 18, a centusie mogą przychodzić na seanse w poniedziałki, bo wtedy wszystkie bilety są po 10 złotych.
Bardzo lubię Mikro. Ma ciekawy repertuar, kameralne sale, nie ma baru z popcornem
i pepsi, ma za to punkt wymiany książek. Podoba mi się także to, że wyświetlanie reklam zajmuje kilka minut, a nie pół godziny, i że każdy seans zaczyna się starą czołówką i melodią Jak długo na Wawelu.
Mikro ekran powitalny2

Mikro ekran powitalny3
Kto dziś pamięta koników, którzy handlowali biletami przed kinem (kosztowały u nich dwa albo trzy razy więcej), albo Konfrontacje – przegląd kina światowego, często filmów, które
z różnych względów nie wchodziły potem na ekrany. Po karnety na Konfrontacje stało się
w kolejce wiele godzin. Te czasy na szczęście minęły i dziś wyjście do kina jest czystą przyjemnością. Cieszmy się dobrymi filmami i kochajmy małe kina!

Mikro

Opublikowano Blog | Skomentuj

Wspaniałych Świąt!

 

 

SL370373

 

Słońca, radości, miłości, zdrowia i mnóstwa smakołyków

Wesołych Świąt!

Opublikowano Blog | Skomentuj

Dziękuję!

 

plakat

W lutym i w marcu spotykałam się z Czytelnikami w Krakowie, Wieliczce, Łodzi, Częstochowie, Busku i Katowicach. Dziękuję gościnnym księgarniom firmy Matras, bibliotekom oraz sanatorium Marconi. Przede wszystkim jednak dziękuję wszystkim, którzy przyszli na te spotkania, za rozmowy, miłe słowa i kwiaty.
Jestem pod ogromnym wrażeniem Dyskusyjnych Klubów Książki. To fantastyczne,
że są miejsca, do których tyle osób przychodzi, żeby rozmawiać o książkach.
W Piwnicy Pod Baranami jedliśmy pączki od Michałka, w księgarni w Łodzi przygotowano dla mnie niemal tron, z paniami z DKK-ów rozmawiałyśmy nie tylko o książkach
i opowiadały tak ciekawie, że spotkania przedłużały się poza zaplanowany czas :)
To było bardzo miłe! Dziękuję!

mozaika

Opublikowano Blog | Skomentuj

Czy wiosna wiosnuje?

 

Gdy rano wychodziłam na basen, wzięłam z sobą aparat fotograficzny. Pierwszy dzień wiosny! Aż się prosi, żeby napisać kilka słów i ozdobić je zestawem obowiązkowym: zdjęciami krokusów, przebiśniegów i pierwiosnków.

pierwiosnek

krokusy i przebisniegi

Tak, w parku Jordana kwitną leszczyny i pierwsze kwiatki, ptaki śpiewają po wiosennemu
i po trawie wśród stokrotek chodzą błyszczące nowością szpaki. A w parku Krakowskim jakiś litościwy człowiek ubrał pingwina w podkoszulek i czapkę, żeby mu nie zaszkodziło pięknie dziś świecące słońce.

pingwin

Nieco dalej ktoś mniej litościwy powiesił banner z wielkim napisem: „Bankuję, jak żyję.
Po swojemu”. Szybko odwróciłam wzrok.

Gdy jednak przy późnym, więc jedzonym samotnie śniadaniu rozłożyłam wczorajszą „Wyborczą” i przeczytałam artykuł Wycieczki tylko zawieszone, pomyślałam, że trudno się dziwić specom od reklamy wymyślającym coraz to dziwaczniejsze słowa, często niezgodne
z duchem polszczyzny, skoro dziennikarze mojej ulubionej gazety coraz gorzej piszą,
a korekta na to nie reaguje.(http://wyborcza.pl/1,75477,17598922,Polskie_biura_podrozy_zawieszaja_wycieczki_do_Tunezji.html#ixzz3V1Va5c1x)

Wycieczki tylko zawieszone   

Największe polskie biura podróży postanowiły zawiesić loty do Tunezji
i zaproponować klientom inne kierunki. Ale podchodzą do sprawy spokojnie.
- Na razie nie odwołujemy przyszłych [przeszłych odwołać się nie da; dalej to zdanie ma inną, poprawną formę] wyjazdów, bo być może sytuacja się uspokoi – mówi Radomir Świderski, rzecznik Rainbow Tours.

Tunezja to piąty najpopularniejszy kierunek w polskich biurach podróży – po Egipcie, Grecji, Hiszpanii i Turcji. Na urlop wyjeżdża tam co dziesiąty Polak. W 2014 roku do Tunezji wybrało się 108 tys. osób.[wynika z tego, że Polaków jest trochę ponad milion]

Obecnie w Tunezji przebywają 182 osoby, które wykupiły wycieczki w Itace, i 62 osoby z biura podróży Sun & Fun. – Większości tych osób kończyły się akurat wycieczki. Ci, którzy mieli jeszcze przebywać w Tunezji tydzień, otrzymają zwrot części kosztów – mówi Piotr Henicz, wiceprezes Itaki. Polskie prawo nie przewiduje takiej sytuacji jak ta środowa w Tunezji i nie ma regulacji mówiących, jak biura mają się zachować.

Polska Izba Turystyki zaleca jednak, by osobom, które wykupiły wycieczki do Tunezji w terminach do 9 kwietnia [autor ma chyba na myśli: rozpoczynające się przed
9 kwietnia]
, zwracać pieniądze. Co z późniejszymi terminami? Tu żadnych zaleceń nie ma.

Bez paniki [w kontekście zamachu ten śródtytuł jest co najmniej beztroski]

Sun & Fun i Itaka wysłały po klientów samoloty, które wczoraj wróciły do Polski, choć nie wszystkim się to podobało [gdybym była samolotem, chyba wolałabym wracać od razu]. W Tunezji zostali tylko bliscy poszkodowanych. [brakuje podmiotu: Oba biura] Zawiesiły też zaplanowane loty czarterowe do Tunezji. Tak samo jak Exim Tours, Neckermann Polska i TUI. Niektóre biura wstrzymują loty tylko na pewien czas – Sun & Fun do 2 kwietnia, a np. Rainbow Tours na razie w ogóle nie zmienia planów. Pierwsi klienci tego biura mają zaplanowane wycieczki do Tunezji na 30 kwietnia. – Na razie nie odwołujemy tych [a więc słowo „przyszłych” w początkowym cytacie dodał autor artykułu] wyjazdów, bo być może sytuacja się uspokoi – mówi Radomir Świderski, rzecznik prasowy Rainbow Tours.

Może wystarczy.
Nie zgadzam się na bylejakość języka. Chcę czytać dobrze napisane artykuły i korzystać
z banku, a nie bankować.
Bardzo dobrze rozumiem zrozpaczoną redaktorkę, która napisała do internetowej poradni językowej Wydawnictwa Naukowego PWN (http://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/bankowac;15338.html):

Autorzy tekstów, które redaguję – powołując się na powszechne już użycie w tekstach reklamowych, internetowych i prasowych – nie chcą zrezygnować z czasownika „bankować”, używanego w sensie „korzystać z produktów/usług bankowych”. Argument, że czasownik „bankować” nie znajduje się w słowniku poprawnej polszczyzny ani w Korpusie Języka Polskiego ich nie przekonuje. Jak wytłumaczyć zasadę ograniczonej możliwości tworzenia w polszczyźnie takich derywatów? Na przykład szufladkować jest poprawne.

Autorzy redagowanych przez Panią tekstów mylą się w ocenie powszechności tego czasownika. Jest on może powszechnie znany ludziom zajmującym się usługami bankowymi, ale nie klientom, którzy mają z takich usług korzystać. Czy użycie mało znanego słowa w reklamie jest korzystne dla reklamodawcy – trudno powiedzieć ogólnie: czasem może tak, czasem nie. Z jednej strony obcy wyraz może budzić rozmaite snobizmy i skłaniać do zakupu (według schematu: co obce, to lepsze), z drugiej może jednak budzić obawy (według schematu: co obce, to nieznane, a więc potencjalnie groźne). Jeśli chodzi o usługi bankowe, to bezpieczeństwo jest dla klientów ważne, dlatego byłbym ostrożny w używaniu słów brzmiących nieznajomo dla adresata.
Różnicy między szufladkować a bankować z czysto strukturalnego punktu widzenia właściwie nie ma: oba wyrazy są zbudowane poprawnie. Kryterium strukturalne jednak nie wystarcza, aby słowo ocenić pozytywnie, np. od „stary” utworzyliśmy słowo „starość”, od „młody” – „młodość”, ale od „chory” – „choroba” (nie „chorość”), a od „zdrowy” – „zdrowie” (nie „zdrowość”).
Mirosław Bańko, Uniwersytet Warszawski

Przyszła wiosna! Nie myślmy więc o bankach, tylko o randkach, i randkujmy*. A wiosna niech wiosnuje, jak u Leśmiana:

Co w mgłach czyni żagiel na głębinie?
Nic, prócz tego, że żegluje.
A co wiosna w zielonej dolinie?
Nic, prócz tego, że wiosnuje.

*randkować, ndk IV rzad. żart. «chodzić na randki» (Wielki słownik języka polskiego Witolda Doroszewskiego)

Opublikowano Blog | Skomentuj

Zapraszam na spotkania autorskie w marcu

Serdecznie zapraszam na spotkania autorskie:

5 marca, w czwartek, o godz. 18.30
w Krakowie, w Dyskusyjnym Klubie Książki
w Bibliotece Klubu Kuźnia w Nowej Hucie, os. Złotego Wieku 14

11 marca, w środę, o godz. 18.30
w Wieliczce, w Dyskusyjnym Klubie Książki
w Powiatowej i Miejskiej Bibliotece Publicznej, ul. Żwirki i Wigury 2

25 marca, w środę, o godz. 15.00
w Busku-Zdroju, w sali koncertowej sanatorium Marconi, w Parku Zdrojowym

Zapraszam także jutro, 5 marca, na audycję Barbary Gawryluk „Koło kultury” w Radiu Kraków. Krakowskie autorki (między innymi ja) będą w niej rozmawiać o literaturze kobiecej.

Do zobaczenia i usłyszenia :)

Opublikowano Blog | 1 komentarz