Język polski. Cz. 5: Czy zalewa nas angielszczyzna?

Językoznawcy obliczyli, że w naszym systemie słownikowym jest około czterech procent pożyczek z angielskiego. Skąd więc wrażenie, że nas zalewają? Ano stąd, że są często używane – wiele nie ma polskich odpowiedników, a jeśli nawet niektóre mają, to się ich nie używa, bo anglicyzmy są modne i wielu wydają się lepsze, bardziej światowe i eleganckie. Czy ktoś słyszał polityka mówiącego, że rząd coś wprowadza? Nie, rząd implementuje. Czy ktoś jeszcze ma pomysły? Nie, tylko idee. Czy ludzie coś tworzą? Teraz wszyscy kreują.

Jeśli wpisze się w wyszukiwarce „molestować”, prawie wszystkie odnośniki prowadzą do napastowania seksualnego (ang. molest), na szczęście słowniki na pierwszym miejscu notują tradycyjne znaczenie „naprzykrzać się komuś, natrętnie o coś prosić”. Jak inaczej uczniowie zrozumieliby lektury szkolne, w których czytają: „Biedny ojciec, molestowany przeze mnie, często nie umiał wyjaśnić mi sensu wielu dręczących mnie zagadek” albo „Jestem w rozpaczy, że mi nie chcesz uczynić tego, o co cię molestuję”, albo „Wypijemy? – molestował sierżant. – Panie podchorąży, gdzie pan patrzy, tu kielich”, albo „Ale ona, przypomniawszy sobie nagle, że koszyk jest pusty, przystanęła i poczęła mnie molestować, żebyśmy wrócili do dziadkowego sadu i natargali jabłek”.

Nie burzę się przeciwko myszy komputerowej – ta angielska metafora przyszła razem z nieznanym wcześniej urządzeniem. Oczywiście można by to urządzenie nazwać inaczej, ale po co – mysz jest sympatyczna i nawet jeśli dziś nie zawsze ma kabelek-ogonek, nic nie szkodzi. Nie przeszkadza mi, że w słowniku pojawiają się nowe znaczenia przy słowach wirus, okno, ciasteczko, chmura czy tapeta. Przeszkadza mi za to, gdy bezmyślnie przypisujemy polskim słowom angielski sens tylko dlatego, że brzmią podobnie, albo gdy zamiast polskich słów używamy przetłumaczonych dosłownie angielskich fraz.

„Premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson przedstawił w niedzielę »mapę drogową« otwierania brytyjskiej gospodarki i życia społecznego”. Mapę drogową dotyczącą gospodarki? Ludzie! Autor czuł, że to bzdura, i ujął mapę w cudzysłów, jakby chciał powiedzieć: „Nie bierz tego dosłownie, wszyscy tak mówią, ale nie wiem, co to dokładnie znaczy” (branie w cudzysłów wyrazów użytych przenośnie jest prawdziwą plagą). Road map to „zbiór wytycznych, plan działania”, premier przedstawił więc plan, a nie mapę drogową otwierania brytyjskiej gospodarki.

„Prezydent rapuje o dzielnych ratownikach. Minister Szumowski jest już nominowany do tego wyzwania”. Nominacja to w języku polskim „oficjalne powołanie na wysokie stanowisko” (Kowalski został nominowany na stanowisko dyrektora), także „dokument stwierdzający to powołanie”, „zgłoszenie czyjejś kandydatury do nagrody lub do pełnienia jakiejś funkcji” oraz w językoznawstwie „nadawanie nazw przedmiotom, czynnościom, zjawiskom itp.”. Wyzwanie zaś to „trudne zadanie, nowa sytuacja itp. wymagające od kogoś wysiłku, poświęcenia, będące sprawdzianem czyjejś wiedzy, odporności itp.” („trudne wyzwanie” jest więc pleonazmem, czyli masłem maślanym). „Nominowany do wyzwania”? Powołany oficjalnie do wykonania trudnego zadania? Nie, skąd, to bezmyślnie przeniesione znaczenie angielskiego nominated – „wyznaczony przez innych do czegoś”.

„Wojewoda rekomenduje, aby dyrektorzy szkół wstrzymali organizację wycieczek szkolnych”. Zalecałabym wojewodzie, by zajrzał do słownika, a dziennikarzowi, by nie cytował błędnej formy w tytule artykułu. Rekomendować to „wystawiać komuś pochlebne świadectwo, zachwalać, polecać komuś coś lub kogoś”.

„Pijany kierowca zatrzymany. Pomógł anonimowy sygnalista”. Donosiciel nie brzmi dobrze, mamy jednak informatora. Skąd więc ten bezsensowny sygnalista? Z angielskiego oczywiście.

„Lutostański zapewnia w tym piśmie konsulów odpowiedzialnych za przeprowadzenie wyborów, że w centrali MSZ »ciągle trwają prace nad niezwłoczną implementacją« ustawy o wyłącznie korespondencyjnym wyborze prezydenta RP”. Implementacja, brrr… Nie jestem informatykiem i nie muszę używać tego słowa (implementacja to wersja programu, języka programowania lub systemu operacyjnego przystosowana do pracy na określonym typie komputera albo proces takiego przystosowywania programu, języka czy systemu). Angielskie słowo implementation ma wiele znaczeń: realizacja, wykonanie, uprawomocnienie, absorbowanie, przystosowanie, zastosowanie, wdrożenie, wprowadzenie w życie. Do wyboru, do koloru. Anglicyzm całkowicie zbędny.

„Od soboty będą funkcjonowały cztery linie medyczne dedykowane pracownikom szpitali”. „Ten krem jest dedykowany suchej skórze”. Słyszałam nawet: „Ulica dedykowana Reymontowi”. Naprawdę?! Dedykować to „poświęcić komuś utwór literacki, muzyczny lub dzieło sztuki, umieszczając w nim lub na nim dedykację”. Mogłam zadedykować książkę córce, ale nigdy bym jej nie dedykowała ruskich pierogów, choć bardzo je lubi.

„– I w ten sposób kawałek ustawy pozostaje ciągle nieuchylony. – Kawałek o obowiązku weryfikacji tożsamości i potwierdzenia podpisem? – Dokładnie!” Nie lubię skalkowanego angielskiego exactly – natrętnego i pretensjonalnego, do tego zupełnie niepotrzebnego, mamy przecież: właśnie, oczywiście, owszem, tak jest, zgadza się.

„Autorzy badań realizowanych przez Grupę IQS zwracają uwagę, że opisując udane przyszłe życie, młodzi ludzie mówią o modelu rodziny nuklearnej z klasy średniej”. Z czym kojarzy się „nuklearny”? Mnie z wojną, bombą i katastrofą nuklearną, z Czarnobylem. Z samymi okropnościami. Nie rozumiem, czemu skalkowano nuclear family (łac. nucleus to jądro, np. orzecha, mały, podstawowy), zamiast używać starego określenia „rodzina dwupokoleniowa”. Skoro każe się nam teraz pisać „ditlenek węgla” zamiast „dwutlenek węgla”, to może – strach pomyśleć! – dojdziemy do „szkoły nuklearnej” (dawniej podstawowej).

„Może się okazać, że wrażliwe dane zostały przekazane osobom nieuprawnionym”. Gdy pierwszy raz usłyszałam o „wrażliwych danych”, nie miałam pojęcia, o co chodzi. Dane, które silnie coś odczuwają? Na coś są nieobojętne? Mało odporne? Zajrzałam do słownika i dowiedziałam się, że sensitive data to materiały i informacje poufne, dane o szczególnym znaczeniu (np. gospodarczym). No i to rozumiem.

„W czym mogę pani pomóc?” „Miłego dnia!” Moja znajoma, gdy słyszy w słuchawce: „W czym mogę pomóc?”, mówi: „O, dodzwoniłam się na pogotowie? To przepraszam”. Uprzejme „Czym mogę pani służyć?” pewnie nie wróci, tak jak – mam nadzieję – nie wrócą ekspedientki udzielne księżne w pustych sklepach. W 1989 roku świeżo upieczeni menedżerowie dostawali z zagranicznych centrali instrukcje, jak personel ma się zwracać do klientów, a ponieważ znali tylko opryskliwych sprzedawców, zachłysnęli się angielskim Can I help you? i uznali kalkę „W czym mogę pomóc?” za szczyt grzeczności. Nie lubię tego zwrotu, drażni mnie jego obcość (przyzwyczaiłam się do innej kalki, „Miłego dnia!”, do tej nie mogę przywyknąć), zgadzam się jednak z prof. Bańką, który w PWN-owskiej poradni językowej napisał: „lepiej być miłym i grzecznym po angielsku niż niegrzecznym w najczystszej polszczyźnie”.

Zadanie domowe
Wszyscy znamy „Prząśniczkę” skomponowaną przez Stanisława Moniuszkę do słów Jana Czeczota, ale co właściwie znaczy ten tytuł? A słowo „wicina”?

U prząśniczki siedzą jak anioł dzieweczki,
przędą sobie, przędą jedwabne niteczki.
Kręć się, kręć, wrzeciono,
wić się tobie, wić!
Ta pamięta lepiej,
czyja dłuższa nić.

Poszedł do Królewca młodzieniec z wiciną,
łzami się zalewał, żegnając z dziewczyną.
Kręć się, kręć, wrzeciono,
wić się tobie, wić!
Ta pamięta lepiej,
czyja dłuższa nić.

Gładko idzie przędza, wesoło dziewczynie,
Pamiętała trzy dni o wiernym chłopczynie.
Kręć się, kręć, wrzeciono,
wić się tobie, wić!
Ta pamięta lepiej,
czyja dłuższa nić.

Inny się młodzieniec podsuwa z ubocza
I innemu rada dziewczyna ochocza.
Kręć się, kręć, wrzeciono,
Prysła wątła nić;
Wstydem dziewczę płonie,
Wstydź się, dziewczę, wstydź!

PS Dla wszystkich, którzy lubią zastanawiać się nad językiem i odrobili poprzednie zadanie domowe, humoreska Juliana Tuwima „Ślusarz”


W łazience coś się zatkało, rura chrapała przeraźliwie, aż do przeciągłego wycia, woda kapała ciurkiem. Po wypróbowaniu kilku domowych środków zaradczych (dłubanie w rurze szczoteczką do zębów, dmuchanie w otwór, ustna perswazja etc.) sprowadziłem ślusarza.
Ślusarz był chudy, wysoki, z siwą szczeciną na twarzy, w okularach na ostrym nosie. Patrzył spode łba wielkimi niebieskimi oczyma, jakimś załzawionym wzrokiem. Wszedł do łazienki, pokręcił krany na wszystkie strony, stuknął młotkiem w rurę i powiedział:
– Ferszlus trzeba roztrajbować.
Szybka ta diagnoza zaimponowała mi wprawdzie, nie mrugnąłem jednak i zapytałem:
– A dlaczego?
Ślusarz był zaskoczony moją ciekawością, ale po pierwszym odruchu zdziwienia, które wyraziło się w spojrzeniu sponad okularów, chrząknął i rzekł:
– Bo droselklapa tandetnie zblindowana i ryksztosuje.
– Aha – powiedziałem – rozumiem! Więc gdyby droselklapa była w swoim czasie solidnie zablindowana, nie ryksztosowałaby teraz i roztrajbowanie ferszlusu byłoby zbyteczne?
– Ano chyba. A teraz pufer trzeba lochować, czyli dać mu szprajc, żeby tender udychtować.
Trzy razy stuknąłem młotkiem w kran, pokiwałem głową i stwierdziłem:
– Nawet słychać.
Ślusarz spojrzał dość zdumiony:
– Co słychać?
– Słychać, że tender nie udychtowany. Ale przekonany jestem, że gdy pan mu da odpowiedni szprajc przez lochowanie pufra, to droselklapa zostanie zablindowana, nie będzie już więcej ryksztosować i co za tym idzie, ferszlus będzie roztrajbowany.
I zmierzyłem ślusarza zimnym, bezczelnym spojrzeniem. Moja fachowa wymowa oraz nonszalancja, z jaką sypałem zasłyszanymi po raz pierwszy w życiu terminami, zbiła z tropu ascetycznego ślusarza. Poczuł, że musi mi czymś zaimponować.
– Ale teraz nie zrobię, bo holajzy nie zabrałem. A kosztować będzie reperacja – wyczekał chwilę, by zmiażdżyć mnie efektem ceny – kosztować będzie… 7 złotych 85 groszy.
– To niedużo – odrzekłem spokojnie. – Myślałem, że co najmniej dwa razy tyle. Co się zaś tyczy holajzy, to doprawdy nie widzę potrzeby, aby pan miał fatygować się po nią do domu. Spróbujemy bez holajzy.
Ślusarz był blady i nienawidził mnie. Uśmiechnął się drwiąco i powiedział:
– Bez holajzy? Jak ja mam bez holajzy lochbajtel kryptować? Żeby trychter był na szoner robiony, to tak. Ale on jest krajcowany i we flanszy culajtungu nie ma, to na sam abszperwentyl nie zrobię.
– No wie pan! – zawołałem, rozkładając ręce. – Czegoś podobnego nie spodziewałem się po panu! Więc ten trychter według pana nie jest zrobiony na szoner? Ha, ha, ha! Pusty śmiech mnie bierze! Gdzież on, na litość Boga, jest krajcowany?
– Jak to gdzie? – warknął ślusarz. – Przecież ma kajlę na uberlaufie!
Zarumieniłem się po uszy i szepnąłem wstydliwie:
– Rzeczywiście. Nie zauważyłem, że na uberlaufie jest kajla. W takim razie zwracam honor: bez holajzy ani rusz.
I poszedł po holajzę. Albowiem z powodu kajli na uberlaufie trychter rzeczywiście robiony był na szoner, nie zakrajcowany, i bez holajzy w żaden sposób nie udałoby się zakryptować lochbajtla w celu udychtowania pufra i dania mu szprajcy przez lochowanie tendra, aby roztrajbować ferszlus, który źle działa, bo droselklapę tandetnie zablindowano i teraz ryksztosuje.

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

Język polski. Cz. 4: Oficer drzewny z Dywizji Bieżącego Utrzymania Zieleni Wysokiej

„Na ul. Narvik ktoś wywiercił w drzewie otwory i wlał nieokreśloną ciecz. »Nie był to prawdopodobnie chuligański wybryk, ale świadome działanie, żeby zabić drzewo« – podaje Zarząd Zieleni Miejskiej w Krakowie. (…) Pracownicy jednostki wszystkie otwory przepłukali wodą i wyczyścili, a następnie zatkali. W niedzielę opiekę nad jesionem przejął oficer drzewny” – przeczytałam w „Gazecie Wyborczej”. Odetchnęłam z ulgą. Skoro umundurowany mężczyzna (policjant? żołnierz?) pilnuje stuletniego jesionu, drzewu już nic nie grozi.

Oficer drzewny nie dawał mi jednak spokoju. Pogrzebałam w internecie, no i dowiedziałam się, że tylko Kraków ma oficera drzewnego i że do jego zadań należy tomograficzne badanie drzew. Mamy też oficera rowerowego, który pilnuje interesów rowerzystów. Nie wiem, jak nazywają się wydziały w Zarządzie Infrastruktury Komunalnej i Transportu czy w Zarządzie Zieleni Miejskiej, ale może dywizje, żeby było modnie, militarnie i z angielska. Oficer rowerowy być może pracuje w Dywizji Utrzymania Ścieżek Rowerowych, przyjaźni się z oficerem drzewnym z Dywizji Bieżącego Utrzymania Zieleni Wysokiej i marzy, by zarząd stworzył jeszcze jedno stanowisko – oficera kapliczkowego w Dywizji Kapliczek w Pasach Drogowych Dróg Publicznych.

Angielskie wyrażenia kalkujemy od wieków – jako jeden z pierwszych zrobił to Karol Sienkiewicz w „Dzienniku podróży po Anglii 1820–1821”, gdy „Warwick the Kingmaker” oddał jako „Warwick robiciel królów”. Teraz mamy oficera drzewnego (officer to także urzędnik, funkcjonariusz, inspektor). Historia zatoczyła koło.

Nie mam nic przeciwko pożyczkom. Zapożyczanie z innych języków jest przecież najstarszym sposobem poszerzania słownictwa. Trudno sobie wyobrazić polszczyznę bez takich słów, jak historia (łac.), konstytucja (łac.), termin (łac.), liceum (gr.), burmistrz (niem.), atłas (tur.), bryndza (rum.), manowce (ukr.), dżem (ang.), sałata (wł.), paragon (fr.), robot (czes.), orszak (węg.), fontanna (wł.), czajnik (ros.) czy kawa (tur.). W 2011 roku profesor Mirosław Bańko w PWN-owskiej poradni językowej podał liczbę zapożyczeń ujętych w „Wielkim słowniku wyrazów obcych PWN”: z francuskiego – 5889, z łaciny – 5806, z greki – 4096, z angielskiego – 3593, z niemieckiego – 2978, z włoskiego – 1250.

Najwięcej italianizmów jest w terminologii muzycznej, bo włoski był kiedyś językiem muzyki, w terminologii kulinarnej królują galicyzmy (zapożyczenia francuskie), w terminologii rzemieślniczej jest masa germanizmów (wihajster!). Terminologia informatyczna, ekonomiczna, związana z modą, reklamą i mediami to z kolei morze anglicyzmów: internet, pendrive, toner, skaner, komputer, klikać, logować się, software, spam, nick, wi-fi, login, e-mail, GPS, PC, USB, SMS, smartfon, menedżer, sponsor, broker, dealer, leasing, supermarket, know-how, outsourcing, monitoring, open space, PR, logo, briefing, event, billboard, coach, talk-show, aerobik, jogging, snowboard, lifting, fitness, body, legginsy, ray-bany.

Z angielskiego pożyczamy (na wieczne nieoddanie) nie tylko słowa, również slogany, cytaty, powiedzenia, frazeologizmy, przysłowia: ziemia niczyja, pięć minut sławy, wyścig szczurów, fabryka snów, gabinet cieni, zimna wojna, zrób to sam, nie ma problemu, czas to pieniądz, być albo nie być, nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, reszta jest milczeniem, wyglądać jak milion dolarów, kierować z tylnego siedzenia, mieć ciastko i zjeść ciastko, zamieść coś pod dywan, wychodzić z szafy, mieć motylki w brzuchu, wejść w czyjeś buty, mieć szkielet w szafie, nie ma czegoś takiego jak darmowy obiad, mieć coś z tyłu głowy, przedstawienie musi trwać, właściwy człowiek na właściwym miejscu, do tanga trzeba dwojga, wszystkie ręce na pokład, wiele hałasu o nic, życie jest jak pudełko czekoladek.

Pierwsze anglicyzmy pojawiły się w języku polskim w XVII i XVIII wieku – w słownikach odnotowano nowe słowa: lord, par, jacht, kuter, kecz, slup. Potem przejęliśmy inne, takie jak dok, harpun, dżokej, finisz, rekord, sport, tenis, hokej, dżentelmen, sandwicz, pikle, piknik, rum, klub, moher, dżinsy, bikini, biznes, budżet, strajk, czek, wagon, tramwaj, rower, tunel, flirt, toast, folklor, slogan, seksapil, rewolwer, jeszcze później – bestseller, hobby, paintball, windsurfing, jazz, pub, smog, establishment, recykling, seksizm, lobbing, impeachment, science fiction, nordic walking, fast food, garden party, NATO, PIN, NASA, AIDS, VAT, LSD, UFO. Starsze zapożyczenia są już całkowicie wtopione w system polszczyzny, nie czujemy ich obcości, nowsze zdradza czasem obca pisownia, a także nieodmienność. Stopniowo będziemy je przystosowywać do systemu naszego języka, tak jak to robimy z dealarem/dilerem i jak to się już dzieje w slangu (debeściara, lajtowy, ciucholand, afterka, lajkować).

Pożyczane wyrazy przeżywają w nowym języku mnóstwo przygód. Drink nagle się dowiaduje, że jest wyłącznie alkoholowy, bańkę mydlaną (bubble), symbol nietrwałości, nowi użytkownicy odzierają z romantyzmu i robią z niej godne pogardy buble. Za to skwer (square – kwadrat, plac) nabiera urody i zieloności. Puszą się dropsy, czipsy, komandosi i Eskimosi – nowi właściciele nie zorientowali się, że mają do czynienia z liczbą mnogą (jej znakiem jest -s), i dodali im drugą, swoją końcówkę liczby mnogiej (-y/-i).

Daleka jestem od puryzmu językowego, od tego, żeby lansować dojrzalca naukowego (pewien językoznawca zatroskany o czystość polszczyzny chciał nim zastąpić abiturienta) albo przy redagowaniu tekstu zamieniać spacer na przechadzkę i szlafrok na podomkę, całym sercem jestem jednak za świadomym posługiwaniem się językiem polskim. Język i sposób jego używania są wartością, którą trzeba kultywować, a norma wzorcowa powinna być przestrzegana we wszystkich publicznych wypowiedziach. Dlatego nie mogę słuchać o przyjaznej cenie, kontrybucji autora, prezydencie spółki giełdowej, Sopot Festiwalu, aplikowaniu na stanowisko czy o klimacie relacji polsko-niemieckich.

Zadanie domowe: Jak wam się podoba?

Czy poniższe zdania są poprawne?

  1. Premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson przedstawił w niedzielę „mapę drogową” otwierania brytyjskiej gospodarki i życia społecznego.
  2. Prezydent rapuje o dzielnych ratownikach. Minister Szumowski jest już nominowany do tego wyzwania
  3. Wojewoda rekomenduje, aby dyrektorzy szkół wstrzymali organizację wycieczek szkolnych.
  4. Pijany kierowca zatrzymany. Pomógł anonimowy sygnalista
  5. Lutostański zapewnia w tym piśmie konsulów odpowiedzialnych za przeprowadzenie wyborów, że w centrali MSZ „ciągle trwają prace nad niezwłoczną implementacją” ustawy o wyłącznie korespondencyjnym wyborze prezydenta RP.
  6. Od soboty będą funkcjonowały cztery linie medyczne dedykowane pracownikom szpitali.
  7. – I w ten sposób kawałek ustawy pozostaje ciągle nieuchylony.
    – Kawałek o obowiązku weryfikacji tożsamości i potwierdzenia podpisem?
    – Dokładnie!
  8. Autorzy badań realizowanych przez Grupę IQS zwracają uwagę, że opisując udane przyszłe życie, młodzi ludzie mówią o modelu rodziny nuklearnej z klasy średniej.
  9. Może się okazać, że wrażliwe dane zostały przekazane osobom nieuprawnionym.
  10. W czym mogę pani pomóc? Miłego dnia!

PS Literówki mogą sprawić wiele radości uważnym czytelnikom. Pod artykułem w „Gazecie Wyborczej” zawierającym zdania: „Co więc jest w najnowszej »tarczy«? Zniknęły najbardziej kontrowersyjne wcześniejsze propozycje pozwalające zwalniać z pracy osoby mające »inne źródła utrzymania« (np. umowę-zlecenie czy umowę o działo) oraz Polaków, którzy osiągnęli wiek emerytalny”, pojawił się taki komentarz: „Wcale się nie dziwię, że się przestraszyli – taki pracownik, co ma umowę o działo, jak dowie się o zwolnieniu, a ma jeszcze amunicję do tego działa, może spore zamieszanie wywołać ;)”.

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

Język polski. Cz. 3: Czy utrata aspiracji jest powodem do wstydu?

„To było przecież niedawno tak, jak okiem sięgnąć zmienił się świat” – usłyszałam kilka dni temu w radiu. Prorocze słowa! Wsłuchałam się w nie uważniej niż zwykle i uderzyło mnie, jak wokalista wymówił „t” w „to”. Po angielsku. Śpiew to nie mowa, rządzi się innymi prawami, jednak angielskie „t” słyszę coraz częściej. Nowa moda.

W języku praindoeuropejskimi (prajęzyku, z którego rozwinęły się wszystkie języki indoeuropejskie, m.in. bałto-słowiańskie i germańskie) istniały aspiraty, takie jak „th” i „dh”. Na gruncie prasłowiańskim straciły jednak aspirację i zmieniły się w „t” i „d”. Dlatego wymawiając „t”, po prostu dotykamy przodem języka górnych zębów („t” jest spółgłoską przedniojęzykowo-zębową). Języki germańskie zachowały aspirację – angielskie „t” jest aspiratą, czyli spółgłoską wymawianą z przydechem: dotykamy językiem przedniej części górnego podniebienia i gwałtownie go opuszczamy. Jeśli weźmiemy kartkę papieru, zbliżymy ją do ust i wymówimy polskie „t”, kartka ani drgnie. Przy angielskim „t”, z aspiracją, kartka się poruszy pod wpływem powietrza wydostającego się z naszych ust.

Hrabia z „Lalki” udający Anglika i mówiący „tek” na pewno wymawiał „t” z aspiracją. Ta moda szerzy się w mediach i infekuje kolejnych prezenterów prawie jak koronawirus. Czy ktoś zna Anglika, który wymawia „t” po polsku w angielskich słowach, bo nauczył się polskiego? Chyba nie. Anglicy nie snobują się na Polaków, nie uważają, że polski jest atrakcyjniejszy niż ich język ojczysty.

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

Jak będzie jutro?

30 października 1938 roku stacja CBS nadała słuchowisko zrealizowane na podstawie „Wojny światów” H.G. Wellsa, stylizowane na bezpośredni reportaż z miejsc, w których wylądowali Marsjanie. Wydawany w Krakowie „Ilustrowany Kurier Codzienny” tak wtedy o tym pisał:

„Spokojnie słuchali w niedzielę Amerykanie zwyczajnych audycji radiowych, komunikatu meteorologicznego itd., gdy nagle zapowiadacz rozgłośni Columbia Broadcasting Company przerwał program i z wyraźnym przerażeniem w głosie oświadczył, że we wschodnich stanach bezprzykładną panikę wywołał statek międzyplanetarny, który wylądował w New Jersey. Ze statku tego wysiedli ludzie zaopatrzeni w promienie śmierci i przy pomocy najnowocześniejszych środków technicznych rzucili się niespodziewanie do ataku na spokojnych mieszkańców Stanów Zjednoczonych.
Komendant gwardii narodowej zakomunikował ludności niezwłocznie przepisy, jak się ma zachowywać podczas ataku bombowego, którego skutki odmalował w jaskrawych barwach, po czym minister spraw wewnętrznych upomniał ludność, by uciekała z miast w bezpieczniejsze miejsca.
Z szybkością błyskawicy rozszerzyły się po miastach w stanach wschodnich: Nowy Jork, New Jersey, nawet po Chicago i Los Angeles najdziksze pogłoski.
Szczególnie w stanie nowojorskim doszło do nieopisanych scen. Ogarnięci paniką mieszkańcy wielkich domów czynszowych rzucili się od jednego mieszkania do drugiego i alarmowali sąsiadów. Całe bloki domów zostały porzucone przez mieszkańców, którzy szukali bezpieczeństwa w piwnicach i schronach.
W szpitalach zapanowały również nastroje paniczne. W New Jersey wpadali przerażeni mieszkańcy do kościołów i przerywali nabożeństwa. Kobiety klękały i modliły się na ulicach.
Tysiące ludzi biegało ulicami z głowami owiniętymi chusteczkami do nosa i ręcznikami, by się ochronić przed gazami trującymi. Do urzędów policyjnych, redakcji i rozgłośni napłynęło tysiące zapytań telefonicznych. Arterie dojazdowe w krótkim czasie zostały zablokowane przez tysiące samochodów wiozących zbiegów w góry.
W New Jersey setki rodzin zabierały w jak największym pośpiechu najpotrzebniejsze przedmioty i opuszczały miasto. Nieopisane sceny działy się w dzielnicy murzyńskiej Harlem, której mieszkańcy wzięli transmisję dosłownie za rzeczywistość.
A jaka była przyczyna tej paniki? Columbia Broadcasting nadał zbyt realistyczne słuchowisko radiowe, zatytułowane »Wojna światów i atak mieszkańców Marsa na Ziemię«. Zresztą pewną rolę odegrała tutaj także niedawna psychoza wojenna oraz łatwowierność ludności”.

Czytałam to kilka lat temu, gdy zbierałam materiały do „Tylko dzięki miłości” (tam ten artykuł jest zreprodukowany), i śmiałam się sama do siebie. Dziś mi nie do śmiechu. Słucham komunikatów w radiu wygłaszanych grobowym głosem i chciałabym, żeby to było słuchowisko.
Nie atakują nas Marsjanie ani wymyślone przez Wyndhama tryfidy (mięsożerne rośliny umiejące się przemieszczać i porozumiewać między sobą oraz mające trującą wić zdolną zabić człowieka), za to coraz bardziej realny staje się scenariusz nakreślony w „Dniu tryfidów” albo ten z „Ostatniego brzegu” Shute’a: zginiemy od własnej broni – może po „przelocie komety” (to spektakularne zjawisko podziwiali w „Dniu tryfidów” ludzie na całym świecie, a na drugi dzień obudzili się ślepi), może od promieniowania po wojnie nuklearnej na drugim końcu świata (jak Australijczycy w „Ostatnim brzegu”), może z powodu wirusów lub bakterii wyhodowanych w tajnych laboratoriach. Albo wymrzemy po wprowadzeniu nowego nawozu sztucznego, który dziesięciokrotnie zwiększy plony, lecz po jakimś czasie odbierze nam płodność, po zastosowaniu nowego środka ochrony roślin, który wygubi owady (i wtedy umrzemy z głodu), albo nowego sposobu karmienia zwierząt hodowlanych, które zapadną na śmiertelną chorobę i nas nią zarażą.

Niedawno przestałam słuchać Trójki, której wierną słuchaczką byłam od lat. Dziś przeczytałam, że byli trójkowi dziennikarze i prezenterzy z pomocą słuchaczy zakładają nowe radio: z dobrą muzyką, mądrymi audycjami, bez polityki i reklam.
Jako jednostki możemy wiele. Jako ludzie możemy wszystko.

Niedawno na Floriańskiej było tak

Dziś ulice Krakowa są puste. Komunikacja miejska została ograniczona do minimum, o północy jest wyłączane oświetlenie ulic. (Siedzę w domu, jak wszyscy, zdjęcia wzięłam z „Gazety Wyborczej”).

Jak będzie jutro?

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

Zdrowych Świąt!

W tym roku wszystko jest inaczej. Puste ulice, puste kościoły. Zakupy, jeszcze niedawno załatwiane mimochodem, stały się problemem. Wróciły kolejki. Brakuje drożdży. Przerabialiśmy to dawno temu i dawaliśmy radę. Teraz też sobie poradzimy. Dbajmy o siebie i liczmy na siebie.

W tym roku wielu z nas po raz pierwszy ugotuje żurek, upiecze ciasto. Babka nie będzie taka ładna jak z cukierni, za to jej zapach rozniesie się po całym domu.

Kochamy naszych bliskich, więc te święta spędzamy z dala od nich. Obyśmy wszyscy spotkali się przy stole, gdy TO minie.
Zdrowych, spokojnych Świąt!

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

Język polski. Cz. 2: Wszyscy jesteśmy redaktorami

Sprawdzamy dziecku zadanie domowe z polskiego. Piszemy w pracy ważne pismo. Układamy list do firmy, w której mamy nadzieję pracować. Piszemy e-mail do kogoś, na kim chcemy zrobić wrażenie. W takich chwilach jesteśmy redaktorami – sprawdzamy, czy tekst jest zrozumiały, logiczny, czy nie ma w nim błędów.
Od zawodowego redaktora różnią nas wtedy dwie rzeczy: nikt nam za to nie zapłaci (choć można uznać za zapłatę szóstkę dziecka albo pochwałę przełożonego) i nie mamy wsparcia korekty, choć bardzo by się przydało, bo najtrudniej redaguje się własny tekst (wiem z doświadczenia, że swoich błędów się nie widzi).
Od ponad trzydziestu lat pracuję jako redaktorka i ten zawód uważam za główny. Fantastyczna praca, w której nie ma nudy. Każdy nowy tekst, który dostaję do zredagowania, jest jak pudełko z prezentem – nie wiem, co jest w środku, ale zawsze mnie cieszy. Potem mogę rwać włosy z głowy, gdy co zdanie, to problem, lecz kiedy za jakiś czas ktoś z wydawnictwa dzwoni i mówi: „Mam dla pani nową książkę do redakcji”, serce bije mi szybciej. Praca nad tekstem nigdy mi nie spowszednieje.
Siedząc w domu, można przede wszystkim czytać, można ćwiczyć jogę albo uczyć się języków. Nie jestem specjalistką od ćwiczeń fizycznych ani od od nauki języków obcych, lecz na redagowaniu dobrze się znam. Prowadziłam też kiedyś – kilka lat z rzędu – warsztaty dla początkujących redaktorów. Niektórzy pracują w tym zawodzie, niektórzy robią co innego, ale nawet wtedy, jak mi donoszą, wiedza wyniesiona z warsztatów im się przydaje.
Dlatego pomyślałam, że co jakiś czas napiszę o redagowaniu – o jego zasadach, o języku polskim. I tak jak na warsztatach, zadam coś do zrobienia w domu 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

Język polski. Cz. 1: Korektorki przy tym nie było

Siedzimy zamknięci w domach i każdy znosi to inaczej. Rodzice są udręczeni zastępowaniem nauczycieli, ci, którzy przyzwyczaili się wychodzić na cały dzień i mieszkanie traktują jak sypialnię, czują się pewnie jak w klatce. W lepszej sytuacji są ci, którzy już wcześniej pracowali wyłącznie w domu, tacy jak redaktorzy i redaktorki, korektorzy i korektorki, nie mówiąc o pisarzach.
Kiedy kończyłam studia, promotorka mojej pracy magisterskiej zapytała, czy chciałabym pisać doktorat, czy może wolałabym pracować w wydawnictwie, bo jeśli to drugie, to mnie zaproteguje. Chciałam i to, i to. Przez rok byłam wolnym słuchaczem i myślałam o doktoracie, jednocześnie pracując na pół etatu. Potem wydawnictwo zaproponowało mi cały etat. Nie wahałam się ani sekundy.
W tamtych czasach wydawnictwa były na państwowym garnuszku, nie liczyły kosztów i mogły sobie pozwolić na zatrudnianie stu i więcej pracowników, a nawet na uczenie adeptów redaktorskiego fachu. Przechodziło się od sekretariatu (prace biurowe, przepisywanie na maszynie korespondencji z autorami, rozliczenia finansowe itp., itd.) przez korektę do którejś redakcji.
Korekta mieściła się w dużej jasnej sali. Blisko stojące biurka i grobowa cisza. Słychać było tylko szelest kartek i skrobanie ołówków. Nie od razu robiło się prawdziwą korektę – każdy zaczynał od czytania tekstu, który już się ukazał albo jednocześnie był czytany przez doświadczoną osobę. Potem – jak w szkole – ktoś sprawdzał pracę i omawiał z nowicjuszem wszystkie błędy. Zasady pisowni i interpunkcji stanowiące wstęp do słownika ortograficznego trzeba było znać na wyrywki, a słownik poprawnej polszczyzny musiał się stać ulubioną lekturą.
Początki nie były łatwe. Spełniałam jednak podstawowy warunek – jestem wzrokowcem, poza tym byłam świeżo po studiach, przyzwyczajona do ciężkiej pracy (łacińskich słówek albo odmiany części mowy w języku staro-cerkiewno-słowiańskim nie da się wydedukować, trzeba się tego nauczyć na pamięć). Najtrudniejsze okazało się czytanie wciągających tekstów. Zapominałam, że mam robić korektę, po prostu sobie czytałam. Jaka to różnica? Ogromna. Gdy robimy korektę, czytamy każdą literę, gdy czytamy dla przyjemności, przelatujemy wzrokiem po wyrazach i w dużej części zgadujemy, dlatego rozumiemy tekst z literówkami i błędami, taki jak ten:

„Na naszych oczach rozwiewa sie jak dym paradygamt cywilizacyjny, który nas ksztaltował przez ostatnie dwieście lat: że jesteśmy panami stworzenia, mozemy wszystko i świat należy do nas” – pisze Olga Tokarczuk w felietonie dla „Frankfurter Algemeine Zeitung”, który udostepniła również na swoim Facebooku.
„Nadchodzą nowe czasy” – kończy noblistka. I brzmi to jak ostrzeżenie.
Ale my – póki co – czekamy, majac naiwną nadzieje, że jak to się skończy, wszytko wroci do normy.


Powyższe zdania są zrozumiałe, choć zawierają dziesięć literówek. Korektorka (używam rodzaju żeńskiego, bo to wyjątkowo sfeminizowany zawód) nie poprzestanie jednak na ich poprawieniu.
Zauważy też „póki co”. To rusycyzm – ostatnio się pleni! – którego nie powinno być w tekście pisanym. Nie mieści się on nawet w tak zwanej normie użytkowej stawiającej mniejsze wymagania mówiącym niż język literacki. Należy do obszaru najbardziej potocznej, niedbałej polszczyzny.
Potem korektorka zmieni potoczne „jak to się skończy” na „kiedy to się skończy”.
Czy to koniec? Nie, bo w zdaniach: „pisze Olga Tokarczuk w felietonie dla »Frankfurter Allgemeine Zeitung«, który udostępniła również na swoim Facebooku” kryje się błąd gramatyczny. Nie widać go? Zmienimy je odrobinę: „pisze Olga Tokarczuk w felietonie dla frankfurckiego dziennika, który udostępniła również na swoim Facebooku” i już wszystko widać jak na dłoni. Udostępniła dziennik? Oczywiście nie dziennik, lecz felieton. Pisząc, zapominamy, że zaimek „który” odnosi się do ostatniego zgodnego gramatycznie rzeczownika w zdaniu nadrzędnym, czyli tu do „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. Gdyby Olga Tokarczuk napisała felieton dla „Gazety Wyborczej”, gramatycznie sprawa byłaby prosta: „pisze Olga Tokarczuk w felietonie dla »Gazety Wyborczej«, który udostępniła również na swoim Facebooku”, jeśli jednak mamy dwa rzeczowniki w rodzaju męskim, powinno być na przykład: „pisze Olga Tokarczuk w felietonie dla frankfurckiego dziennika, który to felieton udostępniła również na swoim Facebooku”.

„Na naszych oczach rozwiewa się jak dym paradygmat cywilizacyjny, który nas kształtował przez ostatnie dwieście lat: że jesteśmy panami stworzenia, możemy wszystko i świat należy do nas” – pisze Olga Tokarczuk w felietonie dla „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, udostępnionym również na jej Facebooku.
„Nadchodzą nowe czasy” – kończy noblistka. I brzmi to jak ostrzeżenie.
Ale my na razie czekamy, mając naiwną nadzieję, że kiedy to się skończy, wszystko wróci do normy.

PS Tekst jest autentyczny, dodałam jedynie literówki.
PS 2 Literówki wydają się niegroźne, dopóki się nie zobaczy tytułu takiego jak ten:
Nie tylko Rafała Zawieruch i Joanna Kulig. Oni też zagrali w zagranicznych filmach i nie zostali „wycięci”

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

Śmiech to zdrowie

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

Żegnaj, Trójko!

We wtorek po drugiej z drżeniem serca włączyłam radio. Od zawsze ustawione na Trójkę. Zamiast Wojciecha Manna i Anny Gacek usłyszałam Tomasza Żądę – „W tonacji Trójki” znikło bez słowa wyjaśnienia, po prostu przedłużono „Muzyczną pocztę UKF”.

Miałam nadzieję, że nikt nie zadzwoni z prośbą o piosenkę. Tomasz Żąda zaczął audycję od „Schodów do nieba”. Nigdy mi się tak nie dłużyły. Potem była piosenka na prośbę pana Rafała – chyba przesłaną już dawno. A potem zadzwonił pierwszy łamistrajk. Miłosiernie nie podano na antenie jego imienia ani nazwiska. Rozbrzmiała „Samba Pa Ti”, którą lubię. Wyłączyłam radio.

Tyle wspaniałych audycji było w Trójce: „Codziennie powieść w wydaniu dźwiękowym”, „Nocny Marek”, powieść w odcinkach tuż przed dwunastą, „60 minut na godzinę”, „Studio 202”, „Opera tygodnia”, „Prywatnie u…”, „Pani Magdo, pani pierwszej to powiem”, „Pod dachami Paryża”, „Muzykobranie”, „Teatrzyk Zielone Oko”, „Czas relaksu” i dziesiątki innych. Tylu wspaniałych radiowców, którzy odeszli lub zostali wyrzuceni.

Przedwczoraj przeczytałam, że Wojciech Mann po 55 latach pracy odchodzi z Trójki, i to wcale nie dlatego, że osiągnął wiek emerytalny. Zostały mi już tylko audycje Marka Niedźwieckiego i „Lista wszech czasów”.

Jest taka francuska piosenka o lilii, która wyrosła na brzegu stawu. Liczba lilii codziennie się podwajała, jednak nikt tego nie zauważał. Ludzie zaniepokoili się dopiero, gdy staw był zarośnięty do połowy. Ale wtedy już nic nie dało się zrobić. Na drugi dzień staw zniknął.

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz

A w górach śnieg

Tej zimy w Krakowie nie ma zimy. Raz czy dwa śnieg na chwilę pobielił dachy, i tyle. Na szczęście przebiśniegi – choć nie miały przez co się przebić – zakwitły jakby nigdy nic.

A w górach pada śnieg. Jest pięknie!

Zaszufladkowano do kategorii Blog | Dodaj komentarz