Do czego potrzebny jest redaktor?

 

Do czego właściwie potrzebny jest redaktor? Mickiewicz i Słowacki nieśli swoje utwory prosto do drukarni, nikt im się nie wtrącał i nie kazał zmieniać tego czy tamtego.
Nie każdy jednak jest Słowackim.
Nie każdy ma zaprzyjaźnione grono, któremu może przeczytać swój utwór, potem wysłuchać pochwał i krytyki, no i poczynić zmiany w tekście.
Redaktor po prostu jest niezbędny.
Dawno temu, gdy w wydawnictwie, w którym pracowałam, zaczęto wprowadzać komputery, dyrektor techniczny mówiący o tym na zebraniu rzucił niby żartem, że redaktorki i korektorki (załoga była sfeminizowana) właściwie mogą już iść do domu i nie wracać. Z szumem i przytupem przygotowano pierwszą książkę w formie elektronicznej. Dyrektor techniczny postarał się przy tym, żeby udział redakcji był jak najmniejszy. Maszyna zrobiła ostatnią korektę, tekst wysłano do drukarni, a gdy przyszły czystodruki do czytania do erraty (kiedyś był i taki etap pracy), okazało się, że jeden z bohaterów powiesił się na szczurze.
Odetchnęłam z ulgą – bardzo chciałam nadal pracować w wydawnictwie, a wtedy zrozumiałam, że dopóki komputer nie nauczy się analizować kontekstów, ja, człowiek, będę niezbędna.
Redakcje doskonaliły systemy komputerowe i na przykład w pewnej gazecie automatyczny korektor śledził w tle pisany tekst, podpowiadając zmiany. Kiedyś moja koleżanka pisała artykuł o domowych świątecznych alkoholach. Gdy doszła do ajerkoniaku i wystukała na klawiaturze: „Weź osiem żółtek”, maszyna pisnęła i na ekranie pojawiła się podpowiedź: „Żółtek – określenie pogardliwe, lepiej: człowiek rasy żółtej”.
Komputery to wspaniałe urządzenia. Błogosławię je, gdy robię indeks do jakiejś książki i gdy sobie przypomnę czasy przepisywania na maszynie. Gdyby nie internet, nie miałabym na wyciągnięcie ręki (a właściwie kliknięcie) katalogu Biblioteki Jagiellońskiej czy Kongresu Stanów Zjednoczonych, mnóstwa przeróżnych słowników i encyklopedii. Jednak pewnych rzeczy za nas nie zrobią.
Redaktorzy i korektorzy, choć nie są nieomylni, nadal są niezbędni.
Przypomniałam sobie o tym, gdy w mojej ulubionej (papierowej) gazecie przeczytałam artykuł „Maryja miała fajny biust”. Autorka pisze, jak trudno jest rozmawiać z młodzieżą o Niepokalanym Poczęciu Matki Boskiej i że ten dogmat odziera Maryję z seksualności i kobiecości. Co ma Niepokalane Poczęcie, czyli poczęcie się Maryi bez grzechu pierworodnego, do seksualności? Nic. Chodzi oczywiście o dogmat o Dziewiczym Poczęciu Jezusa.
Brakło dobrej korekty.
Dlaczego dalej autorka porównuje średniowieczne przestawienia Maryi karmiącej tryskającym z piersi mlekiem dusze czyśćcowe z przeciągającą się lubieżnie półnagą „Madonną” Muncha i ta pierwsza wydaje się jej szokująca, druga zaś – „grzecznym obrazkiem”, tak jakby fizjologiczna czynność karmienia piersią była wstydliwa, a erotyzm był jak najbardziej na miejscu?
Brakło życzliwej podpowiedzi redaktora, że nie wystarczy chwytliwy tytuł i kilka obliczonych na wzbudzenie kontrowersji tez, przydaje się też chwila refleksji.
Dlaczego w internetowym wydaniu mojej ulubionej gazety tak często są literówki, nawet błędy ortograficzne, a wystawa Wyspiańskiego jest anonsowana autoportretem, którego na wystawie nie ma, bo wisi sobie spokojnie w Muzeum Narodowym w Warszawie?
Dlaczego belfer Stuhr, w serialu ponoć doskonały polonista, nie odmienia imienia Iwo (no, Iwo, Iwona, niestety, jak Hugo, Hugona, Bruno, Brunona) i propaguje mniej staranną formę?
Bo redaktora przy tym nie było.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Blog. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *