Miłość w cieniu wielkiej wojny

Prolog
Sztandar ze spódnicy

Był luty 1793 roku.
Z wysokiego parteru Pawilonu Flory w pałacu Tuileries dobiegały podniesione głosy:
– Łotr!
– Łajdak!
– Gdybym chciał, napisałbym taki akt oskarżenia, że od razu trafiłbyś na gilotynę!
– Napisz, bardzo proszę! Nie boję się ani ciebie, ani twoich przyjaciół! Też mi dyktatorzy! Śmiechu warte!
– Żądam usunięcia obywatela Brissota z komitetu!
– Wylecisz stąd przede mną, Saint-Just!
– Ty marny dziennikarzyno! Wychowanku klechy! Zaraz cię zrzucę z tej trybuny!
W sali powstał tumult.
– Na gilotynę z nim!
– Dziennikarzyna?! Znają go w całej Europie!
– I w Chinach!
– I wśród dzikusów nad Orinoko!
– Szubrawcy!
– Durnie i ignoranci!
Jegle cofnęła się kilka kroków i stanęła na palcach, żeby zajrzeć do sali. Widziała tylko czubki głów. Wyciągnęła szyję, dała jeszcze krok w tył, potem drugi, trzeci…
– Och! Najmocniej pana przepraszam! – zawołała do mężczyzny, na którego wpadła.
Mężczyzna schylił się po kapelusz, który strąciła mu z głowy.
– Stąd nic nie widać i niewiele słychać – powiedział z uśmiechem. – Cudzoziemka, prawda? – spytał bezceremonialnie.
Policzki Jegle spłonęły rumieńcem. Niemodna sukienka, dziecięcy kapelusz i odziedziczona po babci torebka wyróżniały ją w tłumie. Czuła się śmiesznie prowincjonalna. Wolałaby mieć na sobie trójkolorową spódnicę, czepek z kokardą narodową i fartuch. Gdyby wyglądała jak sankiulotka, nabrałaby pewności siebie.
– Tak – odrzekła, dygając odruchowo.
„Czemu zachowuję się jak mała dziewczynka?” – pomyślała i jeszcze bardziej się zaczerwieniła.
Przełknęła ślinę i z udawaną swobodą spytała:
– Jak pan zgadł?
– Bo my tutaj mówimy sobie „ty” albo „obywatelu”. Jeśli tak nie mówisz, to jesteś arystokratą lub cudzoziemcem.
Jegle spojrzała na szary płaszcz z doskonałego sukna, śnieżnobiałą koszulę, wysokie myślące czoło, wypielęgnowane dłonie. Ten mężczyzna, choć miał na sobie sankiulockie spodnie do kostek i nie nosił rękawiczek, nie był człowiekiem z ludu.
– Dziękuję za radę, obywatelu.
W ostatniej chwili powstrzymała się przed dygnięciem.
– Pani jest Angielką? – spytał, patrząc na jej blond włosy, zielone oczy i niemuśniętą szminką twarz. – Jeśli chciałaby pani zobaczyć obrady Konwentu…
„Pani? Jest pan arystokratą czy cudzoziemcem?” – pomyślała.
Odczytał to pytanie z jej spojrzenia i uśmiechnął się.
Jegle lubiła ludzi, którzy uśmiechają się nie tylko wargami. Twarz mu się rozjaśniła, oczy rozbłysły i nagle, choć na pewno przekroczył czterdziestkę, wydał jej się młodym człowiekiem.
– Jegle?! Jegle! Na litość boską, wszędzie cię szukam! – rozległo się po polsku za jej plecami.
– Och, Maryniu, odeszłam tylko kawałek. Nie jestem dzieckiem, nie zgubię się.
– Łaskawe panie pozwolą, że się przedstawię: Jean-Louis de Voss. – Mężczyzna skłonił głowę. – Gdyby chciały panie zobaczyć Konwent albo posiedzenie jakiegoś klubu, służę swym towarzystwem.
Jegle przez chwilę walczyła z sobą. Choć nie wypadało, miała wielką ochotę skorzystać z propozycji pana de Vossa. Obrady Konwentu były otwarte i już dwa razy oglądała je z miejsca dla widzów. Teraz chciałaby zobaczyć spotkanie jakiegoś klubu, najlepiej jakobinów. Pan Dominik Radłowski, mąż Maryni, mówił, że w tym klubie dyskutuje się o najważniejszych dla Republiki sprawach, a przy tym nierzadko beszta ministrów, generałów i posłów. Że zacni i szanowani ludzie przestają przychodzić na zebrania, bo do klubu przyjmuje się teraz ludzi o złej sławie, ekstrawaganckich, po prostu wariatów, którzy za nic mają parlamentarne maniery.
Kiedy usłyszała od pana Dominika, że wielu funkcjonariuszy rządowych nie umie czytać i zwracając się do nich, można się wylegitymować choćby efektownym kawałkiem starego afisza, przed kilkoma dniami spróbowała w ten sposób wejść do pałacu Tuileries na naradę jakiegoś komitetu. Serce mocno jej biło, gdy podała odźwiernemu zaproszenie na herbatę do księżnej Lubomirskiej. Ten kilka razy obrócił je w rękach, potem rzekł: „Poczekaj tu, obywatelko. Pójdę zapytać przewodniczącego”. Gdy tylko zniknął za drzwiami sali posiedzeń, Jegle uciekła. „Gdybym była mężczyzną, po prostu by mnie wpuścił” – pomyślała.
– Bardzo dziękujemy, panie de Voss, lecz nie możemy skorzystać z pańskiej uprzejmej propozycji – powiedziała Marynia. – Miło nam było pana poznać. Do widzenia.
Przez głowę Jegle przebiegła zuchwała myśl, by się przedstawić i przyjąć propozycję pana de Vossa. Dlaczego mężczyznom tyle wolno, a kobietom nic nie wypada?
– Chodźmy – rzekła Marynia, biorąc ją pod rękę.
Gdy odeszły kilkanaście kroków w głąb ogrodu Tuileries, karcąco spojrzała na Jegle.
– Nie nabieraj rewolucyjnych obyczajów, moja droga. Twojemu ojcu to by się nie spodobało. – Westchnęła. Wujowi Wincentemu nic się nie podobało. – Czemu powiedziałaś „obywatelu” do tego de Vossa czy jak mu tam?
– Zwrócił mi uwagę, że w Paryżu trzeba mówić „ty” albo „obywatelu”.
– Co za bzdura! Nie ma takiego nakazu. W restauracji Pod Koroną, to znaczy teraz Pod Równością, jakiś stary kelner mówił do gości „panowie”. Kilku się oburzyło, nazwało go niewolnikiem i złożyło doniesienie do sądu. I wiesz, sędzia orzekł, że żaden dekret nie nakazuje, by mówić sobie „ty”, że to sprawa najzupełniej dobrowolna. – Marynia uśmiechnęła się do Jegle. – To co? Idziemy na zebranie klubu Sióstr Konstytucji?
Jegle westchnęła w duchu. Zebrania tego klubu rozczarowały ją. Na pierwszym członkinie dyskutowały o obsadzie amatorskiego przedstawienia teatralnego, na drugim darły szarpie i szyły bieliznę dla walczących z Austriakami żołnierzy.
– Może przejdziemy się po ogrodzie? Wolałabym zaczerpnąć powietrza – powiedziała.
Zazdrościła swojej kuzynce. Nie chodziło nawet o paryskie życie, lecz o swobodę. Marynia była mężatką i mogła sama jeździć po mieście, decydowała o wszystkim w domu, dostawała od męża pieniądze na drobne wydatki, a on nigdy jej z nich nie rozliczał. Może dlatego że w połowie był Francuzem i wychował się w Paryżu, w domu przy rue des Vieux Augustins, gdzie Jegle teraz mieszkała?
Kobiety w Paryżu grały pierwsze skrzypce. Kilka dni wcześniej Jegle widziała, jak tłum napadł na sklepy na ulicy Saint-Honoré. Mężczyźni tylko krzyczeli, że kupcy to pijawki wysysające krew ludu, że trzeba z nimi zrobić porządek. Ale to kobiety weszły do sklepów, zarządziły, że wszyscy mają ustawić się w kolejce, a potem kazały subiektom podawać towary i mówiły, ile kto ma zapłacić za mydło, ocet, korzenie, cukier czy kawę. To one śpiewały, śmiały się i żartowały, stojąc godzinami w kolejce po chleb. To kobieta przepędziła gazeciarza, który przed piekarnią, dwa domy od domu Maryni, przez cały ranek wykrzykiwał o skazaniu na śmierć jej właściciela, a żona piekarza stała w oknie i płakała.
Brat Jegle Franek przez rok mieszkał w Paryżu, u Maryni, i po powrocie opowiadał, w jakim pędzie żyje to miasto, jakie jest nowoczesne, inne od wszystkich miast w Europie. Jegle słuchała, myśląc, że nigdy tego nie zobaczy. Tymczasem w listopadzie zeszłego roku szykujący się do wyjazdu do Lipska ojciec kazał znieść ze strychu drugi kufer i oznajmił, że ją z sobą zabiera i że z Lipska pojadą do Francji.
Paryż w pierwszej chwili rozczarował Jegle. Miasto było brudne, bruki nędzne, ulice zatłoczone marnymi pojazdami, chodniki pełne bosych żebraków, a paryżanie bez ostrzeżenia wyrzucali śmieci przez okno. Teraz, gdy się tu trochę zadomowiła, wszystko widziała inaczej. Czuła się wolna jak ptak, oddychała pełną piersią. Tu powietrze było świeższe niż gdziekolwiek na ziemi, gdyż nie napotykało żadnych barier. Robotnicy burzyli stare mury przegradzające ulice, a Konwent znosił mury międzystanowe. Nawet w kościele widziała raz otwarte tabernakulum – „by Pan Bóg nie czuł się zamknięty i odgrodzony od świata”, jak jej wyjaśniono.
Tylko czasem nachodziły ją wątpliwości. Czy rzeczywiście wszystko powinno być na widoku? Czy skuwanie z murów pięknych francuskich lilii przynosi coś dobrego? I najważniejsze – czy składanie ślubów zakonnych jest niezgodne z prawem naturalnym, jak twierdził francuski rząd? Bo co do tego, że w społeczeństwie zakonnice są do niczego nieprzydatne, na pewno się mylił.
– Tak mało się odzywasz – powiedziała Marynia. – Franek nieraz mi opowiadał, jaka jesteś mądra, ile czytasz…
Na wspomnienie brata oczy Jegle napełniły się łzami. To dzięki niemu wiedziała, co to jest Deklaracja praw człowieka i obywatela i czym się różnią jakobini od żyrondystów.
– To, co wiem, to kropelka, a to, czego nie wiem, to całe morze – odrzekła cicho.
Marynia spojrzała na nią ze współczuciem.
„Biedactwo! – pomyślała. – Straciła brata i babcię, najbliższych sobie ludzi. Bo ojciec po tylu latach rozłąki stał się dla niej obcym człowiekiem. Dziwny jest ten wuj Wincenty. Czasem zachowuje się tak, jakby nie lubił własnej córki. No i ten klasztor… Jak można taką ładną dziewczynę zamykać za kratą! Do tego ona ma dopiero szesnaście lat! Niczego jeszcze nie przeżyła. Czy ja dziewięć lat temu, gdy byłam w jej wieku, wiedziałam, czego naprawdę chcę? Skąd!”
– Słyszałaś, że w lipcu zeszłego roku bojkotowano ten ogród? – spytała, by odciągnąć myśli Jegle od świeżej żałoby. – Zawsze było w nim tłoczno, a tu nagle ani żywej duszy. Ktoś otoczył go wstążką, tak jakby rodzina królewska mieszkająca tu wtedy w pałacu zapadła na dżumę. Widziałam raz, jak jakiś nieostrożny młodzian przekroczył ten sanitarny kordon. Ludzie zaczęli wrzeszczeć: „Na latarnię z nim!”. Wtedy natychmiast się cofnął, zdjął buty i demonstracyjnie otarł je chustką z piasku. Wszyscy zaczęli wołać: „Brawo! Niech żyje dobry obywatel!”.
Jegle uśmiechnęła się blado.
Spacerowały wśród obrzeżonych bukszpanem kwater wypełnionych kwitnącymi już tulipanami. Jegle z zachwytem patrzyła na lśniące czerwone i żółte kwiaty.
„W Jeglach i w Koborowie leży jeszcze śnieg” – myślała.
Podczas rewolucyjnych zamieszek zburzono część murów otaczających ogrody klasztoru Sióstr Wniebowzięcia i teraz ogród Tuileries niemal się z nimi łączył. Jegle, idąc z Marynią kamienną alejką do powozu, zastanawiała się, co się dzieje z zakonnicami, które kiedyś chodziły po tych ścieżkach.
Skromne lando z podniesioną czarną budą czekało na nie opodal zmienionego w koszary kościoła Notre Dame de l’Assomption. Podczas jazdy ulicą Saint-Honoré Jegle siedziała ze spuszczonymi oczami. Bała się częstego tu widoku: telepiącego się po bruku katowskiego wózka wiozącego skazańców na gilotynę ustawioną na placu Rewolucji. O tej gilotynie Franek jej nie wspomniał, tak samo jak o innych złych rzeczach towarzyszących rewolucji, o których usłyszała dopiero od kuzynki.
Marynia omijała plac Rewolucji. Tylko raz tamtędy przejeżdżały. Gdy Jegle zobaczyła gilotynę, bardziej przerażający niż jej ostrze i poplamiony krwią szafot wydał jej się tłum czekający na widowisko.
Z początku kiedy widziała czerwone wózki wiozące skazańców, z całych sił starała się wierzyć, że ci ludzie są winni, że sędziowie słusznie skazali ich na śmierć, że nie trzeba się nad nimi litować. Straciła tę wiarę, przysłuchując się rozmowom ojca z mężem Maryni i z generałem Tadeuszem Kościuszką o procesie króla Ludwika. Żaden z nich nie był rojalistą, mimo to zgodnie twierdzili, że proces był farsą.
Ludwik XVI jechał tędy przed miesiącem na miejsce straceń. Tamtego styczniowego dnia w domu Maryni panował żałobny nastrój. Jegle cały ranek modliła się za duszę króla i za jego uwięzioną w Temple rodzinę. Kiedy koło południa stanęła w oknie, zobaczyła ludzi wracających z placu Rewolucji. Szli, trzymając się pod ręce, śmiejąc się, rozmawiając poufale, tak jak się wraca z jakiegoś święta. Na ich twarzach nie było żadnych śladów zmieszania. A wieczorem przedstawienia teatralne odbywały się jak zwykle.
– O czym tak dumasz? – spytała Marynia, patrząc na milczącą Jegle.
– O tym, że Franek inaczej widział Paryż niż ty. Albo może nie chciał mnie zasmucać, opowiadając o złej stronie rewolucji.
„Jaka ona do niego podobna! Te same oczy, ten sam profil” – pomyślała Marynia.
Los jest niesprawiedliwy! Franek nie powinien był zginąć w jakiejś nieważnej bitwie gdzieś na Ukrainie.
Westchnęła, wyciągnęła ręce i uścisnęła dłonie kuzynki.
– Wiesz, jakie są teraz najmodniejsze imiona w Paryżu? – spytała, by ją trochę rozweselić.
Jegle potrząsnęła głową.
– Pika dla dziewczynki i Trikolor dla chłopca. – Marynia znowu westchnęła. – O, spójrz! Widzisz tych ludzi? – Nachyliła się, pokazując na dwóch mężczyzn wychodzących z kawiarni. – Ten rozchełstany, w kaszkiecie to Marat, dziennikarz, który wydaje „Przyjaciela Ludu”, tę okropną, krwiożerczą gazetę. Drugi to François Chabot, ekskapucyn i hulaka lubiący towarzystwo dam niewielkiej cnoty. – Marynia urwała. To nie były szczegóły dla uszu przyszłej zakonnicy. – Wiesz, jak ludzie mówią na tych posłów z Konwentu? – dodała szybko. – Bosa hołota. Większość nie ma innego powozu jak własne kalosze i parasole.
– Myślisz, że kobiety będą kiedyś posłami? – spytała Jegle.
– Kto by wtedy zajmował się domem? Wiesz, że Konwent obraduje codziennie od rana do nocy. Poza tym ile tam brutalności i obelg! To nie jest miejsce dla kobiety.
– Twój mąż mówił, że w niektórych gminach kobiety mogą głosować.
– Tylko w niektórych i tylko wdowy, które stoją na czele rodziny. Jeśli powiesz coś takiego przy ojcu, pomyśli, że to ja nabiłam ci tym głowę.
– Nie powiem.
W domu Jegle zmieniła czarną przedpołudniową suknię na czarną popołudniową. Nie czekając na dzwonek na obiad, poszła do jadalni.
Z salonu dobiegały męskie głosy – lekko zachrypnięty baryton ojca i tenor pana Dominika Radłowskiego. Zapach kawy wskazywał, że jest tam też generał Kościuszko. Pił kawę kilka razy dziennie i sam ją parzył na różne sposoby.
Jegle usiadła na krześle przy drzwiach między jadalnią a salonem, by słyszeć rozmowę.
Wiedziała, że generał Kościuszko przyjechał do Paryża w tajnej misji – chciał w Polsce wywołać powstanie, aby odzyskać ziemie stracone po rozbiorze. Gdyby Francja wsparła powstańców, rzecz byłaby do pomyślenia. Ojciec Jegle, dawny towarzysz broni generała podczas wojny w Ameryce, całym sercem zaangażował się w te projekty, tak samo jak pan domu.
– Wyobraźcie sobie, że wprost zażądał łapówki. Mówię do niego: „Myślałem, obywatelu, że pieniądze wam śmierdzą”, a on mi na to: „Nikomu nie śmierdzą. Są w niewłaściwych rękach”.
– Tylko biura Ministerstwa Wojny z honorem bronią jakobińskiej nieprzekupności – zgodził się pan Dominik.
– Żeby chodziło jedynie o pieniądze – ciągnął ojciec Jegle. – Najgorsza jest ta biurokratyczna mitręga. Odsyłają od Annasza do Kajfasza i po trzech miesiącach zabiegów ciągle nic nie jest załatwione.
– Porządny człowiek, wiedzący jak należy pracować, wychodzi z tych biur ze ściśniętym sercem – z westchnieniem zauważył generał Kościuszko.
– Niektórzy urzędnicy ledwie umieją się podpisać – sarknął ojciec Jegle. – A większość to żałosne kreatury, które nawet nos boją się wytrzeć bez rozkazu Konwentu.
– Słyszałem dziś kapitalną historię – powiedział pan Dominik. – Otóż w jednej z gmin departamentu Haute-Marne zebrała się rada, żeby zrobić listę podejrzanych. W okolicy nie było szlachty ani nikogo, kto by się nadawał do wpisania na nią. Ale odesłanie do Paryża formularza z adnotacją „nie ma” jest ryzykowne, bo można zostać oskarżonym o brak rewolucyjnej gorliwości, więc rada postanowiła wytypować podejrzanego przez losowanie. I pech chciał, że ten los wyciągnął mer!
Panowie się zaśmiali i w tej samej chwili rozległ się dzwonek na obiad.
Przy stole Jegle siedziała naprzeciwko generała Kościuszki. Słysząc od ojca, jakim jest nieustraszonym żołnierzem, wyobrażała sobie jakiegoś olbrzyma. Tymczasem Kościuszko był niepozorny – szczupły, niewysoki. Mimo nieregularnych rysów i zadartego nosa przyciągał spojrzenia kobiet. Jegle podobała się jego żywa mimika, gęste niepudrowane włosy bez śladu siwizny i niezwykle wyraziste niebieskie oczy.
Jakby czując na sobie jej wzrok, zwrócił się do niej:
– Słyszałem, że była pani na dwóch posiedzeniach Konwentu. Jak je pani znajduje? – zapytał.
Jegle zerknęła na ojca. Był zajęty rozmową z gospodarzem, odrzekła więc szczerze:
– Myślałam, że będzie trochę jak w kościele: uroczyście, poważnie, dostojnie. Tymczasem sala wyglądała jak wielka ulica, po której ludzie chodzą bez ładu i mówią wszyscy naraz.
– Wszyscy są wolni i równi i wszyscy, jak to Francuzi, zanim zaczną słuchać, pragną, aby ich wysłuchano – zaśmiała się Marynia.
– A o czym dyskutowano? – spytał generał, uśmiechając się do Jegle.
Zawsze był bardzo uprzejmy, pełen galanterii. Jegle słyszała, jak kiedyś mówił, że płeć piękna jest ozdobą rodzaju ludzkiego.
– O rewolucyjnej ekonomii – odrzekła. – Jeden z posłów przekonywał, że trzeba powiększyć produkcję rolną i w związku z tym zwiększyć powierzchnię pól. Wydawało mi się, że ma rację, dopóki nie powiedział, jak to trzeba zrobić.
Jegle, wychowana na wsi i dopuszczana przez babcię do wszystkich gospodarskich spraw, słuchała bezsensownych projektów z oburzeniem. Gdyby była posłem, przerwałaby temu nieukowi.
Aż się zaczerwieniła na wspomnienie swojej irytacji i poczucia niemocy.
– Zaproponował, żeby osuszyć i zasypać wszystkie stawy, bo są niepotrzebne. Przecież nie trzeba już jeść ryb, skoro skasowano wymyślone przez klechów bezsensowne posty. Chciał też wyciąć winnice, zaorać pastwiska, a w parkach sadzić tylko kapustę i cebulę…
– Wystarczy, Jegle – rozległ się spokojny, ale lodowaty głos pana Wincentego. – Młode panienki szybko przejmują rewolucyjne obyczaje. Pora wracać do domu, bo mi się córka rozpuściła jak dziadowski bicz – dodał ze sztucznym uśmiechem.
– Panna Jegle jest bystrą obserwatorką i ma rację, że ten poseł to osioł – powiedział generał Kościuszko.
Jegle spojrzała na niego z wdzięcznością, ale do końca obiadu nie odezwała się już ani słowem.
Gdy wszyscy wstawali od stołu, ojciec dał jej znak, by została w jadalni.
– Nie pochwalam włóczenia się po miejscach pełnych ordynarnych mężczyzn i przysłuchiwania się mowom niedowarzonych polityków. Nic dobrego z tego nie wyniknie.
– Ojcze…
Uniósł dłoń, by ją uciszyć.
– Gdyby nie to, że mam tu jeszcze kilka spraw do załatwienia, wyjechalibyśmy jutro, zanim któregoś dnia, porwana rewolucyjnymi przemówieniami, wrócisz z miasta z piką w ręku albo uszyjesz trójkolorowy sztandar z własnej spódnicy.
Był taki sarkastyczny, oschły i obcy. Jegle rozpaczliwie zatęskniła za babcią, za jej łagodnymi połajankami, które kończyły się przytuleniem i całusami.
– Koniec z Konwentem i z tym idiotycznym kobiecym klubem. Koniec z popisami przy stole. Trochę więcej pokory. To zaleta niewiast.
Jegle łzy stanęły w oczach.
– Ale generał Kościuszko spytał mnie…
– Mogłaś grzecznie odpowiedzieć, zamiast dawać nam wykład. W dodatku bezsensowny. Mówisz o rzeczach, na których się nie znasz.
Łzy Jegle obeschły. Był niesprawiedliwy! Poczuła gniew.
– Swobodne wyrażanie myśli i poglądów jest jednym z najcenniejszych praw człowieka – zacytowała Deklarację praw człowieka i obywatela, zanim zdążyła ugryźć się w język.
Szare oczy ojca stały się zimne jak dwa kawałki lodu.
– Kobieta wygłaszająca swoje zdanie jest jak pies stojący na tylnych łapach. To nienaturalne i nie dziw, że marnie mu to wychodzi. – Popatrzył na Jegle niemal nienawistnie. – Gdyby nie to, że księżna Lubomirska zaprosiła cię dziś do teatru, nie opuściłabyś tego domu do dnia naszego wyjazdu.
Jegle spuściła głowę.
– Przygotuj się do wyjścia. Powóz księżnej nie powinien na ciebie czekać.
Odwrócił się i wyszedł z jadalni.

*

– Ojciec dał ci reprymendę? – spytała Marynia, gdy we troje, z jej mężem, wchodzili do Comédie-Française.
Jegle kiwnęła głową.
– Zabronił mi opuszczać dom.
– Dominiku, mój złoty! – Marynia zwróciła się do męża. – Spróbuj udobruchać wuja Wincentego! Może zmieni zdanie. Jegle nie po to tu przyjechała, żeby siedzieć w domu.
– Dziękuję – powiedziała Jegle, myśląc, że próba udobruchania ojca jest z góry skazana na niepowodzenie.
Pierwszą osobą, którą zobaczyli w foyer, była księżna Rozalia Lubomirska. Księżna, rówieśnica Maryni i matka, wyglądała, jakby nie przekroczyła dwudziestego roku życia. Miała wspaniałą figurę i rudoblond włosy, a lat ujmowało jej także zachowanie pełne płochej niefrasobliwości. Było tajemnicą poliszynela, że nudzi się w małżeństwie z księciem Aleksandrem, a w Paryżu chętnie spędza czas w towarzystwie swego kochanka, niezwykle przystojnego i wykształconego hrabiego Tadeusza Mostowskiego.
Tego wieczoru miała na sobie lekką suknię à la antique ze srebrzystego jedwabiu i złoto-czerwony kaszmirowy szal. Na widok swych gości puściła ramię kochanka.
– Jakże się cieszę, że państwa widzę! Nie zgadną panie, kogo przyprowadziłam. – Wzięła pod ręce Marynię i Jegle. – To ktoś, kto marzy o poznaniu pań. Poruszył całe miasto, żeby się dowiedzieć, kim są dwie tajemnicze piękności, które dziś spotkał w ogrodzie Tuileries. Błagał mnie, żebym go paniom przedstawiła. Panie pozwolą, hrabia Jean-Louis de Voss.
Jegle od razu poznała mężczyznę, któremu zrzuciła kapelusz, usiłując zajrzeć do Pawilonu Flory.
Pan de Voss powiedział kilka komplementów Maryni, która rzeczywiście ładnie wyglądała w sukni z jasnozielonej tafty, skrojonej na wzór angielskiego redingotu, potem zwrócił się do Jegle.
– Panna Jegle Aniszewska – powiedział. – Chciałbym się nauczyć prawidłowo wymawiać pani nazwisko.
– Mówiłam panu: Ha-ni-szew-ska – wtrąciła się księżna ze śmiechem. – Przy kolacji posadzę pana koło panny Jegle. Będzie pana uczyć aż do skutku.
W nowych teatrach, które wyrastały w Paryżu jak grzyby po deszczu, nie było lóż ani balkonów, gdyż te według rewolucjonistów gwałciły zasadę równości. Stare teatry, takie jak Comédie-Française, miały zostać przebudowane. Na razie jednak nie było na to pieniędzy.
Siedząc w loży, Jegle w zamyśleniu patrzyła na wspaniałe wnętrze, na publiczność hałaśliwą i rozmaitą jak chyba nigdzie na świecie. Były tu kobiety w wykwintnych toaletach i w codziennych sukniach, mężczyźni w perukach i z haftowanymi halsztukami pod szyją oraz sankiuloci w czapkach frygijskich.
– O czym pani myśli? – zapytał siedzący obok niej pan de Voss.
– O tym, że chyba ostatni raz w życiu jestem w teatrze – odrzekła bez zastanowienia.
– Dlaczego? Nie lubi pani teatru?
Jegle się zaczerwieniła. Ojciec miał rację – lepiej, żeby milczała. Jak wytłumaczyć obcemu mężczyźnie, któremu nie mogła się przecież zwierzać, że ojciec obwinia ją o śmierć matki i że za kilka tygodni na zawsze zamknie się za nią brama klasztoru?
Z opresji uratowało ją pojawienie się na scenie aktora. Publiczność zaczęła klaskać i tupać.
– Szanowni państwo… – zaczął.
Rozległy się gwizdy.
– Mówi się „obywatele”! – krzyknął ktoś.
Jegle uśmiechnęła się porozumiewawczo do pana de Vossa.
– Obywatele! Panna Claire jest niedysponowana…
– Żadna tam panna! – rozległy się głosy. – Obywatelka!
– Szanowni państwo! Obywatelka Claire jest niedysponowana i zastąpi ją dziś panna Sophie…
Gwizdy, tupanie i krzyki zagłuszyły aktora.
– Biedak – powiedziała księżna Lubomirska. – Nie może się pozbyć starych przyzwyczajeń.
Dawano Szkołę żon. Jegle po raz pierwszy widziała tę sztukę na scenie. Była kilka razy w teatrze w Pałacu Spiskim w Krakowie z bratem lub babcią, ale większość dramatów znała tylko z lektury.
Ceniła komedie Moliera za zdrowy rozsądek i za to, że budziły szczery śmiech. W tej Molier poszedł dalej niż w Szkole mężów. Tam Sganarelle pojawiał się tylko po to, żeby było się z kogo śmiać, tu Arnolphe, choć chwilami oschły, samolubny, cyniczny, nie był głupcem i wyraźnie cierpiał, gdy został zdradzony.
Kiedy Arnolphe powiedział do Agnès: „Ja tu panem, ja każę: masz słuchać i kwita”, Jegle pomyślała o popołudniowej rozmowie z ojcem i poczuła łzy na policzkach. Otarła je szybko i uśmiechnęła się, żeby wyglądało, że płacze ze śmiechu.
Podczas antraktu księżna rozprawiała o małżeństwie. Jegle przysłuchiwała się w milczeniu. Nigdy się nie przekona, czym jest ten stan.
– Mężczyzna powinien się ożenić przynajmniej jeden raz w życiu – mówiła księżna, patrząc na pana de Vossa.
– Czy to bezpieczne w Paryżu, gdzie każda żona zdradza, a każdy małżonek nosi rogi? – odrzekł.
Zaraz się zorientował, że ten cytat z Moliera zabrzmiał niezręcznie, i dodał:
– Mam na myśli oczywiście tylko Francuzki i Francuzów.
– Mój mąż powiedział mi kiedyś, że dostał od ojca taką radę: „Trzymaj ją krótko, dopóki jej nie ułożysz” – powiedziała księżna. – Może dlatego niektórzy szukają istotek młodziutkich i głupiutkich albo tak jak Arnolphe od małego przysposabiają sobie dziewczynkę na żonę.
– Już Molier wiedział, że z głupiej gęsi nie będzie dobrej żony – rzekł de Voss.
– Ja nie mam nic przeciwko głupim gęsiom, jeśli są ładne – zaśmiał się hrabia Mostowski.
Jegle przypomniała sobie słowa Moliera: „Dusza od wiatru lżejsza, umysł do niczego, słabszego nie ma w świecie nic ani głupszego”. Tak właśnie widział ją ojciec. Może naprawdę taka jest?
Podczas kolacji, na którą pojechali z teatru do domu księżnej, Jegle siedziała koło pana de Vossa. Często się do niej zwracał i w świetle świec dobrze widziała jego twarz. Miał regularne rysy i błyszczące inteligencją piwne oczy.
Odsunął jej krzesło, podniósł rękawiczkę, którą niechcący upuściła, przysunął koszyczek z suszonymi figami, widząc, że jej smakują. Nigdy nie spotkała tak czarującego mężczyzny.
– Co ma zrobić ktoś, kto chce mieć żonę, lecz nie wierzy ani w miłość, ani w kobiecą uczciwość i bezinteresowność? Nie dziwię się, że poczciwy Arnolphe postanowił sobie wychować od dziecięcia żonę idealną, nieznającą świata i w pełni mu posłuszną – mówił hrabia Mostowski.
– Chciałby pan, by jak u Moliera, narzeczona pytała: „Czy to prawda, że dzieci przynoszą bociany”? – zdziwił się mąż Maryni.
– A czyż tak właśnie nie jest? – odrzekł Mostowski. – Najpierw poucza się panienkę, żeby nigdy nie pytała, jak przyszła na świat. Potem rodzice przyprowadzają obcego mężczyznę wystrojonego od stóp do głów i słyszy, że oto zostanie jego żoną. Pan ów, rozogniony bez granic, egzekwuje swe prawa, o nic nie prosi, tylko żąda. Gdy się podnoszą, on jest okryty kroplami potu, ona łzami…
Rozległ się brzęk spadającego na posadzkę talerza.
– Jestem taka niezdarna, przepraszam – powiedziała Marynia.
„Biedna Marynia, musiała rozbić talerz, żeby przerwać zbyt swobodną rozmowę” – pomyślała Jegle.
Nie była głupiutkim dziewczątkiem jak Molierowska Agnès. Oczywiście nikt jej nie uświadamiał, lecz miała oczy i uszy otwarte, a przede wszystkim babcia pozwalała jej czytać swoje lekarskie książki.
– Porozmawiajmy nie o ciele, lecz o duszy – zaproponowała księżna.
– Ach, o wątpliwej według rewolucjonistów nieśmiertelności duszy i o Bogu jako wielkim „być może” – ziewnął Mostowski.
– Według mnie słusznie pytają, jak dusza, która jest bytem niematerialnym, może oddziaływać na materię – rzekł mąż Maryni.
– Bardzo prosto! – powiedziała Marynia. – To z duszy bierze się świadomość.
– A co pani sądzi o nieśmiertelności duszy, panno Jegle? – spytał Mostowski.
Jegle wydało się, że słyszy w jego głosie ironiczną nutę.
„Prowincjuszka. Tak o mnie myśli”.
Ale czy było w tym coś złego? Właśnie tak z czułością mówił do niej Franek, jej najmądrzejszy na świecie brat, mistrz słownych potyczek. Co on by odpowiedział?
– Ja po prostu w nią wierzę, choć ani w Nowym, ani w Starym Testamencie nie ma o niej słowa, a człowiek jako niematerialna dusza umieszczona w materialnym ciele to koncepcja kartezjańsko-platońska.
Zapadła cisza, wszyscy na chwilę znieruchomieli, potem się roześmiali.
– A to dopiero! Zapędziła mnie pani w kozi róg! – zawołał hrabia Mostowski. – Zdrowie panny Jegle!
Unieśli kieliszki.
– Specjalistką od dusz, a raczej duchów była księżniczka Olimpia Radziwiłłówna – powiedział Mostowski. – Uwielbiała straszyć historiami o duchach, dopóki nie wyleczył jej z tej przypadłości profesor Józef Frank z Uniwersytetu Wileńskiego.
Siedząca naprzeciwko kuzynki Marynia mrugnęła do niej porozumiewawczo i Jegle przypomniała sobie, że księżniczka Radziwiłłówna to żona hrabiego Mostowskiego.
– Otóż Frank namówił profesora Robertsona, tego słynnego specjalistę od balonów na ogrzane powietrze, który akurat robił pokazy w Wilnie, by nastraszyć księżniczkę. Wiedzieli, że będzie jechała na kolację do letniego domu generała Bennigsena w Zakrecie. Droga z Wilna do Zakretu prowadzi przez lasek jodłowy z kaplicą-grobowcem księżnej Repninowej i tam właśnie Robertson przygotował iluminację przypominającą błędne ogniki. Księżniczka wpadła do Bennigsena przerażona, opowiadając, że jej powóz otoczyły pokutujące dusze i że za żadne skarby świata nie odważy się wracać w nocy do miasta. Całe towarzystwo, wtajemniczone w intrygę, zgodnie powątpiewało w opowieść i solennie przyrzekło, że ją odprowadzi aż do rogatek. Gdy dojechali w pobliże grobowca, ukazało się mnóstwo błędnych ogników. „Widzą państwo?!”, zawołała księżniczka, na co wszyscy odpowiedzieli chórem: „Co takiego? Nic nie widzimy”. A kiedy powozy zrównały się z grobowcem, wyłonił się z niego biały kształt, który rósł w oczach. Księżniczka zaczęła krzyczeć wniebogłosy i wtedy profesor Frank, w obawie o jej zdrowie, uspokoił ją, mówiąc, że to tylko jeden z balonów Robertsona.
– Moja żona lubi opowieści o duchach. – Dominik Radłowski ucałował dłoń Maryni. – Może powinienem pomyśleć o podobnej kuracji?
– A pani, panno Jegle? – spytał pan de Voss. – Czy pani też je lubi?
– Tak. Ale wolałabym, żeby mnie nie leczono takimi sposobami. – Uśmiechnęła się. – Moja babcia w takich sytuacjach cytowała wierszyk biskupa Krasickiego:

Doktor, widząc, iż mu się lekarstwo udało,
Chciał go często powtarzać; cóż się z chorym stało?
Za drugim, trzecim razem bardzo go osłabił,
Za czwartym jeszcze bardziej, a za piątym zabił.

Pan de Voss roześmiał się, patrząc na nią z zachwytem.
Gdy goście zbierali się już do odejścia, podszedł do niej i cicho powiedział:
– Panno Jegle, dawno nie przeżyłem tak cudownego wieczoru. Czy mogę powiedzieć: do zobaczenia, do jutra?
– Chyba już nigdy się nie spotkamy – odrzekła Jegle.
Twarz pana de Vossa się wydłużyła, zgrabił się. Posmutniał tak gwałtownie, że Jegle zrobiło się go żal.
– Proszę nie myśleć, że to pan jest przyczyną. To decyzja mojego ojca. Uznał, że atmosfera Paryża ma na mnie zły wpływ, i woli, bym nie wychodziła z domu.
– A pani? Czego pani sobie życzy?
Nikt nigdy jej o to nie pytał.
– Ja? Ja polubiłam Paryż – szepnęła.
Pan de Voss się rozpromienił. A kiedy podała mu rękę na pożegnanie, trzymał ją o sekundę dłużej, niż wypadało obcemu mężczyźnie.
(…)

Rozdział 1
Buonaparte

– Żołnierze są po to, żeby umierali.
Gaston raczej odczytał te słowa z ruchu warg, niż je usłyszał. Może Bonaparte powiedział całkiem co innego?
Cesarz patrzył na ułożone w sieni ciała tych, którzy umarli w nocy. Leżały tak zwykle do późnego popołudnia, gdy przychodzili hiszpańscy posługacze, odzierali trupy z resztek odzienia i żeby sobie zaoszczędzić trudu, wyrzucali je przez okno. Upadając, wydawały głuchy odgłos, jak worki napełnione zbożem. Potem ładowali ciała na wóz i wieźli paręset kroków dalej, do dołu wykopanego opodal gaju oliwnego.
Zaprzężone w woły chłopskie wozy na pełnych kołach obracających się wraz z osią wyglądały jak żywcem przeniesione z czasów cesarstwa rzymskiego. Gaston widział podobne na rycinach przedstawiających rzymskie plaustrum. Rysunki nie mogły jednak oddać głównej ich cechy: wrzaskliwego skrzypienia drewnianych osi trących o drewno. Skrzypiały tym głośniej, im cięższy był wóz. Hiszpanie mówili, że nawet wozy się cieszą, wioząc ciała wroga do wspólnego grobu. „Lepsza dżuma niż Francuzi” – dodawali, zaciskając pięści.
Bonaparte przemaszerował wzdłuż szeregu nieruchomych ciał, jakby po raz ostatni lustrując swych żołnierzy, i przez okute drzwi, które przytrzymywał ktoś z cesarskiej świty, wszedł do klasztornego refektarza. Gdyby nie sienniki ciasno ułożone na kamiennej podłodze, sala przypominałaby pobojowisko: stłoczone ciała, zakrwawione resztki mundurów, jęki, odór potu, ropiejących ran, krwi i śmierci.
Tuż przy drzwiach leżał barczysty żołnierz z szarą jak popiół twarzą. Kiedyś musiał był wysoki, teraz końska derka płasko przylegająca do posłania zdradzała, że jego wzrost zmniejszył się o długość nóg.
– Kompania wyborcza? Karabinier?
Nietrudno było zgadnąć, widząc potężną posturę oraz niedźwiedzią czapę, którą oficer wsadził sobie pod głowę.
– Tak jest, Sire.
– Spotkaliśmy się już. Był pan ranny pod Austerlitz.
– Tak jest. Opatrzono mi wtedy ramię w lazarecie urządzonym w zamku hrabiego Brumegena.
– Tam właśnie pana widziałem, kapitanie Picard.
Twarz żołnierza pojaśniała. Cesarz go pamiętał!
Napoleon się schylił, sięgnął po leżący na sienniku chleb, ułamał kawałek i włożył do ust.
– Niezły – powiedział, żując. – Pamiętasz, Picard, jak po pokonaniu Macka szliśmy na Wiedeń? Lało, nie było kwater ani nic do jedzenia. Sacrébleu! Żeby dostać kawałek chleba, musieliśmy straszyć Austriaków karabinem, ale czasem nawet z bronią w ręku trudno było coś zdobyć.
Ranni i chorzy chłonęli jego słowa, śledzili każdy ruch. Ci, którzy mogli, wstawali albo choć podnosili się na łokciu. Oczy im błyszczały.
– Pamiętacie, żołnierze? Bordel de merde! Musiały nam wystarczyć ziemniaki i kawałek wieprzowiny, choć często i tego nie było.
Austriacy są rozsądnym narodem, wiedzą, że żołnierze muszą jeść. Wtedy jednak w awangardzie szła kawaleria marszałka Murata i niewiele zostawiała dla pułków liniowych. Tylko gwardia, która miała osobną intendenturę, nie rozchodziła się na boki, by rabować okoliczne wsie. Gwardziści zawsze zachowywali wspaniałą postawę, bo mieli dość jedzenia, najlepsze kwatery i najmniej do roboty.
Vive l’Empereur! Niech żyje cesarz!
Nawet ciężko ranni dobywali ostatka sił, by wydać ten okrzyk.
Niektórzy żołnierze poczerwienieli z emocji albo uśmiechali się szeroko, inni złożyli ręce w niemal modlitewnym geście, jakby w tym grubiańskim człowieku objawiła im się nagle Istota Najwyższa, w którą kiedyś kazał im wierzyć Robespierre.
Bóg wojny. Za jakiś czas może po prostu Bóg. Już teraz żołnierzy, z którymi cesarz rozmawiał, uważano w armii za wybrańców losu, a nagrody otrzymane z jego ręki uznawano za wyróżnienia niemające ceny. Gaston nieraz widział na polu bitwy, jak umierający żołnierze, czarni od prochu, usmoleni od przegryzanych ładunków, gasnącym głosem wydawali ostatni okrzyk na cześć cesarza.
– Słyszę, że są tu moi dzielni Polacy. – Napoleon się uśmiechnął. – Legia Nadwiślańska?
– Tak jest, Sire! – rozległy się głosy.
– Co tam się stało pod Saragossą, chłopcy?
– Ach, cesarzu! – zawołał młodziutki żołnierz, którego miejsce było w szkole, nie na wojnie. – Nigdy byśmy nie odstąpili od oblężenia, gdyby pan nas prowadził!
Sacrébleu! Wrócimy tam! Przetrzepiemy skórę tym skurwysynom, Palafoxowi, Castañosowi i Blake’owi. Zmieciemy armie Kastylii i Galicji niczym wiatr suche liście! Zwyciężyli pod Bailén i myślą, że ich los się odwrócił? Głupcy! Fortuna to kurwa, która dziś tego, jutro tamtego obdarza swymi pieszczotami.
Vive l’Empereur!
Wysokie sklepienie refektarza odpowiadało echem.
Gaston nigdy nie mógł pojąć, dlaczego Napoleon był tak grubiański, czemu używał wyrazów wylęgłych w najbrudniejszej kordegardzie. Czy się bał, że jeśli nie będzie rubaszny, to żołnierze go nie zrozumieją?
Cesarz szybkim krokiem przemierzał kolejne sale. Dawno już stracił młodzieńczą sprężystość, przytył, zachował jednak nerwową ruchliwość. Czasem zatrzymał się przy jakimś posłaniu, rzucił „sacrébleu!”, pozdrowił po nazwisku żołnierza, innego zaś poklepał po ramieniu, ówdzie upił wody z kubka albo kazał coś zapisać jednemu z towarzyszących mu adiutantów. „Ile odniosłeś ran?”, „Z jakich stron Polski pochodzisz?”, „Jak dawno służysz?”. Swoim zwyczajem zadawał pytania jedno za drugim i zdarzało się, że onieśmielony żołnierz odpowiadał dopiero wtedy, gdy cesarz już się oddalił. Ci, których dotknął, zdawali się zdrowieć, jakby nałożył na nich ręce prawdziwy król, nie zaś korsykański awanturnik, który sam sobie włożył na głowę cesarską koronę.
Tego dnia, szczególnie na tle szpitalnej nędzy, nie wyglądał dobrze. Wracał z jakiegoś spotkania ze swym niewydarzonym bratem Józefem, którego posadził na hiszpańskim tronie, dlatego na nogach miał lekkie trzewiki i jedwabne pończochy, a zamiast munduru i szarego surduta – paradny dworski strój, w którym jego ręce wydawały się jeszcze krótsze niż zwykle.
– A ci? Żyją? – spytał, gdy ostatnia sala przywitała go martwą ciszą.
– To Hiszpanie, Sire – objaśnił Gaston.
Ranni oraz chorzy na gorączkę bagienną jeńcy leżeli na słomie rozrzuconej w obranym z ksiąg i sprzętów klasztornym lektorium. Słońce przeszło już na drugą stronę nieba i przez zachodnie okno wlewało się różowawe światło nadające wynędzniałym twarzom pozór zdrowia. Drugie okno, południowe, miało rozbitą witrażową kwaterę, pewnie z wyobrażeniem Chrystusa na krzyżu, bo ocalała część przedstawiała mdlejącą Maryję w błękitnej szacie, podtrzymywaną przez świętego Jana. Dla ochrony przed listopadowym wiatrem ktoś ułożył na oknie stos klasztornych ksiąg. Oprawy wypaczyły się od wilgoci, pergaminowe karty nasiąkły deszczem.
– Larrey ciągle powtarza, że na pobojowisku nie ma rang ani szarż, zwycięzców ani pokonanych, są tylko ranni ludzie.
Sire, jestem tego samego zdania co doktor Larrey – powiedział Gaston, kłaniając się. W myśli przeznaczył ukłon dla kolegi po fachu.
Poznali się podczas służby w Armii Renu, zaprzyjaźnili zaś, gdy się okazało, że mają podobne podejście do rannych: obaj opatrywali żołnierzy już w czasie bitwy, pod ogniem, i często wynosili ich z pola walki na własnych plecach. Nie patrzyli przy tym, czy to swój, czy wróg. Kiedy Larrey usłyszał, że Gaston jako dziesięciolatek uciekł z domu, zaciągnął się na fregatę La Boudeuse i odbył na niej rejs dookoła świata, zwierzył mu się, że sam kiedyś planował ucieczkę do Ameryki, aby wziąć udział w toczącej się tam wojnie. Młodzieńczy plan spełzł na niczym, Larrey zobaczył jednak Amerykę, gdy służył na korwecie Vigilantia, która eskortowała statki przewożące więźniów do kolonii. Opowiadał Gastonowi o wielorybnikach, o spotkaniu z niedźwiedziem polarnym, o wspaniałych łososiach żyjących w kanadyjskich rzekach.
– Widać wśród Hiszpanów nie ma lekarzy, bo nie słyszałem, żeby guerrilleros opatrywali naszych. Chyba że za leczenie uznać oślepianie albo palenie żywcem – powiedział jeden z generałów z cesarskiej świty, niechętnie patrząc na Gastona.
Nikt by się nie ośmielił wygłaszać własnego zdania przy cesarzu, generał, którego Gaston nie znał, powtarzał więc pewnie to, co kiedyś usłyszał z ust Bonapartego.
– My jednak, w odróżnieniu od nich, jesteśmy cywilizowanym narodem, choć tutaj musimy walczyć z oderwanymi od pługa chłopami odzianymi w kozie skóry – rzucił Napoleon.
– Kiedy pierwszy raz takiego zobaczyłem, myślałem, że mam przed sobą Robinsona Crusoe – powiedział ten sam generał, który wątpił w istnienie lekarzy w hiszpańskiej armii.
Bonaparte, namiętny czytelnik powieści, roześmiał się głośno. Świta mu zawtórowała.
– Doktorze Laval – cesarz zwrócił się do Gastona. – Nie traci honoru ten, kogo my zwyciężyliśmy. Tym ludziom należy się staranie.
Popatrzył na kobiety, które przycupnęły przy niektórych rannych. Siedziały nieruchomo, ze skrzyżowanymi na piersiach rękami, w czarnych sukniach i spiczastych ciemnobrunatnych kapturach wyglądających, jakby były zrobione z rozciętych worków. Sukno, nazywane pod Pirenejami bure, z którego były uszyte, równie dobrze chroniło przed słońcem, jak przed deszczem. Żadna szanująca się mężatka ani wdowa nie wychodziła z domu bez sięgającego pasa kaptura, po francuskiej stronie gór zwanego capulet, w Katalonii – caputxa, tu zaś – kanpaia.
– Niewiasty dobrze się nadają do posługi przy chorych. Nie ma tu jakichś zakonnic albo znających się na leczeniu wiwandierek? – zapytał cesarz Gastona, tak jakby nie pamiętał, że jest w klasztorze, z którego jego wojsko wypędziło mniszki, i że sam rozkazał usunąć z armii „zbędne kobiety”, tylko nielicznym pozwalając zostać w pułkach.
– Żadna Hiszpanka nie przyjdzie na służbę do francuskiego szpitala, Sire. Wzywamy miejscowych tylko do grzebania zmarłych i tę robotę wykonują chętnie, nawet z zadowoleniem.
„Jesteśmy najeźdźcami, ludzie nas nienawidzą. Czyżby tego nie widział? A może widzi już tylko to, co chce zobaczyć?” – pomyślał Gaston.
– Jestem tu od roku, Sire – ciągnął – i przekonałem się, że Hiszpanie wcale się nie cieszą z naszej obecności na ich ziemi i że należy do nas tylko to miejsce, na którym stoimy, a i tam nasza władza jest ograniczona, częstokroć nawet pozorna…
– Teraz gdy cesarz przybył we własnej osobie, sprawy przybiorą inny obrót – surowym tonem przerwał mu ktoś ze świty.
„Nie wolno sądzić zwierzchnika, a pouczanie go to grzech śmiertelny” – pomyślał Gaston.
Szaroniebieskie oczy Napoleona przenikały na wskroś. Popatrzył na Gastona tak, jakby wiedział o nim wszystko.
– Pochodzi pan z Marsylii, prawda?
– Tak jest, Sire.
– Gdy spytasz marsylczyka, czy jest Francuzem, odpowiada: „Nie, jestem Prowansalczykiem”. Czy i pan tak by odpowiedział?
Ludzie nie bez powodu bali się oczu cesarza. Trafił w najczulszy punkt. Lecz Gaston nie miał zwyczaju się poddawać.
Powinien rzec: „Prowansja, jak Korsyka, jest częścią Francji, Sire. Wszyscy, którzy tam przyszli na świat, są Francuzami, czy tego chcą, czy nie”.
Stał jednak przed cesarzem, który urodził się na Korsyce rok po tym, jak wyspa przemocą została podporządkowana Francji, i który mówił po francusku z korsykańskim akcentem. Drażnienie władcy to zły pomysł.
Nagle przypomniał sobie, że na Korsyce o kimś, kto opuszcza wyspę i zapomina o swoich korzeniach, mówi się: „S’e’ scurdatu di a filetta”, „zapomniał o paproci”.
Sire, ziemia, na której się urodziliśmy, naznacza nas na zawsze. Jesteśmy w niej zakorzenieni jak paprocie.
Cesarz nie rzekł już ani słowa. Zamaszystym krokiem ruszył na dziedziniec, skinął dłonią stojącym w szeregu urzędnikom zdrowia, którzy w naprędce włożonych galowych mundurach ustawili się u stóp schodów, i wsiadł do powozu.
Końskie kopyta uderzyły o bruk, zaturkotały koła. Powóz okrążył kolisty klomb, na którym w cieniu dawno niestrzyżonych bukszpanów brązowiały główki uschłych róż, i wjechał w sklepioną bramę.
Dopiero gdy ostatni żołnierz z cesarskiej świty zniknął za kamiennym murem, Gaston odwrócił się do nadal stojących na baczność urzędników zdrowia. Urzędnicy zdrowia! Ale nazwa „oficerowie zdrowia” była jeszcze gorsza – choćby nie wiadomo jak biegły, żaden oficer zdrowia nie był tak naprawdę uważany za część korpusu oficerskiego.
– Poprosił pan o coś cesarza? – spytał Jean Bricard. – Podobno był w dobrym humorze…
– O cóż miałem go prosić? O krzyż? Awans? A może sienniki albo trumny?
Bricard pokręcił głową, jakby wysoki kołnierz munduru nagle zaczął go uwierać. Nosił uniform w kolorze wieczornego nieba, wprowadzony dekretem sprzed pięciu lat. Od tamtej pory barwa galowego munduru zmieniła się przynajmniej dwa razy, ten jednak lśnił niepokalanym granatem, szkarłatne wyłogi niemal płonęły, a złote liście akantu wyhaftowane na kołnierzu i rękawach błyszczały jak nowe. Chirurdzy rzadko mieli okazję nosić wielki mundur. Nie nadawał się ani do pracy, ani do siedzenia przy obozowym ognisku, ani do spania pod gołym niebem. Szkoda było czasu na krawieckie zabiegi i pieniędzy na niepotrzebne ozdoby.
– Nic go nie obchodzimy – dodał Gaston łagodniejszym tonem. – Ani my, ani ci, którzy już nie mogą walczyć. Odkąd dyrektoriat oddał nas pod władzę tych nieuków, komisarzy wojennych, oszczędzanie kosztem rannych stało się niepisanym prawem. Cesarz nic tu nie zmienił.
Bricard spojrzał mu prosto w oczy. Otworzył usta, unosząc górną wargę, i przez chwilę wyglądał jak pies szczerzący kły.
„Do diabła! – zaklął w myśli Gaston. – Przecież on w roku drugim był w Komitecie Czujności, a za dyrektoriatu odwoływał medyków »niespełniających oczekiwań«”.
– Wiem, że pan skończył uniwersytet, a ja mam tylko kurs felczerski… – zaczął Bricard, kręcąc w palcach guzik z wężem Eskulapa.
– Czternaście lat wojennej praktyki zrobiło z pana doskonałego chirurga – przerwał mu Gaston. – I to jedyna korzyść. Żaden medyk nie idzie na wojnę, żeby się wzbogacić. Lepiej niech się pan z tym pogodzi.
Bricard puścił guzik i odruchowo dotknął munduru na piersi.
„Ma tam sakiewkę ze złotem albo z drogimi kamieniami” – pomyślał Gaston.
– Jedyna korzyść, za to wielka – wtrącił się Paul Gobel. – Pomyśl, Jean, gdy wrócisz do Nangis, żaden miejscowy chirurg nie dorówna ci w biegłości. Chorzy będą do ciebie zjeżdżać z całej okolicy.
– Racja – dorzucił Adam Vernet. – Będziesz wystawiał słone rachunki, potem ożenisz się z najbogatszą panną w mieście i dożyjesz w zdrowiu stu lat. A ja otworzę największą aptekę w Rouen, kupię sobie piękny dom, wyślę syna na uniwersytet…
– Dość tych fantazji, panowie. – Gaston uśmiechnął się lekko. – Wracamy do pracy.
Chirurdzy, podchirurdzy, farmaceuci i sanitariusze zrobili w tył zwrot, jak na paradzie.
Gaston zatrzymał się na chwilę w sali Hiszpanów i patrzył, jak jedna z kobiet cierpliwie wlewa wodę do ust chorego, a inna bandażuje żołnierzowi ramię płócienną chustą. Przydałoby mu się więcej takich niewiast. Rekrutujący się spośród ozdrowieńców sanitariusze nadawali się do przenoszenia rannych na polu bitwy, ale już nie do ich pielęgnowania.
– Tu jesteś, Gastonie!
W drzwiach stał Paul Gobel. Zdążył zdjąć mundur i miał na sobie zwykły surdut, w jakim pracowali chirurdzy.
– Spójrz na tę chustę. – Gaston ruchem ręki przywołał Paula. – Sam bym lepiej nie opatrzył tego ramienia. Wiesz, co powiedział Bonaparte? Żeby znaleźć kilka niewiast do posługi.
Paul się uśmiechnął.
– Koniec świata! Nawet ty zauważyłeś, że generał Bounaparte może mieć w czymś rację!
Gaston rozejrzał się odruchowo. Wprawdzie ojciec cesarza nazywał się Buonaparte, a sam Napoleon używał tego nazwiska do dwudziestego szóstego roku życia, dziś jednak tylko Anglicy mówili „generał Bounaparte”, tymi dwoma słowami podważając i jego francuski rodowód, i prawo do tytułu cesarza.
– Bricard nie usłyszy – uspokoił go Paul. – Gra w faraona z sanitariuszami. Znów ich oskubie do czysta.
Gaston przypomniał sobie słowa Bricarda.
– Myślisz, że powinienem był o coś poprosić? – spytał. – Zawołać: „Krzyż, cesarzu!”, jak żołnierze na przeglądzie?
– Bricard tak by zrobił. Choć bardziej niż z Legii Honorowej ucieszyłby się z przywiązanej do niej renty – odrzekł Paul drwiącym tonem. – Pod Marengo widziałem, jak oficer z pułku liniowego przyniósł zdobyty sztandar i dostał za to czterdzieści sztuk złota. Byłem wtedy goły jak bizun, ale wcale mi się nie podobały pieniądze jako nagroda za świetny czyn.
– Byłeś młody i głupi – zaśmiał się Gaston.
– Wiesz, co powiedział Bricard? „Laval, choć uczony, nie jest mądry. Nie umie poznać tej rzadkiej chwili, gdy człowiek jest panem swego losu”.
– Który żołnierz jest panem swego losu?
– Najpierw jesteśmy lekarzami, potem żołnierzami, Gastonie.
– Więc się z nim zgadzasz?
– Skądże! Pomyśl jednak, ile razy byłeś ranny? Ile razy musiałeś chwycić z pobojowiska karabin, pałasz albo lancę i walczyć o życie? Masz pięćdziesiąt dwa lata, Gastonie. Jeszcze rok, dwa i przestaniesz się nadawać do służby. Co wtedy? Wrócisz do Marsylii z głodową rentą i do końca swoich dni będziesz chodził do rodzących niewiast?
Gaston milczał. Nikomu nie powiedział, co mu się przydarzyło pewnej wrześniowej nocy w roku śmierci króla. Nikt nie wiedział o domu, który czekał na niego w Wenecji. Paul pewnie myślał, że skoro są przyjaciółmi, to wiedzą o sobie wszystko…
– Chodźmy do oberży – rzekł w końcu. – Jesteś tu prawie tydzień, a jeszcze nie znasz señora Martineza. Poza tym zgłodniałem, a to, co gotuje nasz kucharz, nadaje się tylko dla złożonych gorączką, pobawionych apetytu i smaku. „Co to za zupa?”, spytałem go wczoraj. „Zielona, panie doktorze”.
– Rzeczywiście, była zielona jak trawa. I tak smakowała.
(…)

Rozdział 3
Pościg za Anglikami

There, there, you’ll be fine – szeptał Gaston uspokajająco do leżącej na śniegu niewiasty.
Jej brwi i wysuwające się spod czepka jasne włosy posrebrzył mróz. Ze ściągniętą z głodu twarzą i zapadniętymi oczami wyglądała niemal jak staruszka, choć pewnie nie miała więcej niż dwadzieścia parę lat.
Wiele Angielek, których trupy minął po drodze, owinęło sobie bose stopy gałganami. Nogi tej były przysypane śniegiem, lecz wystarczyło mu spojrzenie na zapadnięty sinobiały policzek, popękane wargi i niemal fioletową dłoń, by zrozumieć, że kobieta umiera z wyczerpania, mrozu i głodu. Zwinięta w kłębek, nie miała siły się poruszyć, tylko oczami wskazywała zawiniątko, które przyciskała do piersi.
Your child? – spytał.
Opuściła powieki, zaraz jednak je uniosła i wbiła w Gastona błagalny wzrok. W jakiej musiała być desperacji, by prosić o litość wroga, przed którym uciekła w te góry!
Zdjął futrzane rękawice i sięgnął po dziecko. Ramię kobiety było twarde jak kawałek drewna. Gdyby próbował je odgiąć, pewnie by pękło. W tym stanie nie poczułaby bólu, jednak nie zniósłby suchego trzasku łamanych kości.
Z trudem rozpiął guziki czerwonego żołnierskiego płaszcza, w który była odziana, i wysunął zawiniątko z jej ramion. Miał nadzieję, że dziecko już nie żyje. Kiedy jednak podniósł do góry wojłokowy koc, usłyszał cichutkie kaszlnięcie. Nie chciał patrzeć na niemowlę, wiedział bowiem, jak przerażające bywają rany od odmrożeń, przytulił je więc do siebie i znów zwrócił się do kobiety:
– Idę do Bembibre. Jestem lekarzem. Znajdę tam kogoś, kto zaopiekuje się twoim dzieckiem. Obiecuję, że nie stanie mu się krzywda.
Oczy kobiety się rozjaśniły, wargi zadrżały.
– Niech pana… Bóg…
Gaston usłyszał za plecami skrzyp śniegu i głos Paula:
– Anglicy gonią resztkami sił. Wszystko już porzucają. Na jednym z wozów dragoni znaleźli beczułkę pełną srebrnych monet, a Bricard… – Paul urwał. – Nie żyje? – spytał.
Schylił się i dotknął szyi kobiety w zagłębieniu pod żuchwą. Potem przesunął dłonią po jej twarzy, zamykając powieki. Dopiero gdy się wyprostował, zobaczył koc, który trzymał Gaston.
– Co tam masz? Chyba nie…
Gaston delikatnie rozchylił wojłok, obracając dziecko twarzyczką ku światłu. Zawiązana pod bródką flanelowa czapeczka sięgała jasnych brwi. Miało zamknięte oczy, blade policzki, usta poruszające się przez sen, jakby ssało.
– Myślałem, że to noworodek, ale chyba ma więcej niż pół roku. – Zawinął dziecko z powrotem.
Długą chwilę stali, patrząc na martwą kobietę.
– Zostaw je przy niej – powiedział w końcu Paul. – Umrze tak czy inaczej. Tu przynajmniej tego nie poczuje. Po prostu już się nie obudzi.
Gaston milczał. Patrzył na strome wzniesienie, na którym poprzedzające ich oddziały wydeptały ścieżkę w głębokim śniegu. Mieli za sobą trzy godziny marszu, przed sobą chyba drugie tyle.
Nie trzeba było umiejętności indiańskiego tropiciela śladów, by wskazać drogę ucieczki Anglików. Znaczyły ją porzucone działa, wozy, narzędzia, żelazo do podkuwania koni, trupy ludzi, koni, mułów i osłów oraz czerwone kurtki tych, którzy wyczerpani marszem, zimnem i dyzenterią pozostali w tyle i dogorywali, leżąc na śniegu.
– Chodźmy. Może uda nam się dojść do jakiejś wsi, zanim znowu rozpęta się zamieć – powiedział Paul i nie oglądając się, ruszył przed siebie.
Piechota skończyła obszukiwać trupy, przetrząsać porzucone przez Anglików wozy. Długi wąż postaci w niebieskich mundurach pełznął w górę zbocza. Kawalerzyści też szli pieszo, prowadząc konie za wodze.
Późnym popołudniem, gdy wiatr się wzmógł, a z ciemnych chmur zaczął padać śnieg, Gaston stanął na szczycie jakiegoś wzgórza i zobaczył w dolinie kilka kamiennych domków. Kręcili się wokół nich pojedynczy żołnierze, kolumna jednak szła dalej. Wioska widać była marna albo opuszczona.
Przy pierwszym budyneczku, bardziej przypominającym kopiec kamieni niż ludzką siedzibę – z płaskim, porośniętym trawą dachem, bez komina, bez okien – na wiązce chrustu siedział Paul. Spojrzał na wybrzuszenie pod płaszczem Gastona.
– Więc jednak… – mruknął. Potem wskazał głową na ułożone z płaskich kamieni ściany. – Nędzne schronienie, ale jest tu starucha, ogień, a przede wszystkim koza, której nie zdążyła ukryć.
W środku na klepisku płonęło małe ognisko. Siedziała przy nim w kucki stara kobieta, mieszając łyżką w osmolonym kociołku. Gdy oczy Gastona przyzwyczaiły się do panującego wewnątrz półmroku, zobaczył kozę za rzadkim przepierzeniem uplecionym z chrustu, drewniany podest wyścielony sianem, sita, miski, pęki suszonych ziół, jakieś szmaty, a może odzienie, powieszone na kołkach wbitych w ścianę.
Gaston skinął głową kobiecie, podszedł do podestu, który wyraźnie służył za łóżko, uniósł garść siana, by sprawdzić, czy nie roi się pod nim robactwo, i dopiero potem wyjął spod płaszcza zawinięte w koc dziecko.
Nie poruszyło się, nie zakwiliło.
Ostrożnie odwinął koc i nagle zobaczył wpatrzone w siebie niebieskie oczy.
Antigua alma – usłyszał za plecami.
– Stara dusza? Co to znaczy?
Kobieta podeszła bliżej.
– Już żyła. Wiele razy.
Nachyliła się nad dzieckiem, ono zaś wyciągnęło rączkę z fałdów koca i chwyciło ją za włosy. Starucha sękatymi dłońmi nadspodziewanie delikatnie rozwarła drobną piąstkę, uwalniając kosmyk.
– Gabriela – powiedziała cicho.
Dziecko się uśmiechnęło.
– Dziewczynka? Skąd wiesz? – spytał Gaston.
Drzwi chaty otwarły się ze skrzypieniem, do izby wpadł zimny podmuch.
– Zostajemy na noc? – zapytał Paul, wchodząc do środka. – Śmierdzi tu capem. – Położył na podłodze płócienny worek. – Chleb, wino, kasza, szynka, smalec. Może stara coś nam ugotuje. Ma świerzb?
Świerzbowe wykwity to pierwsza rzecz, której wypatrywali na dłoniach Hiszpanów. Zadziwiające, jak wielu było zarażonych.
– Jest brudna, ale zdrowa. Gdzie Bricard i Vernet?
– Poszli dalej, do Bembibre. Tu nie ma piwnic z winem ani nic do ukradzenia. Zostali tylko najbardziej wyczerpani żołnierze. Nie ma rannych, rozdałem jedynie maść na odmrożenia i bandaże. Nogi niektórych wyglądają paskudnie. – Westchnął. – Zapytaj staruchy, czy nam coś ugotuje.
– Masz mleko, kobieto? – spytał Gaston po katalońsku. – Dla dziecka. Zapłacę. – Wyjął z sakiewki złotego napoleona.
Kobieta wzięła monetę, obejrzała ją, potarła w palcach.
– Jeśli ugotujesz nam zupę albo co tam umiesz, to damy ci szynkę, wino, chleb. – Gaston wskazał leżący na klepisku worek. Potem spojrzał na dziecko. – Pieluchy – powiedział sam do siebie. – Masz, kobieto, jakieś płótna, chusty?
Znów sięgnął do sakiewki.
– Oszalałeś? – zaprotestował Paul. – Dwa napoleony za ugotowanie kolacji? W Paryżu jest taniej! Ona przecież wie, że możemy sobie wziąć, co chcemy, za darmo.
– Pewnie aż nazbyt dobrze. Ale wolę zapłacić, niż się bać, że nas otruje albo zarżnie w nocy jak barany.
Kobieta wzięła skopek, poszła za chruściane przepierzenie i za chwilę Gaston usłyszał dźwięk strużek mleka wpadających do drewnianego naczynia.
Paul przysunął worek z prowiantem bliżej ognia.
– Może zostawisz jej to dziecko? – spytał, podchodząc do posłania. – Bo co z nim zrobisz w tych górach?
Gaston nie odpowiedział. Przez chwilę rozcierał dłonie, potem rozwinął koc. Dziecko wyciągnęło do niego rączki – szczupłe, ale nie wychudzone.
– Musiała je karmić do ostatniej chwili – powiedział cicho.
Wprawnymi ruchami oswobodził dziecko ze szmat, w które było okutane.
– To dziewczynka – zauważył Paul.
– Masz zapasową koszulę?
Paul kiwnął głową.
– Daj! – rozkazał Gaston.
– Oszalałeś?!
– Oddam ci swoją na następnym popasie.
– Nie musisz – mruknął Paul.
Gaston obejrzał brzuszek i pępek, odwiódł nóżki, potem sprawdził, czy są równej długości.
– Biodra ma zdrowe – powiedział.
Paul podał mu kawał płótna oderwany z koszuli.
Gdy dziecko było już zawinięte w suchą pieluchę, Gaston odwrócił je na brzuszek. Wysoko uniosło głowę, podciągnęło kolana i ruszyło przed siebie jak krab.
– Co ono ma na szyi? – spytał Paul. Odchylił palcem chustkę. – To chyba złoto – szepnął.
Gaston odwrócił dziecko na plecy. Gdy rozwinął wełnianą chustkę i rozwiązał wstążki kaftanika, zobaczyli, że dziewczynka ma na szyi sznurek połyskujących różowych pereł wielkości orzechów laskowych, z misternym złotym zapięciem.
Gaston bez słowa z powrotem ubrał dziecko.
Starucha skończyła doić kozę, potem odlała trochę mleka do miski.
– Macie, panie, łyżkę? – spytała.
Gaston odpiął od pasa ładownicę z podręcznym zestawem narzędzi. Gdy rozwinął płat ciemnoczerwonej skóry, kobieta westchnęła z zachwytu. Podał jej srebrną łyżeczkę.
Paul zdjął z kołków na ścianie trzy gliniane garnuszki, dmuchnął w każdy, by wypłoszyć pająki, które mogły się tam zagnieździć, i nalał wina. Usiadł na legowisku obok Gastona. Popijając wino, patrzyli, jak kobieta karmi dziewczynkę kozim mlekiem.
Gaston dopiero teraz poczuł, jaki jest zmęczony. Część drogi przejechał konno, ale pięciogodzinny marsz przez zaśnieżone góry mocno dał mu się we znaki.
– Dobrze, że cesarz nie może nas zobaczyć – powiedział Paul. – Wiesz, jak niechętnie pozwala na odpoczynki. Noc jeszcze nie zapadła, a my już znaleźliśmy nocleg.
– Słyszałeś, że w Sierra de Guadarrama szedł pieszo wśród gwardii całą noc w zadymce? Jak kiedyś przez przełęcz Świętego Bernarda.
– Znów dzielił z żołnierzami trudy, potem ogień i kolację. Pewnie poczuł się młody.
– Ja za to czuję się stary. Nawet nie myślę o kolacji, tylko o śnie.
– Zjedz choć kawałek chleba. – Paul wstał.
Gallego – odezwała się nagle starucha.
Ułożyła dziecko na posłaniu i podeszła do ogniska.
– Co ona mówi? – spytał Paul.
– Nie wiem.
Kobieta tymczasem otwarła worek z prowiantem, ukroiła kilka plastrów szynki, później w ten sam sposób, przyciskając bochenek do piersi, pokroiła chleb. Popijając wino ze swego garnuszka, mieszała w kociołku.
Gaston spojrzał na dziewczynkę. Spała z lekko rozchylonymi ustami. Serce mu się ścisnęło. Lucas tak samo posapywał przez sen.
Zupa z kapusty i fasoli z szynką i chlebem smakowała wybornie. Gaston czuł ciepło rozchodzące się po całym ciele. Miał jeszcze tylko tyle siły, żeby zdjąć buty. Zasnął, zanim głowa opadła mu na posłanie.
Gdy się obudził, pierwsze spojrzenie skierował na dziecko. Leżało z otwartymi oczami. W rączce miało skórkę od chleba.
Usiadł na posłaniu i rozejrzał się. Ognisko przygasło, izba była pusta. Starucha, jej koza, worek z prowiantem – wszystko znikło. Zaklął w myśli.
Wyciągnął rękę i dotknął szyi dziewczynki. Perły były na swoim miejscu, tak samo jak jego sakiewka. Na brzegu posłania leżał stosik płócien.
Gaston podszedł do ogniska. W kociołku była zupa, w skopku mleko. Tknięty nagłym przeczuciem rozwinął narzędzia. Brakowało ostrego jak brzytwa składanego noża z hebanową rękojeścią, igieł i jedwabnych nici.
– Okradła nas? – spytał Paul, podnosząc się z posłania.
– Raczej wzięła sobie zapłatę za to, co nam zostawiła. Chodź, zupa jest gorąca.
Zjedli, a resztę Paul zaniósł żołnierzom.
Gaston zdjął ze ściany skórzany bukłak na długim rzemieniu i napełnił go mlekiem.
– No i co, Gabrielo? Idziemy dalej – powiedział, biorąc dziecko na ręce.
Wyszedł z chaty i oślepiony, zamknął oczy. W nocy padał śnieg, wiatr rozgonił chmury i teraz otaczała go błyszcząca biel.
„Do odmrożeń dojdzie zapalenie oczu” – pomyślał.
Konie ślizgały się na oblodzonych ścieżkach, ludzie się przewracali, ze strachem patrząc w głębokie przepaście, w których leżały działa, muły z przetrąconymi karkami i trupy Anglików.
Minęli spaloną wieś i z daleka zobaczyli Bembibre.
Poprzedniego dnia żołnierze spadli na miasto jak wygłodniałe sępy. Był tam lokalny skład wina. Teraz na każdej ulicy walały się rozbite beczki, wino płynęło nawet rynsztokami. Dragonom to nie przeszkadzało – czerpali wprost z nich hełmami. Wszystkie drzwi i okna były wyłamane, każdy zamek i zasuwa wyważone. Angielscy maruderzy, francuscy żołnierze, kobiety obu nacji, hiszpańscy mulnicy leżeli zgodnie na ulicach, kompletnie pijani. Z daleka wyglądało to jak pobojowisko pełne trupów.
„Dyscyplina nie rozprzęga się powoli, pęka nagle jak bańka mydlana” – pomyślał Gaston.
W ciągu kilku dni karne angielskie wojsko zmieniło się w bandę plądrujących całą okolicę maruderów. Chłopi już się nauczyli, że gdy z daleka zobaczy się mundury, obojętne czy niebieskie, czy czerwone, trzeba brać dobytek na plecy i uciekać, a bydło wypędzać wysoko w góry lub chować w lesie. Mieszkańcy leońskich miast właśnie odbierali podobną lekcję.
(…)

Rozdział 5
Maris stella

Żołnierz krzyczał jak opętany.
– Spokojnie, człowieku, nie rób takiego hałasu. Te rzeczy musimy znosić po męsku – powiedział Gaston, sięgając po laudanum de Rousseau. – Wypij, przyniesie ci ulgę.
Zdjął z ramienia piechura białą wstążkę, obejrzał ranę. Sterczała z niej kość złamana uderzeniem kuli karabinowej.
– Utnie mi pan rękę? – zajęczał ranny. – Jak ja będę buty szył?
Gaston westchnął w duchu. Żołnierz miał nie więcej niż dwadzieścia lat.
Jeszcze raz przyjrzał się ranie. Jeśli wyłuszczy główkę kości w stawie barkowym, operacja będzie szybka, a szewc prawie na pewno przeżyje. Może amputować rękę poniżej stawu barkowego, podwiązać naczynia, zszyć mięśnie i skórę. Operacja dłuższa i bardziej bolesna, ale po wygojeniu rany młodzieniec zamiast pustego rękawa może nosić protezę. Szyć butów jednak na pewno nią się nie da. Czy pocieszy go, że bez prawego ramienia będzie wyglądał jak admirał Nelson?
Gaston dotknął dłoni żołnierza.
– Poruszaj palcami – nakazał.
Palce dobrze działały, obie dłonie okazały się ciepłe, można więc było mieć nadzieję, że ani nerwy, ani naczynia nie są uszkodzone. Lecz jeśli wda się zakażenie? Łatwo o nie w lazarecie. Amputacja byłaby bezpieczniejsza.
– Wyjmę kulę, a ty ani drgniesz – powiedział do żołnierza. – Potem nastawię kość. Jesteś młody, silny, ręka się zrośnie i zapomnisz, że kiedyś byłeś ranny.
Szewc patrzył na niego szeroko otwartymi oczami. Bez słowa pokiwał głową.
Gaston włożył mu między zęby deszczułkę owiniętą skórą i zaczął sondować ranę. Wyjął kulę, potem kilka drobnych ołowianych odłamków. Kość nie była rozkawałkowana.
Żołnierz pobladł, ale leżał nieruchomo z zamkniętymi oczami, mocno zagryzając deszczułkę. Gaston dał mu jeszcze trochę laudanum.
– Maret! – zawołał na pielęgniarza. – Nastawiamy ramię.
Pielęgniarz chwycił żołnierza za bark, Gaston pociągnął w przeciwnym kierunku.
Żołnierz coraz mocniej zaciskał zęby i powieki.
– Skończone! – powiedział Gaston. – Teraz cię opatrzę. Ani drgnij!
Sprawdził jeszcze raz, czy krew krąży prawidłowo, potem zszył ranę, w końcu usztywnił rękę, przybandażowując ją do tułowia.
– No, żołnierzu, chwacko się sprawiłeś. Pamiętaj, że nie wolno ci ruszać tym ramieniem – powiedział. – Odprowadź go i daj mu wygodne miejsce – zwrócił się do Mareta.
Następny był kirasjer z roztrzaskanym kolanem, potem dragon, któremu kula uszkodziła szczękę, piechur ze złamaną kością stopy, artylerzysta trafiony kartaczem w dłoń. Gaston tamował krwawienie, składał kości, ciął, sondował, szył. Potok pokrytych krwią i brudem rannych napływał, póki nie zamilkły działa.
Wtedy Gaston kazał sobie podać miednicę z wodą. Zdjął zakrwawiony surdut, umył twarz i ręce.
– Odpocznij i zjedz coś – powiedział pracujący obok Paul. – Ja pójdę z Bricardem obejrzeć pole.
Gaston zjadł miskę zupy, poszedł do furgonu i położył się na łóżku. Mimo zmęczenia nie mógł zasnąć. Zawsze sam sprawdzał, czy wszyscy ranni zostali zniesieni z pola bitwy i czy wśród wrzucanych do wspólnego grobu ciał nie zaplątał się ktoś żywy. Tylko raz tego zaniedbał, pod Jeną, gdy sam został ranny i musiał się zdać na sanitariuszy. Na drugi dzień zobaczył stada psów, które zwabione zapachem krwi i poruszającą się ziemią rozgrzebywały świeże mogiły.
Z westchnieniem wstał, wyszedł z furgonu i skierował się w stronę murów Saragossy. Miasto broniło się już czterdzieści trzy dni, duża jego część leżała w gruzach, obrońcy jednak ani myśleli się poddać.
Idąc, schylał się nad każdym napotkanym ciałem i szukał oznak życia.
„Paul i Bricard pewnie już tędy przeszli” – pomyślał, nie znajdując nikogo żywego.
Nagle zobaczył na ziemi żołnierza z lewą ręką ujętą w łubki. Podszedł bliżej. Podporucznik Piotr Mierzejewski leżał na plecach, z szeroko rozrzuconymi nogami. Kula armatnia trafiła go w prawą pierś, rozerwała żebra i oderwała bark razem z obojczykiem. Trzymające się tylko na ścięgnach prawe ramię leżało w kałuży ciemnej krwi.
„Rodem spod Krosna – przypomniał sobie Gaston. – Niedźwiedzie tam piwo warzą. Gdzie też leży to Krosno? Czy dotrze do niego wiadomość o śmierci podporucznika? Czy może ojciec, matka, żona do końca swych dni z nadzieją będą czekali na jego powrót?”
Nagle sobie uświadomił, że Mierzejewski był jedyną nitką łączącą go z kobietą o zielonych oczach.
„Lepiej by zrobił, nie ruszając się z lazaretu” – pomyślał z nagłą złością.
Jego złość zmieniła się w furię, gdy doszedł do świeżo wykopanego dołu, do połowy już zapełnionego ciałami koni oraz poległych żołnierzy. Hiszpańscy wieśniacy znosili tu trupy i układali w rzędzie. Klęczący obok dołu Bricard, z narzędziami w dłoniach, sprawnie odejmował zmarłym żuchwy i wrzucał do beczułki.
– Wyrywanie poległym szczęk to robota rakarza, nie chirurga – warknął Gaston.
Bricard zerwał się na równe nogi, zaraz jednak przypomniał sobie, że to ostatni dzień służby Gastona, i przyjął znacznie swobodniejszą pozę.
– Wie pan, ile dentyści płacą za beczułkę zębów? – spytał.
– Nie, i nie chcę wiedzieć.
– Tym tutaj zęby już niepotrzebne. Zresztą im jest wszystko jedno.
– Ale mnie nie! – krzyknął Gaston.
Bricard spojrzał na niego spod oka.
– Byłem biedny, teraz jestem bogaty i widzę, że bogactwo jest lepsze – powiedział. – Tylko że jego zdobywanie wymaga mocnych nerwów. Pan nie ma o tym pojęcia, bo nigdy nie musiał wydobywać się z nizin. – Rzucił Gastonowi wyzywające spojrzenie, ukląkł i znów wziął się do roboty.
Gaston już ochłonął. Kim był, żeby oceniać Bricarda? Dobrze przecież pamiętał, w jaki sposób sam zdobył majątek.
Odwrócił się i ruszył w stronę rzeki. Kręcili się tu Francuzi, Polacy, Niemcy, Włosi. Podchodzili do wykopanych o trzysta kroków od murów paraleli, choć czasem kule gwizdały im nad głowami, odciągali trupy poza zasięg karabinowego strzału, obszukiwali starannie. Każdy żołnierz najcenniejsze łupy nosił przy sobie i zdarzało się, że jeszcze w czasie bitwy koledzy wyciągali sakiewki tym, którzy padli.
Grupka francuskich piechurów pokazywała sobie coś na polu, żywo gestykulując.
– Czarownica! Potrzebuje ludzkich serc do swoich diabelskich eliksirów. Wrzućmy ją do rzeki. Wypłynie, to będziemy mieć dowód.
Gaston podszedł bliżej.
– Co tu się dzieje? – spytał ostro.
– Panie pułkowniku, melduję posłusznie, że tam jest czarownica – rzekł jeden z piechurów, stając na baczność.
– Gdyby powiedział mi to Hiszpan, tobym się nie dziwił. Ale Francuz? Wstyd!
Żołnierze się zmieszali.
Gaston ruchem ręki kazał im odejść, sam zaś ruszył w stronę wieśniaczki w sukiennym kapturze. Rozmiękła ziemia tłumiła odgłos jego kroków.
Kobieta klęczała przy rozpłatanym ciele i Gaston w pierwszej chwili pomyślał, że się modli. Ona jednak rysowała coś kanciastym angielskim ołówkiem. Była tak zajęta swoją pracą, że zauważyła go, dopiero gdy przed nią stanął. Krzyknęła przestraszona, upuszczając papier i ołówek. Uniosła głowę i wtedy ją poznał. Kobieta o zielonych oczach.
– Co pani tu robi? – spytał, schylając się po rysunek. Był na nim doskonale oddany obraz wnętrza jamy brzusznej.
Podniosła ołówek, wstała i wyciągnęła rękę po papier.
– Uczę się anatomii – powiedziała. – W jedyny dostępny dla kobiety sposób.
Gaston przypomniał sobie na wpół zgniłe trupy w paryskim prosektorium. Śmierdziały tak, że trudno było ustać przy stole sekcyjnym. Wielu studentów odsuwało się w najdalsze kąty sali, a niektórzy po prostu wychodzili.
– Niech pani nie zazdrości studentom. Żadne pobojowisko nie jest tak straszne jak prosektorium paryskiej szkoły medycznej.
– Jednak zazdroszczę – szepnęła. Spojrzała na niebo. – Niedługo muszę wracać, a mam jeszcze sporo pracy.
Potraktowała go jak intruza, skłonił się więc i odszedł.
Ledwie zrobił parę kroków, już tego żałował.
„Głupiec! Czemu nie spytałem jej o imię?” – pomyślał.
Piechurzy, którzy zobaczyli w niej czarownicę, ciągle stali tam, gdzie ich zostawił.
– Rozejść się! – zarządził. – Znam tę niewiastę. Odmawia litanię za konających.
Rzeczywiście, klęcząca przy zwłokach kobieta z daleka wyglądała tak, jakby się modliła.
Żołnierze ruszyli w stronę swego obozu. Gaston szedł za nimi, w końcu uznał, że wystarczająco się oddalił: z tej odległości nie mogła go rozpoznać.
Klęczała tyłem do niego, nie widział więc, co robi. Czasem się nachylała, unosiła rękę albo miarowo kołysała tułowiem. Postanowił poczekać, aż skończy swoje studia. Nigdzie nie widział jej konia, na pewno jednak nie przyszła pieszo, będzie więc mógł niby przypadkiem zajść jej drogę, gdy skieruje się w stronę obozu.
Zobaczył, że kobieta wstaje. Otrzepała spódnicę i rozejrzała się dokoła. Odruchowo spuścił głowę i skulił ramiona jak złoczyńca. Gorączkowo myślał, co jej powie. Odwykł od rozmów z kobietami.
Usłyszał melodyjny gwizd, potem tętent kopyt. Nie wiadomo skąd pojawił się cisawy koń, kobieta podciągnęła popręg, lewą ręką zebrała wodze, włożyła nogę w strzemię i usadowiła się w siodle. Patrzył, jak zgrabnie siedzi na koniu, jak pochyla się lekko, jak rusza, a potem płynnie przechodzi w galop..
– Jest świetną amazonką. Znasz ją? – usłyszał nagle.
Tak się zapatrzył, że nie zauważył zbliżającego się Paula.
– Parę dni temu przywiozła mi rannego Polaka. Znalazła go na drodze i opatrzyła.
– Hiszpanka?
– Nie wiem.
– Szkoda.
Gaston spojrzał na niego zdumiony. Spodziewał się jakiejś ironicznej uwagi.
– Pierwszy raz, odkąd cię znam, zwróciłeś uwagę na kobietę. Szkoda, że tak szybko znikła. Skąd w ogóle się tu wzięła?
– Przyjechała studiować anatomię.
Paul się roześmiał.
– Nie poznaję cię, Gastonie. Mówisz od rzeczy.
– No to chodź.
Zaprowadził Paula do rozpłatanych zwłok. W pierwszej chwili myślał, że pomylił miejsce, jednak nie – ten kawałek oczyszczono już z trupów i były to jedyne zwłoki w promieniu kilkuset kroków. Martwy żołnierz leżał wyprostowany, ze splecionymi dłońmi, jak w trumnie. Pozapinany na wszystkie guziki mundur był zszyty. Gaston rozpiął guziki. Ciało też było zszyte.
Paul się nachylił.
– Piękny szew. Ty go założyłeś? Po co?
– Ona.
Opowiedział o rozmowie z nieznajomą.
– Przydałaby się nam w szpitalu, nie sądzisz? – spytał Paul.
Gastonowi nie przyszło to do głowy.
– Racja! – powiedział, myśląc, że mógłby ją codziennie widywać.
– Pozostaje nam tylko dowiedzieć się, kim jest. Nie zapomnij języka w gębie, gdy znów się z nią spotkasz.
(…)