Fragment „Tylko dzięki miłości”

 

28 kwietnia 1938, czwartek
Długa rozmowa z babcią o niezależności finansowej kobiet, o małżeństwie, o pracy. Babcia mówi, że „ludzie zawodowi wiele tracą, bo praca pochłania mnóstwo czasu”.

„A tatuś? – zapytałam. – Dużo pracował, miał jednak czas dla mamy i dla nas”.
„Mężczyźni to co innego. Oni mają żony, ty nie”.
„Co właściwie jest sensem życia? Bo przecież nie mąż ani nawet niezależność finansowa”.
„Samo życie jest sensem – powiedziała babcia. – Po prostu trzeba żyć. Wybrać coś i robić to dobrze. Mądrzy Chińczycy mówią, że gdy zapadnie zmrok, wystarczy zapalić jedną świeczkę”.

10.05
Almaz. Ile razy na nią spojrzę, widzę jej oczy wpatrzone we mnie. W nocy jest na wyciągnięcie ręki. Należy do mnie. Moje prywatne źródło rozkoszy i wyprasowanych koszul.

24.05
Sen o Z. Nagłe przebudzenie i przygniatający żal, że to tylko sen. Szukanie pocieszenia
w czarnych włosach i kawowym ciele Almaz. Myśl o innych oczach i włosach. O raz zobaczonym nagim ciele w lesie nad jeziorem.
Szept Almaz, gdy już prawie zasypiałem: „Jesteś inny, kiedy o niej myślisz, mzungu”.

31 maja, wtorek
JESTEM DOROSŁA! Skończyłam osiemnaście lat i zdałam maturę! Patrzę na pierścionek
z szafirem, który dostałam od babci w dniu rozdania świadectw. „Kiedyś wierzono, że sklepienie niebieskie to wielki szafir, który otacza Ziemię, i dlatego szafir stał się symbolem opieki, pokoju i przyjaźni. Pomaga znaleźć drogę i wytrwale nią iść. Przed wielu laty dostałam ten pierścionek od twojego dziadka. Życzę ci dobrego wyboru życiowej drogi
i żebyś kiedyś w małżeństwie była taka szczęśliwa jak ja”.

1.06
Moja cudowna, najwspanialsza na świecie mama! „Wspomniałam w liście do Hedwig, że
w tym roku nie przyjedziesz do domu i być może spędzisz urlop w Egipcie, bo od dawna pragniesz go zobaczyć. I wyobraź sobie, mój drogi, że Hedwig także wybiera się do Egiptu, razem z Zuzanną. Od razu napisałam, by nie szukała dragomana, bo ty z radością będziesz ich przewodnikiem w Afryce. Chyba nie masz mi tego za złe?”

8 czerwca, środa
Złożyłam prośbę o przyjęcie do Uniwersyteckiej Szkoły Pielęgniarek i Higienistek. Jej dyrektorką jest pani Anna Rydlówna – siostra Lucjana Rydla i Haneczka z Wesela Stanisława Wyspiańskiego. To musi być niezwykła szkoła.

Różany, 18 czerwca, sobota
WAKACJE!

20.06
Wieczorami czytam o Egipcie i układam plan podróży, a w nocy śnię o Z.

21 czerwca, wtorek
Sens życia? Babcia ma rację – to życie samo. Te niekończące się zmierzchy, zapach akacji
i jaśminu, granie żab, wieczorna zorza, kłusowanie na Gangesie między kopami świeżego siana i jedzenie poziomek ze śmietaną.

24.06
Przed wieczorem poszedłem sam nad jezioro, by upolować kilka kaczek. Wracałem do faktorii, myśląc o tym, że już za dwa miesiące zobaczę Z. Nagle wyszedłem na jakąś polanę kończącą się gąszczem mangombe i zorientowałem się, że zgubiłem drogę. Zrobiłem to, czego nauczył mnie ojciec – usiadłem pod drzewem. Uspokoiłem oddech i myśli. Gdy otworzyłem oczy, zobaczyłem goryla siedzącego na drugim końcu polany, koło mangombe. Nie szukał pędów, lecz patrzył na zachodzące słońce, w zamyśleniu, zauroczeniu.
Poczułem łzy w oczach. Przypomniało mi się to fatalne polowanie na słonie dwa tygodnie temu. Czym się różnię od tych Anglików, którzy niedawno zmasakrowali stado hipopotamów?
Wstałem, bezszelestnie, jak mi się wydawało. Goryl jednak mnie usłyszał. Spojrzał w moją stronę. Wycofałem się za drzewa, a on wrócił do podziwiania słońca. Od razu trafiłem na znajomą ścieżkę i jeszcze przed zmrokiem byłem w domu.

24 czerwca, piątek
Razem ze Stasiem zrobiliśmy wszystkim niespodziankę: przygotowaliśmy sobótkę i wieńce na głowę dla wszystkich domowników. Były skoki przez ogień, piekliśmy w popiele pierwsze ziemniaki, a Staś chciał wyruszyć na poszukiwanie kwiatu paproci. Położyłam się, gdy już szarzało. Myślałam o Piotrze – o tym, jak wyglądał w letnim ubraniu od Andersona z Savile Row, jak pachniały goździki, groszki i tytoń w jego wieńcu. I choć się starałam, nie przyśnił mi się. Śnił mi się Joachim. Dobrze, że to nie był wieczór andrzejkowy, gdy takie sny są wróżebne.

25 czerwca, sobota
Zapomniałam napisać o prezencie, jaki dostałam od babci z okazji osiemnastych urodzin: spełniła moje marzenie o Heluanie i 2 sierpnia wypływamy z Gdyni do Egiptu!

10.07
W lipcu Victoria Nyanza ma taką barwę jak jeziora w Prusach. A gdy zamknę oczy i słyszę trzepot skrzydeł flamingów i szum palm, wydaje mi się, że jestem w domu, że to kaczki
i łabędzie, i pruskie sosny.

24.07
Za miesiąc ją zobaczę.

26 lipca, wtorek
Imieniny Hanki. Ciche, z powodu żałoby po wuju. Na obiad przyjechało kilku sąsiadów. Hanka stale zaprasza różnych młodych ludzi, „żebym miała towarzystwo”. Są okropnie nudni.

27 lipca, środa
Staś z wysuniętym koniuszkiem języczka rysuje pociąg towarowy. To chyba wpływ Lokomotywy, bo nigdy w życiu nie widział pociągu.

„Dokąd jedzie ten pociąg?”, pytam. Staś dalej rysuje w skupieniu. „Może do Warszawy?”, zastanawiam się głośno. Żadnej reakcji. „A co wiezie?” Milczenie. „Może w siódmym są dębowe stoły i szafy, a w ósmym słoń, niedźwiedź i dwie żyrafy?”, cytuję Tuwima.
Staś patrzy na mnie lekko zniecierpliwiony. „Zuziu, nie widzisz, że on ma tylko trzy wagony?”

28 lipca, czwartek
Upał. Floksy kwitną jak szalone. Cały ogród jest przesycony ich zapachem.

29.07
Przekazałem Jensowi wszystkie sprawy. Poprosiłem, by dał wolną rękę Almaz we wszystkim, co dotyczy sklepów. Mówi, że sam się zastanawia, czy nie zmienić sklepu
w Ngarze na wzór moich. Przez ostatni miesiąc pracowałem jak wariat. Myśl o Z.
i o wspólnym zwiedzaniu Egiptu dodaje mi skrzydeł.

30 lipca, sobota
Staś do Julki przy obiedzie: „Z czego jest to mięso?”.

„Z kury”.
„A te ziemniaki?”

W sleepingu do Gdyni, 1 sierpnia, poniedziałek
Nie wiem, czemu tak się cieszyłam na ten rejs. Mogłabym teraz być w Różanach. Przez dwa miesiące nie zobaczę Piotra. Gdy żegnałam się z Gangesem, płakałam. On też.

M/s Śmiały, 2 sierpnia, wtorek
Mamy z babcią wykładaną drewnem kajutę z okrągłym okienkiem, szafą w ścianie, mikroskopijną łazienką i dwoma łóżkami. Z pokładu słychać nawoływania, zgrzyt łańcuchów. Jutro wypływamy.

Na morzu, 3 sierpnia, środa
Gdy rano otworzyłam oczy, poczułam delikatne drżenie i zobaczyłam, jak mój szlafrok powieszony na haczyku lekko się kołysze, to w prawo, to w lewo. Szybko się ubrałam i wyszłam na pokład. Statek wypływał na pełne morze, mijając wejście do portu gdyńskiego i dwie latarnie. Morze nie jest niebieskie, tylko szarosrebrne. Po południu ogłoszono alarm szalupowy dla pasażerów. Musieliśmy włożyć kamizelki ratunkowe i zgromadzić się przy szalupach. Większość potraktowała to jako okazję to poznania współpasażerów, a babcia, zamiast ćwiczyć, beztrosko umawiała się na popołudniowego brydża.

3.08
Są już na Bałtyku. Ja wyruszam za dziesięć dni. Czasem chciałbym już ją zobaczyć, a czasem upajam się tym czekaniem, bo wiem, że się doczekam.

5 sierpnia, piątek
Śmiały jest statkiem handlowym, który prócz ładunku może zabrać czterdziestu pasażerów. Ma dwa pokłady spacerowe – otwarty i zadaszony – wyłożone drewnem tekowym, z błyszczącymi poręczami (które nazywają się relingi) i leżakami ustawionymi
w równych rzędach. W przedniej części jest salon i jadalnia, od burty do burty, a przez ich duże okna widać morze. Myślałam, że będzie basen, jak na Batorym czy Piłsudskim, ale nie ma.

Program dnia jest dość monotonny: o dziewiątej śniadanie, w południe obiad, potem gry towarzyskie albo wykład, o czwartej podwieczorek, później jest wyświetlany film, o szóstej mamy kolację, a o dziewiątej wieczorem zaczyna się dancing z zimnym bufetem.
Najlepszą rozrywką jest podsłuchiwanie rozmów pasażerów z załogą. Czuję się wtedy tak jak w Różanach, gdzie wszyscy muszą odpowiadać na milion pytań Stasia.
Jak tu jest głęboko? Jaką temperaturę ma morze? Czy tu są rekiny? Czy widział pan kiedyś atak rekina na człowieka? Jak się nazywa tamta wysepka? Jakie pamiątki można kupić
w Lizbonie? Czy kiedyś grasowali tu piraci? Gdzie piraci zakopywali swoje skarby? Dlaczego wyspy nie mają tablic z nazwami? Czy to na pewno Morze Północne? Skąd można to wiedzieć? Co to za statek? Dokąd płynie? A co wiezie?

8.08
Z., Zuzanna, Zuzia. Nie mogę myśleć o niczym innym, tylko o spotkaniu z nią.

10 sierpnia, środa
Podobają mi się marynarskie rytuały, na przykład zmiana flagi po zacumowaniu w porcie. Na przednim maszcie powiewa teraz flaga portugalska, bo następnym portem będzie Lizbona.

Byłam na wykładzie o historii żeglugi pasażerskiej. Kiedyś, wypływając w morską podróż, ludzie spisywali testament i żegnali się z bliskimi. Pierwszych pasażerów przewożono w ładowniach, sami musieli się zatroszczyć o wikt i opierunek. Oczywiście o łazienkach nie było mowy. Były ubikacje dla pań, a panowie załatwiali się za burtę. Pasażerowie musieli pomagać w pracach na pokładzie, a lepsze statki reklamowały się hasłem: „U nas pasażerów się nie bije”.

12.08
Jutro rano wypływam do Mwanzy, potem pociągiem jadę do Dodomy i po załatwieniu służbowych spraw – do Dar es-Salaam.
18 sierpnia mam parowiec do Port Sudanu. 24 sierpnia ma przypłynąć m/s Śmiały, a na nim Z. i jej babcia. Obie równie ważne. Jeśli starsza pani mnie nie zaakceptuje, u młodszej nie będę miał szans.

16.08
Wczoraj, gdy stanąłem pod drzwiami gabinetu dyrektora naczelnego, przypadkiem podsłuchałem opinię o sobie: „Świetny pracownik, choć Niemiec”. Może w innej sytuacji bym się tym przejął. Nic jednak nie może mi zepsuć humoru, gdy wiem, że za osiem dni zobaczę Z.

19.08
A jeśli zbyt wiele się spodziewam? Jeśli ona się zmieniła? Jeżeli na przykład się zakochała? Nie, niemożliwe. Jej babcia przecież wie, jakie mam zamiary, i w takiej sytuacji nie zgodziłaby się, żebym im towarzyszył. A jeśli nie spodobam się starszej pani? Albo jeśli
Z. nigdy mnie nie pokocha?

20 sierpnia, sobota
Jutro zawijamy do Port Saidu. Tam wysiada kilku pasażerów – jadą dalej lądem, do Palestyny. My schodzimy na ląd w Port Sudanie. Ma tam na nas czekać dragoman. Babcia nie chce powiedzieć, jak go znalazła. „To nic trudnego. W końcu mamy dwudziesty wiek
i agencję Cooka”.

23 sierpnia, wtorek
Ostatnia noc na Śmiałym. Jutro zejdziemy na Czarny Ląd.

23.04
Nie mogę spać. To już jutro. Jutro ją zobaczę.

24.08
Jak opisać Z.? Ma osiemnaście lat, jest wysoka i szczupła. Piękna nordycka czaszka. Uważne, myślące spojrzenie. Blond warkocze upięte w koronę pod kapeluszem, niebieskie oczy, jasna cera. Kilka piegów na zgrabnym nosku. Złotobrązowe szerokie brwi. Zmysłowe usta, które jeszcze nie wiedzą, że są zmysłowe. Gdy się śmieje, w lewym policzku robi się jej uroczy dołek. Wąskie dłonie, paznokcie różowe jak u dziecka. Zgrabne łydki. Sukienka w kwiatki i sznurowane trzewiki za kostkę ukrywają resztę. Jest jak róża, która z bladego zeszłorocznego pączka rozwinęła się w upajający kwiat. Serce waliło mi jak oszalałe, gdy patrzyłem na nią schodzącą z trapu. Sposób, w jaki rozmawiają z babcią: ciche głosy, tkliwy dotyk, pełne porozumienie, troska, miłość.
Pani Hedwig von Chojnovsky jest starszą o czterdzieści parę lat kopią wnuczki, z siwiejącymi krótkimi włosami. Może się jeszcze podobać. Musiała bardzo kochać męża, skoro po raz drugi nie wyszła za mąż. Na pewno miała wielu adoratorów. Gdy na mnie spojrzała, życzliwie, lecz z przeszywającą przenikliwością, poczułem się tak, jakby moja dusza stanęła przed aparatem Roentgena. Przed panią von Ch. nic się nie da ukryć. Nawet nie będę próbował.

Port Sudan, 25 sierpnia, czwartek
Nurkowałam na rafie koralowej. Nigdy w życiu nie widziałam niczego tak pięknego! Joachim przygotował dla mnie specjalną rurkę, przez którą się oddycha, kauczukowe płetwy, okulary i buty do wody. Gdy go zobaczyłam na nabrzeżu w Port Sudanie, nie wierzyłam własnym oczom. Znajoma twarz wśród setek obcych. Od razu człowiek raźniej się czuje. Joachim w tropikalnym ubraniu i panamie, opalony na brąz, jest tu u siebie. Zna chyba wszystkie miejscowe narzecza, w każdym razie ze wszystkimi umie się dogadać. Ma posłuch. Nie tylko dlatego, że jest biały.

25.08
Byłem na rafie przedwczoraj, by samemu spróbować i wszystko zobaczyć. Co to za dragoman, jeśli wcześniej nie przeszedł ścieżek, którymi prowadzi podróżnych. Rafa koralowa jest cudem świata. Rafa z Z. jest potrójnym cudem. Wszystko, na co patrzę jej oczami, nabiera nowego blasku.
Kiedy mówiłem o wyprawie na rafę, nie przyszło mi do głowy, że pani von Ch. z nami nie pojedzie. Moja mama ma takie powiedzenie: „To nie młodzi mają być rozważni, tylko my”.
Po kolacji, gdy Z. ziewnęła ukradkiem, pani von Ch. szepnęła: „Idź się położyć, mein Schatz”, a do mnie powiedziała: „Panie Joachimie, proszę mnie zaprosić do baru. Jestem ciekawa szczegółów pana życia w Afryce”. Prawie nie zadawała mi pytań. Po prostu słuchała. Nawet wtedy, gdy nieopatrznie wymieniłem imię Almaz, lekko przymrużyła oczy, ale o nic nie zapytała. W barze hotelowym światło było przyćmione, wydawało mi się jednak, że nie tylko z mojej historii, lecz także z każdego drgnienia mojej twarzy odczytała więcej, niżbym chciał. Poprosiłem, by mi mówiła po imieniu. Z uśmiechem skinęła głową. „Wiedziałam, że syn Aileen musi być miłym człowiekiem. Cieszę się, że spędzimy razem ten miesiąc. Moja wnuczka dużo przeszła, a przecież osiemnaście lat to czas na zabawę, nie na płacz. Mam nadzieję, że jutro na rafie będzie się dobrze bawić. Ja trochę odpocznę po podróży”. A gdy podała mi rękę przed drzwiami swojego pokoju, powiedziała: „Byłabym najszczęśliwsza na świecie, gdyby serce mojej wnuczki żywiej zabiło dla kogoś takiego jak ty, Joachimie”.

26 sierpnia, piątek
Nie chcę stąd wyjeżdżać. Koralowe ogrody z rybami we wszystkich kolorach tęczy, biały piasek, palmy kołyszące się na wietrze, wiktoriański ogród pełen kwiatów (podlewany dwa razy dziennie) – to jest raj.

Dziś Joachim zabrał mnie na wyspę, pół godziny drogi łodzią od brzegu. Nazbierałam cały koszyk martwych koralowców, z których zrobiona jest ta wysepka. Nurkowaliśmy wokół niej, na płyciźnie. Słońce prześwieca przez wodę i musiałam pływać w bluzce z długimi rękawami, żeby mi nie spaliło skóry. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na koralowej mieliźnie przy zatopionym wraku. Dwóch czarnych wioślarzy zostało w łodzi, a my wskoczyliśmy do morza. Czułam się tak, jakbym się przeniosła w opowieść o piratach: resztki drewnianego kadłuba obrośnięte skorupiakami, żółw majestatycznie płynący przez dawny bulaj, ławica rybek niebieskich jak farbka do bielizny, lazurowy węgorz w szare paski, z szafirowo-złotymi oczami, i nakrapiana niebiesko płaszczka, która nagle się podniosła z piaszczystego dna. Popatrzyłam za nią i zobaczyłam ścianę czarnej wody. Przeraziłam się, machnęłam na Joachima i wypłynęłam na powierzchnię. Płynąc do łodzi, na pewno pobiłam swój życiowy rekord. Gdy opowiedziałam Joachimowi, czego się przestraszyłam, wcale się nie śmiał. „Nasi wioślarze cały czas obserwowali morze i gdyby coś zobaczyli, uderzyliby wiosłami o wodę na znak, że mamy wracać. Z morzem nie ma żartów. Szczególnie gdy panią mam pod opieką”. Zrobiło mi się ciepło na sercu.

27.08
Z. w pociągu z nosem przyklejonym do szyby. Tak jak ja, gdy pierwszy raz zobaczyłem sawannę. Nie mogę oderwać oczu od Z.

30 sierpnia, wtorek
Dotarliśmy do Abu Simbel, południowej bramy Egiptu. Kilka razy byłam w British Museum w dziale starożytności. Widziałam greckie wazy, asyryjskie byki z budzącym dreszcz rysem okrucieństwa i egipskie freski, na pozór łagodne, często jednak przedstawiające rzędy jeńców, obcięte głowy i stosy uciętych rąk. Z lekcji historii starożytnej wiedziałam o potędze Egiptu. Ale na widok czterech olbrzymich posągów Ramzesa zaparło mi dech. Czułam się jak mrówka. Każdy wróg czy przyjaciel Egiptu tak właśnie miał się poczuć, gdy przekraczał jego granicę. Na ścianach komór wykutej w litej skale świątyni namalowano historię egipskich zwycięstw. To na wypadek, gdyby na kimś posągi faraona nie zrobiły odpowiedniego wrażenia. Potem była jeszcze świątynia w Amadzie, Dolina Lwów, czyli aleja sfinksów prowadząca do świątyni Wadi as-Subu, i ad-Dakka z grobowcem wicekróla Nubii z czasów Ramzesa VI. Jestem tym wszystkim tak oszołomiona, że w czasie kolacji nie mogłam jeść. Babcia nawet się zaniepokoiła, czy nie mam gorączki.

30.08
Po raz pierwszy dotknąłem wargami jej skóry. Moja wdzięczność dla tego, kto wymyślił bruderszaft, nie ma granic. Pocałowałem ją. Piliśmy razem szampana. Jesteśmy na ty. Gdybym mógł, wstrzymałbym maszyny i wody Nilu, by nie niosły nas tak szybko. Chciałbym, żeby ta podróż nigdy się nie skończyła. Gdy wieczorem panie idą do swojej kabiny, jeszcze długo siedzę na pokładzie, przebiegając w myślach cały dzień i utrwalając sobie w pamięci każdy szczegół związany z Zazulką. Sposób, w jaki leciutko przechyla głowę, gdy mnie o coś pyta. Ruch, jakim odsuwa z czoła złoty loczek. Lekkie przymrużenie oczu, gdy nad czymś się zastanawia. Mam oczy i serce pełne jej śmiechu, jej ruchów, jej spojrzeń, jej słów.

31 sierpnia, środa
Wczoraj z natłoku wrażeń nie mogłam zasnąć. Wierciłam się w łóżku i w końcu babcia kazała mi się ubrać i pospacerować po pokładzie albo napić się herbaty. Okazało się, że Joachim też nie spał. Palił papierosa na leżaku. Na mój widok wrzucił go do wody. Czerwony łuk od pokładu do Nilu. Dziwne uczucie ogarnia człowieka, gdy statek płynie w kompletnych ciemnościach. Czasem wyłaniał się z nich zarys lasu palmowego albo gdzieś daleko błyskało pojedyncze światełko. Nic, tylko szum wody i maszyn. Ciaśniej owinęłam się szalem. Joachim to zauważył i zaprosił mnie do baru. Nie chciałam wyjaśniać, że to dreszcz lęku przed nieznanym, nie zimno.

Byłam jedyną kobietą w barze. Oprócz nas siedziało w nim trzech Anglików. „Nie rozmawiają z sobą – powiedziałam. – Widocznie nie zostali sobie przedstawieni”.
Joachim roześmiał się głośno. Jeden z Anglików powoli złożył gazetę i wyszedł.

„A my, czy zostaliśmy sobie przedstawieni?”
Od razu zrozumiałam, co miał na myśli. Czemu nie? Jest przecież tylko o kilka lat ode mnie starszy.
„Nie pamiętam. Tak na wszelki wypadek, mam na imię Zuzanna”.
Uśmiechnął się od ucha do ucha. „Joachim. Bruderszaft?”
Kiwnęłam głową.
„Ale… czy mogę ci mówić Zazulka?”
To zdrobnienie wymyśliła Justyna. Mówiła na mnie także „Gżegżółka”.
„Usłyszałem kiedyś, jak twoja babcia tak się do ciebie zwróciła. Spytałem ją potem, co to znaczy. Powiedziała, że kukułka albo biedronka. Urocze”.
Milczałam. Chybabym nie chciała, żeby Joachim tak do mnie mówił.
„Albo nie – wycofał się. – Wolę po prusku: Gegule”.

„Okej”, uśmiechnęłam się z ulgą.
Joachim zamówił szampana. Jak to fantastycznie być dorosłą i pić szampana, w dodatku
w barze i na Nilu! Wypiliśmy, a potem ucałowaliśmy się w policzki.

„Marzyłem o tym, odkąd cię zobaczyłem”.
„Od samego Port Sudanu? To czemu nic pan… to czemu nic nie mówiłeś?”
„Odkąd cię zobaczyłem w domu, w Schönwalde”.
Buzia sama mi się otworzyła ze zdumienia. To on mnie tam zauważył? Chciał mi mówić po imieniu? Byłam pewna, że widzi tylko Emily. „Niemożliwe – palnęłam. – Przecież ja mam warkocze”.
Znów głośno się roześmiał. „Wiem. Musisz mi obiecać, że nigdy ich nie obetniesz”.

1.09

Chciałbym już nigdy się z nią nie rozłączać. Kocham ją. Chciałbym, żeby została moją żoną.

Asuan, 2 września, piątek
Piątek to egipska niedziela. Babcia odpoczywa w kajucie po zwiedzaniu File i Elefantyny, a mnie Joachim zaprosił do ogrodu botanicznego. Ogród jest na wyspie nazwanej od nazwiska jego założyciela Wyspą Kitchenera albo Geziret an-Nabatat – Wyspą Roślin. Na przystani długą chwilę czekaliśmy na felukę. Widok na Nil jest urzekający. Gdy feluka przybiła do brzegu wyspy, zobaczyłam gąszcz palm, a wśród nich zupełnie niezwykłe: z pniami w białe pasy. Wyglądały tak, jakby je pomalował jakiś szalony ogrodnik. Euforbie, które u nas hoduje się w doniczkach, mają rozmiary krzewu. Jest tu także mnóstwo ptaków i kotów. Usiedliśmy na kamiennym murku i w milczeniu patrzyliśmy to na ogród, to na Nil. Bałam się, że bruderszaft coś między nami popsuje, ale na szczęście tak się nie stało. Lubię Joachima. Gestem pokazał mi ibisa, a potem grzbiet płynącego krokodyla. Gdy się wstrząsnęłam, zacytował Herodota. Oczywiście w szkole czytałam Dzieje, ale prawie niczego nie umiem na pamięć. „Jeżeli zaś znajdą kogoś, czy to z Egipcjan, czy z cudzoziemców, kto zginął porwany przez krokodyla, muszą go mieszkańcy tego miasta, przy którym został wyrzucony na ląd, zabalsamować i pochować w świętych grobach. Sami kapłani Nilu własnoręcznie go grzebią, jak gdyby był czymś więcej niż trupem człowieczym”.

3 września, sobota
Herbata w Old Cataract Hotel, gdzie Agatha Christie napisała Death on the Nile. Joachim bardzo ładnie się znalazł: podarował babci egzemplarz. 

3.09
Patrzyłem, jak Zazulka szkicuje widok z werandy Old Cataract Hotel. Nagle poczułem na sobie czyjś wzrok. Pani von Ch. przyglądała mi się uważnie. Zmieszałem się. Wtedy ona z lekkim uśmiechem skinęła głową. Wie wszystko i sprzyja mi.  

4.09
Jestem w Egipcie. Marzyłem o tej podróży. A teraz widzę tylko ją.

Luksor, 5 września, poniedziałek
Gdy Amon-Re odwiedzał swoją żonę Mut, kapłani ciągnęli po Nilu barkę z jego posągiem, a do swej świątyni wracał w uroczystej procesji trzykilometrową aleją sfinksów. Nie potrafię opisać tego miejsca: lasu pokrytych inskrypcjami kolumn, posągów z różowego i czarnego granitu, obelisku królowej Hatszepsut, świętego jeziora, długich szeregów kamiennych lwów z ludzkimi i baranimi głowami. Do tego trzeba pióra Homera. Gdy wracaliśmy na statek, Joachim skręcił w wąską uliczkę. Schodziliśmy w stronę Nilu między niskimi bielonymi domami z mułowych cegieł, krytymi trzciną. U wylotu ulicy był gaj pomarańczowy. Zielone i żółtawe owoce lśniły wśród liści. Zakurzoną ścieżką zbliżał się Arab w białym zawoju, siedzący na stosie trzciny cukrowej przywiązanej do grzbietu osła. Wszędzie unosił się kwaśny zapach palonego krowiego łajna i smażonych ryb zmieszany z korzennogorzką wonią pomarańczy. Patrzyłam, patrzyłam, potem zamknęłam oczy i starałam się zapamiętać tę chwilę na zawsze.

5.09
Dałem boyowi napiwek, a potem oparłem się o reling i chowałem portfel do kieszeni. Usłyszałem cichy stuk. Z portfela wypadł mi talizman od Almaz. Patrzyłem na hebanową figurynkę leżącą na deskach pokładu. Statek drgnął i zakołysał się. Talizman poturlał się po pokładzie i wpadł do wody. Nie zrobiłem nic, by temu zapobiec.

6 września, wtorek
Na zachodnim brzegu Nilu witają przybysza kolosy Memnona, dalej jest świątynia kobiety-faraona Hatszepsut, a jeszcze dalej, pod skałą w kształcie piramidy, Dolina Ciszy, pilnowana przez boginię Uadżyt przedstawianą pod postacią kobry.

Byłam w grobowcach Ramzesów II, III, V, VI i IX, Amenhotepa III i oczywiście Tutenchamona. Jednak największe wrażenie zrobił na mnie grób Tutmosisa III, władcy, który rozszerzył panowanie Egiptu do IV katarakty. Wejście do tego grobu jest umieszczone wysoko na półce skalnej. Trzeba się wspiąć po drewnianych schodach, przypominających raczej drabinę, potem przejść długi korytarz, pochylnię stromo opadającą w dół, komorę i mostek teraz przerzucony nad starą zapadnią. Jeśli komuś udało się uniknąć tej pułapki, wchodził do pustej komory. Ukryte przejście dziś jest widoczne – prowadzi do stromego korytarza, przypominającego szyb windy. Kiedyś i tu na rabusiów czyhały pułapki. Dopiero za nim jest wielka komora grobowa z czterema małymi, bocznymi. Znajduje się ona na poziomie doliny, grobowiec schodzi więc kilkadziesiąt metrów w dół. I mimo to został splądrowany już w czasach starożytnych.
„Śmierć na prędkich skrzydłach dosięgnie tego, kto zakłóci spokój faraona”.
Jest coś nieprzyzwoitego w naszym wdzieraniu się w tę ciszę, we wchodzeniu do grobów – z czystej ciekawości. Między rozgrzanymi (mimo porannej godziny) skałami czułam się nieswojo. Wnętrza grobowców mizernie oświetlone, duszne. Tak, historie przedstawione na ścianach są porywające, lecz czy to nas usprawiedliwia? Na pewno jednak nic nie usprawiedliwia takich atrakcji dla Europejczyków jak prezentowanie mumii. Na statku pustki, bo większość pasażerów pojechała dorożkami na pokaz, który ma się odbyć w drewnianym baraku przy wejściu do Doliny Królów: otwieranie trumien i odwijanie mumii z bandaży. W British Museum są ludzkie mumie i gapiłam się na nie jak inni, kompletnie bezmyślnie. Wstrząsnął mną dopiero obciągnięty wysuszoną czarną skórą szkielet wciśnięty do skrzynki-trumny bez wieka. Ludzie stali przy szybie i pokazywali go sobie palcami, tak jakby to był wykopany z ziemi korzeń, a nie szczątki człowieka takiego jak my.

6.09
Gdybym mógł, zabiłbym tego Araba, który przestraszył Zazulkę! Z przyjemnością rozwaliłbym mu deską ten zakuty łeb! Inna dziewczyna na jej miejscu umarłaby ze strachu, a ona drżącym głosem zdobyła się na żart, a potem rozmawiała ze mną o Herodocie, chociaż cała się trzęsła. „Nie pamiętam historii o skrzydlatych wężach, ale pamiętam to, że w Libii żyją ludzie z psią głową i tacy, którzy mają oczy na piersi, i że mowa Etiopczyków przypomina brzęczenie nietoperzy”.
Wybacz mi, Almaz. Nie mogłem jej powiedzieć, że twój głos przypomina gęsty, prawie czarny miód od leśnych pszczół z mojej ojczyzny.

Na Nilu, 7 września, środa
Dostałam od Joachima talizman: dwie spinki do włosów z oczami Horusa. Prawe oko to słońce, lewe – księżyc. Mają mnie chronić i przynieść mi szczęście.

Wczoraj po południu siedzieliśmy we troje pod płócienną płachtą rozciągniętą nad pokładem. Babcia rozmawiała z Joachimem, a ja czytałam Death on the Nile, słuchając ich jednym uchem. Dyskusja stawała się coraz gorętsza.
„Z całym szacunkiem. Nie traktowałbym tego tak serio. To tylko retoryka, która ma usatysfakcjonować partyjnych radykałów”.

„A jeśli Hitler zrobi to wszystko, co mówi, że zrobi?”
„No właśnie: mówi. To tylko słowa”.
„Słowa są ważne”, upierała się babcia.
Żal mi się zrobiło Joachima. „Może pójdziemy na spacer?”, zaproponowałam.
„Idźcie sami. Dla mnie za gorąco”, odrzekła babcia.
Chciałam jeszcze raz zobaczyć las tebańskich kolumn. Chodziliśmy między nimi, rozmawiając leniwie. Muskałam dłonią inskrypcje i wyobrażałam sobie pochód odzianych
w białe szaty kapłanów z ogolonymi głowami, niosących złotą barkę Amona podczas święta Opet.
Zza grubej kolumny wysunął się Arab z workiem w ręku. Powiedział coś, Joachim z daleka krzyknął po arabsku: „La! La! La! La!”, a Arab wytrząsnął z worka kobrę wprost pod moje nogi. Wrzasnęłam ze strachu. Wąż przez moment wił się u moich stóp, potem uniósł głowę
i zaczął nią kołysać. Rozłożył kaptur. Sucho zachrzęściły łuski. Nie mogłam zrobić kroku.
W tym momencie zrozumiałam, co czuje królik, który nie ucieka, gdy podpełza do niego żmija. Nagle poczułam szarpnięcie. To Joachim chwycił mnie na ręce, odbiegł kilkanaście kroków, postawił mnie na murku. Patrzyłam, jak odrywa deskę ze stojącego obok rusztowania, a potem usłyszałam głuche odgłosy uderzeń. Joachim odrzucił deskę, chwycił Araba za galabiję i szarpnął, aż rozdarł mu ją na piersiach. Potem wyrwał mu z ręki worek, cisnął go na ziemię i podeptał. Cały czas krzyczał coś po arabsku.
Stałam tam gdzie mnie postawił, jakbym wrosła w mur. Przerażony Arab jęczał i machał rękami. Podniósł z ziemi zmiażdżoną głowę węża i coś tłumaczył z płaczliwą nutą w głosie.
W końcu Joachim wyszarpnął portfel z kieszeni marynarki, wyjął kilka banknotów i rzucił je na ziemię. Arab opadł na kolana i zaczął je zbierać. Joachim wyniósł mnie na rękach na plac przed świątynią, gdzie stało kilka dorożek. Cała się trzęsłam.

„Nie miała zębów jadowych. To tańcząca kobra”, szeptał uspokajająco. Powoli przychodziłam do siebie. Ogarnął mnie wstyd, że okazałam się takim tchórzem. Tymczasem Joachim mówił dalej, jakby nigdy nic: „Murzyni uważają pojawienie się węża za dobry omen, bo wierzą, że w tej postaci ukazuje się im duch przodka. A wiesz, skąd się wzięła wrogość między ludźmi i wężami? Podczas stwarzania świata wąż ukradł skóry przeznaczone dla ludzi i teraz jest nieśmiertelny, bo może zmieniać skórę, a ludzie nie mogą i umierają”.
„Ten raczej nie był nieśmiertelny”, wydusiłam z siebie. Głos na szczęście prawie mi nie drżał.
„Bo to wąż egipski, a więc mało afrykański. Gdy ci pokażę prawdziwą Afrykę… – urwał nagle. – A pamiętasz tę historię o skrzydlatych wężach u Herodota? Tych, które pilnują drzew rodzących kadzidło. Wiosną wielkimi stadami przylatują z Arabii do Egiptu, a na górskich przełęczach zastępują im drogę ibisy i nie przepuszczają ich, tylko zadziobują”.
„Nie, tego nie pamiętam. Pamiętam tylko to, że w Libii żyją ludzie z psią głową i ludzie bez głowy i że Etiopczycy mówią językiem podobnym do brzęczenia nietoperzy. Spotkałeś takich w prawdziwej Afryce?”

7.09
Kupiłem Zazulce spinki z oczami Horusa, bo miałem nadzieję, że pozwoli mi wpiąć je sobie we włosy. Pozwoliła i mogłem dotykać jej włosów.

Kair, 10 września, sobota
Dziś pierwsza wrześniowa pełnia – księżyc żniwiarzy. Niedługo zacznie się wylew Nilu. Siedzę na werandzie willi el-Nil i patrzę na rzekę, ogrody Tahrir i miasto.

„Kair jest matką świata”.

11.09
Po śniadaniu pani von Ch. podała mi dwa numery „Timesa”. W jednym był artykuł wzywający Czechów do oddania nam Kraju Sudeckiego, w drugim – oświadczenie Roosevelta, że jeśli zajmiemy Sudety, Ameryka zachowa neutralność, oraz cytat z przemówienia Göringa, który w Norymberdze nazwał Czechów „nędzną rasą pigmejów”.
„I co ty na to?”, spytała, gdy skończyłem czytać.
„Pigmeje są znakomitymi myśliwymi. Jeśli Czesi rzeczywiście są do nich podobni, to nie pójdzie nam z nimi tak łatwo jak z Austriakami”, usiłowałem zażartować.
„Nam?” Skrzywiła się i odeszła.
Uświadomiłem sobie nagle, że do każdej książki hotelowej wpisywała się jako Jadwiga, nie Hedwig.

12 września, poniedziałek
Wszystko tu jest inne – widoki, zapachy, ludzie. Kair jest jak z baśni z tysiąca i jednej nocy, a jednocześnie jest wielki, hałaśliwy i brudny. Dziś Joachim zaprosił nas na obiad. Jechaliśmy zatłoczoną uliczką. Po prawej ciągnął się mur w kolorze ochry, po lewej był rząd domów, bez okien od ulicy. Dorożka stanęła koło niepozornej bramy w ochrowym murze. Joachim pociągnął za metalową rączkę, brzęknął dzwonek. Brama się otworzyła, odźwierny przywitał nas niskim ukłonem. Dalej był przedsionek wyłożony ciemnobłękitnymi kaflami, następna brama, z kutego żelaza. I rajski ogród, pełen drzew, kwiatów i śpiewu ptaków. Siedzieliśmy na chłodnym krużganku. Babcia rozmawiała z Joachimem, ja milczałam. Nie mogłam oderwać wzroku od otoczonego irysami basenu z liliami wodnymi, lotosami i małą fontanną, od pękatych kaktusów, od kwiatów, których nazw nie znam, mieniących się wszystkimi kolorami tęczy. Po murach śmigały małe jaszczurki. Z kępy żółtych lilii bezszelestnie wysunął się biały kot, przysiadł na brzegu basenu i pił wodę. Słońce zachodziło, ogród powoli przykrywał chłód wieczoru. Usłyszeliśmy daleki śpiew muezina.
Jesteś dziś milcząca, mein Schatz”, powiedziała babcia.
Joachim lekko dotknął mego ramienia. „Jak to w świątyni. – Uśmiechnął się. – Ogród to miejsce święte”.

12.09
Patrząc na Zazulkę, przypomniałem sobie, że boginią ogrodów była Wenus.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *