Zdarzyło się 4 czerwca 1989

4 czerwca 1989. Pierwsze od 1947 r. wolne wybory w Polsce

Leszek Frelich: 4 czerwca 1989 r. – jak słusznie powiedziała Joanna Szczepkowska – skończył się w Polsce komunizm. Wielu się z nią nie zgadzało i może do tej pory wielu się nie zgadza. Zapamiętałem z tamtego czasu scenkę z kampanii wyborczej, gdy Adam Michnik, startujący wówczas do Sejmu ze Śląska, na jednym ze spotkań w kampanii wyborczej odpowiadał na obawy ludzi, czy warto ufać komunistom, czy oni dotrzymają słowa i uznają w ogóle wyniki wyborów. Odpowiedział kawałem o starym Żydzie, który przez wiele lat modli się do Pana Boga, że bardzo chciałby wygrać na loterii, bo wtedy jego los by się odmienił. W końcu Pan Bóg się zdenerwował i mówi: „Kup w końcu ten los!”.

Przy Okrągłym Stole zgodzono się, że strona rządowa będzie miała zagwarantowane 65% miejsc w Sejmie, a w nowo utworzonym Senacie wszystkie miejsca będą obsadzone w wolnych wyborach.

Adam Leszczyński: Może opozycja nie musiała się dogadywać z generałem Wojciechem Jaruzelskim i zgadzać na wybory, w których mogła zdobyć najwyżej jedną trzecią miejsc? Może trzeba było wyjść na ulice i władzę obalić?
Prof. Andrzej Friszke: Nie było to możliwe. W 1988 r. przez Polskę przetoczyła się fala strajków, z których teoretycznie mógłby się rozwinąć wielki ruch masowy. Ale fala ta była za słaba. Strajki trochę postraszyły rząd, ale nie mogły go zmusić do daleko idących ustępstw. (…)
Adam Leszczyński: Dlaczego nie padł postulat wolnych wyborów?
Prof. Andrzej Friszke: On krążył już w 1981 r. Myślę, że w 1988 r. KPN mógł taki postulat zgłaszać, ale w ówczesnych realiach mogło być to tylko hasło, deklaracja, a nie realna polityka. Nigdzie i nigdy w świecie podległym ZSRR nie odbyły się wolne wybory! To on miał wszystkie narzędzia siły w swych rękach.
Adam Leszczyński: Mamy więc wybory częściowo wolne w czerwcu 1989 r. Jak do nich doszło?
Prof. Andrzej Friszke: Partia zgodziła się na legalizację Solidarności, a to otworzyło drogę do rozmów Okrągłego Stołu. Działacze opozycji rozumowali w ten sposób: „Co musimy poświęcić, żeby przywrócić Solidarność do legalnego istnienia?”. Opozycja wcale się nie paliła do Sejmu i do udziału we władzy, traktowała to jako cenę za powrót Solidarności! Dopiero potem wszystko się odwróciło.
Adam Leszczyński: W PZPR mogli mieć nadzieję, że wygrają wybory?
Prof. Andrzej Friszke: Oczywiście! Przecież Polacy przez 40 lat byli przyzwyczajani, że chodzą na wybory i oddają głos na tych, których władza chce. Poza tym rządzący mogli do woli korzystać z propagandy docierającej do wszystkich miejsc w kraju. Opozycja miała potencjał głównie w robotniczych ośrodkach przemysłowych i wśród inteligencji w wielkich miastach. Ponadto była rozproszona, a rządzący sądzili, że jej działacze zaczną się kłócić i zaproponowanie odpowiedniej liczby sensownych kandydatów przekroczy ich możliwości. To dlatego wybory miały być tak szybko. Zresztą opozycja też się obawiała, że nie zdoła zorganizować wszystkiego na czas. Do wyborów było parę tygodni, tymczasem opozycja nie miała ani gazety, ani normalnego dostępu do radia czy telewizji. Władza obiecała „okienka” w mediach elektronicznych, ale trzeba je było wypełnić treścią. Gdyby PZPR uczciwie planowała wybory, to powinny się one odbyć we wrześniu. Chciała ich tak szybko, żeby opozycja się nie zorganizowała. Jednak PZPR się przeliczyła.

Władysław Frasyniuk: Te pierwsze wybory były niedemokratyczne, ale do nich poszli pierwszy raz wolni ludzie, wolne społeczeństwo i to jest niezwykle ważne w procesie budowania demokracji.

W wyborach 4 czerwca strona rządowa poniosła klęskę – tylko nieliczni jej kandydaci uzyskali zapewniające mandat 50% głosów, a z listy krajowej, na której umieszczono powszechnie znanych liderów PZPR, do Sejmu nie wszedł nikt. Tego ordynacja nie przewidywała, musiała więc zostać zmieniona i 18 czerwca odbyła się druga tura wyborów, w której posłowie PZPR i jej sprzymierzeńcy zostali wprowadzeni do Sejmu.
Solidarność odniosła zwycięstwo – ostatecznie jej kandydaci zdobyli wszystkie przyznane im ordynacją mandaty poselskie (35%, czyli 161 na 460) i 99 miejsc (na 100) w Senacie.
Na ulice powrócił nastrój z Sierpnia ´80. Ludzie byli życzliwi, uśmiechali się do siebie.

Do głosowania na Solidarność zachęcały Jane Fonda i Nastassja Kinski, które sfotografowały się z palcami rozwartymi w geście zwycięstwa. Popierali nas Yves Montand i Joan Baez. Stevie Wonder, który akurat grał koncert w Warszawie, przyszedł do wyborczego centrum opozycji w kawiarni Niespodzianka na placu Konstytucji i zaśpiewał I Just Called to Say I Love You.
Dziś mówi się, że najważniejszym plakatem opozycji był ten z Garym Cooperem grającym bohatera westernu W samo południe, idącym na spotkanie z rewolwerowcami i uzbrojonym w kartkę z napisem „Wybory”. Tymczasem plakat ten (autorstwa Tomasza Sarneckiego) rozwieszano dopiero nad ranem 4 czerwca i tylko w Warszawie, gdyż opóźnił się jego druk we Francji.

4 czerwca 1989 r. Plac Tiananmen jest pusty

Gdy Polacy idą do urn, z Pekinu dochodzą przerażające wiadomości, że czołgi zmasakrowały studentów, którzy od kwietnia obozowali na reprezentacyjnym pekińskim placu Niebiańskiego Spokoju, domagając się reform politycznych, demokratyzacji i skończenia z korupcją.

Kiedy 15 kwietnia 1989 r. zmarł sekretarz generalny Komunistycznej Partii Chin Hu Yaobang, uchodzący za jedynego postępowego i uczciwego przywódcę (w 1987 został odsunięty od władzy przez partyjny beton pod pretekstem, że nie radzi sobie z protestami studenckimi), studenci w Pekinie i innych miastach wyszli na ulice uczcić jego pamięć.
Choć demonstracje były zakazane, milicja nie interweniowała. Młodzi zgromadzeni na placu Tiananmen zażądali od władz, by zmieniły negatywną ocenę Hu Yaobanga, zrezygnowały z cenzury, ograniczyły przywileje członków rządu, zezwoliły na demonstracje, zwiększyły wydatki na szkoły wyższe i zapewniły obiektywne relacje ze studenckich wystąpień. W odpowiedzi rząd ogłosił zamknięcie Tiananmen, z czego demonstranci niewiele sobie robili, bo na placu było ich już ponad 100 tysięcy.

25 kwietnia w domu Deng Xiaopinga (przewodniczącego Komisji Wojskowej KC i faktycznego przywódcy Chin) odbyła się narada ścisłego kierownictwa ChRL. Deng powiedział na niej: „To nie jest zwykły ruch studencki. Mniejszość wykorzystuje studentów, chce zdezorientować ludzi i pogrążyć kraj w chaosie. To dobrze zaplanowany spisek, który ma prowadzić do odrzucenia partii i systemu socjalistycznego”. Gdy gazety zacytowały te słowa, protest się zradykalizował – 4 maja studenci odczytali deklarację wzywającą rząd do przyspieszenia reform politycznych i ekonomicznych, zagwarantowania wolności konstytucyjnych i walki z korupcją, a 13 maja rozpoczęli sześciodniowy strajk głodowy.

17 maja przez Pekin przemaszerowała demonstracja z żądaniem reform. W 200-tysięcznym tłumie szli studenci, robotnicy, urzędnicy, nawet milicjanci. Wtedy pod naciskiem Deng Xiaopinga zapadła decyzja o wprowadzeniu stanu wyjątkowego i do Pekinu wkroczyło 100 tysięcy żołnierzy. Polecono im jednak, by nawet prowokowani nie zwracali broni w kierunku cywilów.

19 maja sekretarz generalny partii Zhao Ziyang (pozbawiony potem wszystkich stanowisk i do końca życia trzymany w areszcie domowym) ze łzami w oczach błagał studentów, by dla własnego dobra opuścili plac. Część demonstrantów chciała go posłuchać, zostali jednak zakrzyczani przez nastawionych bardziej radykalnie.

Los studentów rozstrzygnął się 2 czerwca, gdy na zebraniu ścisłego kierownictwa premier Li Peng powiedział, że „głównym celem spiskowców jest okupacja Tiananmen aż do ostatecznej konfrontacji. (…) Chodzi o obalenie partii i rządu”, a poparł go wiceprzewodniczący ChRL Wang Zhen: „Przeklęte bękarty! Kim są, by tak długo deptać świętą ziemię Tiananmen?! Powinniśmy wysłać wojsko natychmiast, żeby schwytać tych kontrrewolucjonistów (…). Każdy, kto próbuje obalić partię komunistyczną, zasługuje na śmierć bez pogrzebu!”.
Postanowiono oczyścić plac, unikając jednak rozlewu krwi: „Wojsko może sięgnąć po ostateczne środki, gdy zawiedzie wszystko inne. Jeśli studenci odmówią wyjścia, to żołnierze wyniosą ich na plecach. Na samym placu nikt nie może umrzeć”.

W nocy z 3 na 4 czerwca żołnierze ruszyli w kierunku placu Niebiańskiego Spokoju. Na wezwanie do rozejścia się większość studentów opuściła plac, kilka tysięcy usunięto z niego siłą. Przez całą noc w mieście trwały walki – wojsko użyło gazu łzawiącego, gumowych kul, w końcu ostrej amunicji. O świcie otoczony przez wojsko plac Tiananmen był pusty.

Dziś wiemy, że w Chinach protestowało wtedy 100 milionów ludzi w 341 miastach. Tysiące trafiły do aresztu, zginęło – zdaniem władz – 200 cywili, a 1000 zostało rannych. Amnesty International doliczyła się około 1000 ofiar śmiertelnych.

Źródło: „Gazeta Wyborcza”, 4 czerwca 2019, oraz „Ale Historia”, 3 i 4 czerwca 2019 (m.in. Adam Leszczyński, Skreślanie komuny; Paweł Smoleński, W samo południe 4 czerwca; Robert Stefanicki, Krwawy koniec chińskiej wiosny)

Ten wpis został opublikowany w kategorii Blog. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *