„Trzeba marzyć” – druga (i ostatnia) część „Willi Pod Jodłami”

Tak, trzeba marzyć, bo wszystko zaczyna się w głowie. Najpierw są marzenia, pomysły, plany, potem działania i w końcu efekty.

Wyobraźmy sobie podróż. Można oczywiście kupić wycieczkę last minute, spakować się, polecieć w świat i mieć z tego dużo radości. Ale czy nie więcej przyjemności daje wyjazd poprzedzony marzeniami, planowaniem, wyobrażaniem sobie odległej krainy, podróżowaniem palcem po mapie?

Akcja powieści „Trzeba marzyć” zaczyna się w Bombaju w 2008 roku. Wybrałam to miejsce i ten czas, bo właśnie wtedy byłam w Indiach.

Trivandrum, jeden z budynków pałacu Padmanabhapura, w tle świątynia Padmanabhaswama
Gdzieś na bocznej drodze w Kerali

Moja siostra pojechała kiedyś do Indii i wróciła zachwycona. Oglądałam zdjęcia, słuchałam jej opowieści, zachwycałam się indyjskimi chustami, sari, kadzidełkami, innymi niż te z indyjskiego sklepu. Wcześniej do Indii mnie nie ciągnęło, wtedy jednak zapragnęłam to wszystko zobaczyć na własne oczy. Zaczęło się planowanie trasy, która miała objąć kawał półwyspu – od Trivandrum na samym jego czubku do Bombaju, oraz rozmaitych atrakcji, takich jak pobyt w ośrodku Matt India w Kerali, gdzie czekały bambusowe chaty wśród palm, masażystki, zabiegi kosmetyczne itp. Spotykałyśmy się wiele razy w gronie przyszłych podróżniczek, ustalając szczegóły, pijąc wino i jedząc pyszne hinduskie potrawy, bo wszystkie cztery miałyśmy wtedy fazę kuchni indyjskiej.

Furtka do oceanu

To nie były Indie oglądane z okien klimatyzowanego autokaru. Podróżowałyśmy pociągiem (nawet starą ciuchcią z parowozem), miejscowymi autobusami, które zamiast szyb w oknach miały zasłonki z ceraty jako osłonę przed monsunowym deszczem, rikszami, mieszkałyśmy w prywatnych domach albo malutkich pensjonatach. Były objawienia, takie jak Koczin, Góry Błękitne czy backwaters, czyli ogromne rozlewiska i jeziora w Kerali, gdzie na łodzi spędziłyśmy dwa dni. Były też oczywiście rozczarowania – na przykład ośrodek Matt India okazał się połączeniem ponurego sanatorium ze smutnym domem starców i uciekłyśmy stamtąd w popłochu.

Ciuchcia w Górach Błękitnych
Backwaters

Wyleciałyśmy z Bombaju do Krakowa pod koniec sierpnia 2008, a w listopadzie terroryści zaatakowali miejsca, w których byłyśmy trzy miesiące wcześniej. Chyba dlatego te zamachy tak mną wstrząsnęły. Zginęło wtedy w Bombaju, w hotelu Tadż, na dworcu, kiedyś nazwanym imieniem Królowej Wiktorii, w Leopold Café i w innych miejscach, prawie dwieście osób, a trzysta zostało rannych. Wyobrażałam sobie, jakby to było, gdybyśmy były tam właśnie wtedy, i kazałam to przeżyć moim bohaterom.

Kozy nieświęte, za to wszędobylskie

Akcja zaczyna się w Bombaju, potem przenosi się do Krakowa i Zagórza. Są nowi bohaterowie – Mikołaj, którego poznajemy podczas jego podróży po Indiach, i ojciec Mikołaja, sławny pisarz. Ale przede wszystkim śledzimy dalsze losy Jagi i Meli, Mateusza i Damiana, pani Anieli i innych mieszkańców Zagórza.

Mela i Mateusz planują ślub, gdy nagle Mela dostaje stypendium w amerykańskim szpitalu. Jak łatwo się domyślić, stoi za tym jej pierwszy mąż, który bardzo chce ją odzyskać.

Jaga, mieszkanka willi Pod Jodłami, znajduje sobie nową pracę – zakłada biuro podróży. Powoli się przekonuje, że życie na wsi nie jest takie okropne, jak jej się z początku wydawało. Zaprzyjaźnia się z panią Anielą i poznaje historię śmiertelnie niebezpiecznych akcji szpiegowskich, w których Aniela uczestniczyła. No i ciągle nie może się zdecydować, czy zakochany w niej Damian jest mężczyzną jej życia.

Uprzedzając pytania, powiem, że ten tom można czytać, nie znając poprzedniego.

Tak jak w pierwszej części, poetyckie motta rozpoczynają każdy rozdział.

Czy ktoś pamięta „Strofy dla ciebie”, które kończyły „Lato z radiem”, i recytację Krzysztofa Kolbergera? Wszystkie wiersze, które wybrałam, pasowałyby do nich.

A ponieważ pojawia się także Sebastian, kolega Meli z pracy, miłośnik dowcipów, czytając, można nie tylko się wzruszać, ale też głośno śmiać.

– Natan, słyszałem, że się żenisz.
– No.
– Panna posażna?
– Tate ma trzy kamienice w rynku.
– A ładna?
– Rzecz gustu. Mnie się nie podoba.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Blog. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *