Opowiadanie dla Androży

Obudził się jak zwykle o szóstej. Wstał ostrożnie, by nie zbudzić śpiącej obok żony,
i zszedł na dół. Stanął przy drzwiach prowadzących do ogrodu.

Mieszkali w tym domu już ponad sześćdziesiąt lat, a widok nigdy mu nie spowszedniał.
W mieście panowały różne mody: ogrody na tarasach, potem na dachach, jeszcze później kapusta i marchew w równych rzędach na skwerach. Tymczasem tu zmieniło się niewiele. Dokupił trochę ziemi i winnica wybujała w ciepłym klimacie, dosadził kilka egzotycznych krzewów, no i modrzewie koło altany miały już prawie sześćdziesiąt lat. A on kończył dziś sto.

Spojrzał na ekran komputera sterującego domem. Niedziela, 30 lipca 2062 roku. Na zewnątrz było już dwadzieścia osiem stopni. Kiedyś przez kilka lat mieszkał w Rzymie.
Po powrocie do Krakowa, szczególnie podczas listopadowych szarug, myślał o kwitnących oleandrach i łagodnym powiewie śródziemnomorskiej jesieni. Do głowy mu nie przyszło,
że podobny klimat będzie w Krakowie. Globalne ocieplenie, o którym klimatolodzy krakali od lat, stało się faktem. Przy wszystkich wielkich minusach, miało jednak kilka zalet. Na przykład wymusiło solidarność społeczną.

Podczas wielkiego kryzysu, który trwał niemal od początku XXI wieku do połowy lat dwudziestych i skruszył kilka światowych potęg, ludzie zrozumieli parę rzeczy. Na przykład, że przyczyną zapaści była chciwość. Hasło „Bezpieczeństwo jest ważniejsze od wzrostu”, z początku wyśmiewane, stało się nową filozofią ludzkości. Ekonomia wróciła na swoje miejsce – nauki, poza częścią matematyczną, mało ścisłej, a banki i korporacje przestały rządzić światem. Proste zasady, takie jak „Nie sprzedam ci niedopracowanego programu komputerowego, bo ktoś na pewno zaoferuje ci lepszy i za niższą cenę, bo pilnuje tego mój profesjonalny związek ŚZPPK, bo po prostu tak się nie robi”, ułatwiły ludziom życie. Do wyobraźni dzieci trafiały słowa ich bohaterów, na przykład „Bądź świadom tego, gdzie żyjesz” Batmana, a biznesmeni, nie tylko ci o protestanckich korzeniach, przypomnieli sobie historię Józefa z Księgi Rodzaju:  

„Faraon rzekł do Józefa: Śniło mi się, że stałem nad brzegiem Nilu. I nagle z Nilu wyszło siedem krów tłustych i pięknych, które zaczęły się paść wśród sitowia. A oto siedem krów innych wyszło za nimi, chudych i tak brzydkich, że podobnie brzydkich nie widziałem
w całym Egipcie. Krowy chude i brzydkie pożarły owych siedem krów tłustych. A potem zobaczyłem we śnie siedem kłosów wyrastających z jednej łodygi, zdrowych i pięknych. Lecz oto siedem kłosów zeschniętych, pustych, zniszczonych wiatrem wschodnim wyrosło po nich. I te puste kłosy pochłonęły owych siedem kłosów pięknych. A gdy to opowiedziałem wróżbitom, żaden nie potrafił mi wytłumaczyć. Józef rzekł do faraona: Siedem krów pięknych – to siedem lat, i siedem kłosów pięknych – to też siedem lat. Siedem zaś krów chudych i siedem kłosów pustych to też siedem lat – głodu. Bo nadejdzie siedem lat obfitości wielkiej w całym Egipcie. A po nich nastanie siedem lat głodu; i pójdzie w niepamięć cała ta obfitość w Egipcie, gdy głód będzie niszczył kraj. Teraz więc niech faraon upatrzy sobie kogoś roztropnego i mądrego i ustanowi go zarządcą Egiptu. Niech faraon tak ustanowi nadzorców, by zebrać piątą część urodzajów w Egipcie podczas siedmiu lat obfitości. Niechaj oni nagromadzą wszelką żywność podczas tych lat pomyślnych, które nadejdą. A będzie ta żywność zachowana dla kraju na siedem lat głodu, które nastaną
w Egipcie. Tak więc nie wyginie ludność tego kraju z głodu”.

Tak, proste prawdy najlepiej sprawdzały się w życiu. Obecny czas prosperity był tego najlepszym dowodem.

Znów przyszło mu do głowy, by kandydować do Ligi. Jeszcze dziesięć lat temu, gdy przechodził na emeryturę, patrzył na to grono, któremu przewodniczyła królowa holenderska Catharina, jak na zgromadzenie czcigodnych starszych pań, bo kobiety stanowiły ponad dziewięćdziesiąt procent tego europejskiego rządu. Średnia ich wieku na pewno przekraczała osiemdziesiąt lat. Zapewne niejedno sobie wymieniły w zużywających się ciałach. Kto zresztą tego nie robił…

Po framudze szła biedronka. Uchylił drzwi i wypuścił ją do ogrodu. Śledził jej lot. Znikła na tle gęstego krzewu kakaowca o zielonych, różowych i ciemnoczerwonych liściach.
Na cynamonowobrązowych gałązkach kakaowca przysiadło kilka ciemnobłękitnych motyli. Thecla hemon. Widział takie w Amazońskim Parku Narodowym. Lasy deszczowe na szczęście nie wyginęły, a teraz bujnie się odradzały. Przypomniał sobie lot nisko nad dżunglą. Mały bezgłośny helikopter był niewidzialny dla żyjących w lesie zwierząt. Nie obudził nawet jaguara drzemiącego w koronie drzewa. Huk wody spadającej
z kilkusetmetrowych wodospadów, ciężki zapach tropikalnej roślinności, upał pokrywający skórę kroplami potu… Tak, oczywiście, to wszystko można było przeżyć także na kanapie, przed ekranem. Wtedy jednak przekonał się, że to nie to samo.    

Podobnie było z lotem na Księżyc. Tę wycieczkę zafundowali mu kanadyjscy współpracownicy z firmy Hoved, której był prezesem i współwłaścicielem. Biuro Podróży „NASA” oferowało loty realne i wirtualne. Prawie to samo. Wtedy też przekonał się, że „prawie” robi wielką różnicę.   

Nazwę firmy zmienił na duńską w roku 2019, gdy Duńczycy kupili od niego pierwsze oprogramowanie robotów bojowych. Stare czasy… Wtedy jeszcze myślano, że siła militarna rozstrzygnie o losach świata. I były kraje, które nie miały zamiaru narażać życia swych obywateli.

Przypomniał sobie słoneczny kwietniowy poranek. Wyjął wtedy rower z garażu i zrobił swoją godzinną rundę do Libertowa. Stał pod prysznicem, gdy zadzwonił telefon. Nowy klient. Zaproponował spotkanie w kawiarni.

W Bunkrze plastikowe zasłony były już podniesione i z Plant docierał świeży zapach rozwijających się liści. Mężczyzna w eleganckim szarym garniturze przedstawił się jako przyjaciel B., jego dobrego znajomego z Kanady, z którym kiedyś pracował we Włoszech. Wiedział o studiach na AGH, pracy na Politechnice, wojsku, nawet o jego fascynacji serialem Star Trek

Przy obiedzie streścił tę rozmowę żonie. Naturalnie, obiecał klientowi, że nikomu nie piśnie ani słówka, jednak przed nią niczego nie potrafił ukryć.
„Myślisz, że powinienem się zgodzić? A jeśli z takimi robotami łatwiej będzie wywoływać wojny? Jeśli maszyny będą zabijać niewinnych ludzi?”
Zamyśliła się.
„Pamiętasz dyskusję o dronach? – spytała. – Mówiono wtedy o zasadzie podwójnego skutku. Podobno już w średniowieczu zgodzono się, że można zabijać niewalczących, jeśli jest to działanie niezamierzone. Ludzie na wojnie zawsze przemieniali się w zwierzęta. Jeżeli potrafimy to zmienić, to chyba warto?”
„Racja. Są przecież drony czy rakiety patriot. Ludzie myślą za wolno i roboty stopniowo będą ich zastępować”.
„To czemu nie zacząć od wojny? Faceci szybko się nią znudzą, gdy nie będzie im bezpośrednio dostarczać adrenaliny”.

Usiadł przed ekranem i przejrzał kilka gazet. Wcale nie żałował, że ukazywały się wyłącznie w formie elektronicznej. Znał tylko jedną osobę, która tęskniła za szelestem rozkładanej gazety i zapachem farby drukarskiej brudzącej palce. Uśmiechnął się. Chyba ostatnia żyjąca osoba, która miała papierową bibliotekę i przeczytała Starą baśń i Rodzinę Połanieckich.

W rogu ekranu ukazała się ikonka. Spojrzał na nią i na ekranie pojawiły się wyniki badań lekarskich. Nie, nie jego. Jego brata bliźniaka. Od lat tak robili. Badał się jeden albo drugi, bo wyniki i tak mieli identyczne. Bardzo dobre wyniki.

Pogadali chwilę, potem poszedł do kuchni. Wsypał kawę do starodawnego ekspresu. Niech sobie mówią, co chcą, kawa z papierka nigdy nie będzie miała takiego smaku jak ta. Wycisnął sok z kilku pomarańczy i grejpfrutów, nałożył do miseczki trochę kwaskowego dżemu truskawkowego i zrobił tosty z upieczonej wczoraj słodkiej chałki. Robił to niemal automatycznie. Kiedyś nie umiał gotować. Jeden z jego asystentów na osiemdziesiąte urodziny dał mu w prezencie dwutygodniowy kurs w szkole kucharzy Le Cordon Bleu. Taki żarcik, bo kto dziś sam gotował. On jednak podszedł do tego serio, jak do innych życiowych wyzwań. I odkrył w sobie nowy talent. Bardzo także polubił chwilę, gdy podawał żonie śniadanie do łóżka. Na pewno nie pozwoliłby się w tym zastąpić żadnej maszynie.   

Miał szczęście, że się ożenił. Dzisiaj mężczyźni byli w nieporównanie trudniejszej sytuacji. Kobiety wcale nie marzyły o stałych związkach. Przestały wierzyć w dożywotnie małżeństwa i skutecznie egzekwowały swoje, co najmniej równe prawa.

Panujący teraz planetyzm, na tle braku wszystkiego – od węgla do wody – przez co przeszło jego pokolenie, wydawał się idealnym porządkiem. Mimo wszystko na co dzień nie myślał w kategoriach planety Ziemi. Był Europejczykiem, mieszkał w Krakowie. To znaczy – w Krakowicach. Ta nazwa powinna mu być bliska, w końcu jego rodzinny dom był
w Katowicach, a aglomeracja krakowsko-katowicka nie powstała wczoraj, jednak nadal myślał i mówił „Kraków”.

Kątem oka zauważył jakiś ruch. Sąsiadka z przeciwka wyjeżdżała czerwoną toyotą prius. Lubiła stare auta. A właściwie karoserie, bo to, co pod maską, musiało być całkiem nowe, odkąd stacje benzynowe zastąpiły budki z gniazdkami elektrycznymi, a kierownicę i drążek skrzyni biegów – mały ekran komputera. Kiedy przed czterdziestu laty na drogach pojawiły się pierwsze roboauta, kierowcy momentalnie je znienawidzili i co bardziej seksistowscy ochrzcili je „baboautami”, gdyż nigdy nie przekraczały dozwolonej prędkości
i zawsze jeździły zgodnie z przepisami. Czy ktoś jeszcze pamiętał tę pogardliwą nazwę? Nieliczni amatorzy siedzenia za kółkiem mieli wydzielone tereny do jazdy, gdzie mogli się oddawać swemu hobby.  

Wyszedł do ogrodu i zerwał świeżo rozkwitłą czerwoną różę. Chciał ją położyć na tacy obok talerzy, filiżanek i dzbanka z kawą. I wtedy na trawniku przed domem wylądował „Enterprise”…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Blog. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Opowiadanie dla Androży

  1. androża pisze:

    Pani Bogno,
    ile w tym opowiadaniu pomysłów, ile idei, starczyłoby na kilka książek. Marnuje się Pani pisząc książki o miłości 😉 Zainspirowany fragmentem o winnicy, wyobraziłem sobie, jak taka praca mogłaby wyglądać.

    … podszedł do krzewu winorośli, skierował w jego stronę podłużny czujnik w kształcie długopisu. Czujnik zawibrował, wydał elektroniczny dźwięk, przypominający trochę rozmowę robotów z literatury końca XX wieku. Przystanął na chwilę, spojrzał na winorośl i wykonał kilka gestów ręką. Roślina wydała serię dźwięków, jakby odpowiadając na pytanie.
    Popatrzył na nią jeszcze przez chwilę, skierował czujnik na podłoże i podszedł do następnego krzewu. I tak kilkadziesiąt razy, podchodząc po kolei do wszystkich krzewów w winnicy.

    Korzystał z prostego czujnika spektrometrycznego, który skanował roślinę, a wyniki pomiaru przekazywał w postaci sygnałów dźwiękowych i przez przekaźnik neurogeniczny bezpośrednio do układu nerwowego. Marker laserowy sugerował miejsca cięcia, a wbudowany laser większej mocy pełnił rolę ostrza. Czujnik komunikował się z dozownikami umieszczonymi przy korzeniu rośliny i zmieniał nastawy podlewania i nawożenia.

    Postępowaniem tym trochę denerwował sąsiadów, którzy nie mogli zrozumieć zamiłowania do tego popiskiwania. Dziwili się, że korzysta z tak archaicznych urządzeń, zamiast zainstalować działającą prawie bezgłośnie jednostkę pielęgnacyjną.

    Odkąd rząd USA na początku XX wieku oddał eksplorację kosmosu firmom komercyjnym, jak grzyby po deszczu pojawiły się urządzenia wykorzystujące technologie kosmiczne.
    Do takich urządzeń zaliczała się również jednostka pielęgnacyjna, urządzenie zbudowane na podwoziu łazika planetarnego, wyposażone w spektrometr, system rozpoznawania obrazu, komunikacji oraz manipulatory. Jednostka w pełni autonomiczna, wymagająca jedynie dostępu do źródła zasilania. Zasada działania była prosta. Jednostka zatrzymywała się przy każdym krzewie, od czujników podłoża odbierała sygnały dotyczące wilgotności i jakości gleby, przeprowadzała analizę spektrometryczną liści, pędów i owoców i w zależności od postawionej diagnozy wykonywała czynności pielęgnacyjne. Przy pomocy manipulatorów usuwała uschnięte i niepotrzebne pędy, spulchniała glebę i zmieniała nastawy w dozownikach nawożenia i podlewania.

    Wystarczyło taką jednostkę wprowadzić między krzewy i włączyć. Jednostka błyskawicznie komunikowała się z czujnikami podłoża, wyznaczała optymalną trasę pielęgnacji i przystępowała do działania. Pracowała w sposób ciągły z krótkimi przerwami serwisowymi…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *