Sting

Nie było jak na plakacie. Plakaty też kłamią. Sting był bez gitary. Naprawdę.
Wyszedł na scenę i zobaczyłam, że ma lewą rękę na temblaku. „Biedak!” – pomyślałam, bo nie tak dawno sama złamałam rękę i wiem, jak to boli.
Piosenka następowała po piosence bez chwili przerwy na oklaski. Nawet jeśli w ten sposób chciał skrócić koncert, to go rozumiem. I tak był na scenie ponad półtorej godziny. I był wspaniały.
Tym razem nie dzielił uwagi na gitarę i wokal. Skupił się wyłącznie na śpiewie. Było wszystko: Englishman in New York, Shape of My Heart, Every Breath You Take, Russians. Czekałam na Roxanne i zaśpiewał ją na bis. Publiczność szalała z zachwytu. Wiadomo, najbardziej lubimy piosenki, które znamy.
Czułam się tak, jakby śpiewając, opowiadał prywatne historie, czasem zabawne, częściej smutne, ale zawsze własne i głęboko go obchodzące. Kiedy zachęcał, by śpiewać razem z nim „Be yourself no matter what they say”, nie chodziło o zwykłe nawiązanie kontaktu ze słuchaczami, lecz o przesłanie. „I hope the Russians love their children too”, „I’m not a man of too many faces”, „We’re starting up a brand new day”… Na pewno miło jest słyszeć, że cała ogromna publiczność zna słowa wszystkich piosenek. Myślę jednak, że dla niego jest najważniejsze, by się nad nimi zastanowić, uwierzyć w nie.
Energia i autentyczność. Żadnej pozy, żadnego udawania. Wąziutkie czarne dżinsy i czarny podkoszulek. Szeroki uśmiech. No i przede wszystkim ten głos. Niektóre piosenki brzmiały jak z dawnej płyty The Police, kilka zinterpretował inaczej, Inshallah prawie tak, jakby śpiewał po arabsku, a w Russians wyraźnie słyszałam bałałajkę, prawie jak w soundtracku Doktora Żywago. Gra świateł jeszcze potęgowała emocje.
Wspaniały koncert!
Na koniec Sting powiedział: „To był piękny wieczór. Dobranoc, kochani, miejcie się dobrze. See you soon!”.
Tak, piękny, piękny wieczór!
Do tego udało nam się stanąć na podziemnym parkingu blisko bramy i wyjechaliśmy w minutę. Naprawdę.
(A łyżka na to: „Niemożliwe!”).

Ten wpis został opublikowany w kategorii Blog. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *