Co cię dziś uszczęśliwiło?

 

Amerykański psycholog William James (1842–1910) zadał słynne pytanie „Czy świadomość istnieje?”, wprowadził także pojęcie jaźni jako zdolności do postrzegania samych siebie jako obiektów, dla mnie jednak przede wszystkim jest autorem słów: „Największe odkrycie naszych czasów to stwierdzenie, że człowiek może zmienić swoje życie, zmieniając swoją postawę”.

Kiedyś pracowałam w pewnym dużym wydawnictwie. Urlop trzeba w nim było zaplanować w lutym. Napisałam do przyjaciółki w Stanach i umówiłyśmy się, że w lipcu pojedziemy nad jakieś ciepłe morze. Kilka dni później moja szefowa oznajmiła, że bierze urlop w lipcu i że ja muszę wtedy pracować.
Byłam niepocieszona. Duszne biuro zamiast słońca, wody, zapachu pinii i wolności. Martwiłam się przez cały luty i cały marzec. W kwietniu wydawnictwo zlikwidowało nasz krakowski oddział i mogłam pojechać nad morze nawet na pół roku.
Obiecałam sobie wtedy, że już nigdy nie będę martwić się na zapas.

Kiedyś, w liceum, byłam bardzo zakochana. Bez wzajemności, jak to w liceum. Pamiętam, jak szłam Plantami i użalałam się nad sobą. W pewnym momencie spojrzałam przed siebie i zobaczyłam szpaler starych drzew. Były tak piękne, że aż się zachłysnęłam. Tak piękne, że patrząc na nie, zapomniałam o swoim nieszczęściu. „O, cóż jest piękniejszego niż wysokie drzewa”, prawda?
Natura jest mądra. Umie otworzyć nam oczy na to, jacy w gruncie rzeczy jesteśmy szczęśliwi.

Obudziłam się dziś i jak co dzień od kilku miesięcy ucieszyłam, że nareszcie mieszkam w swoim wymarzonym domu i że przez okna widzę modrzewie i brzozy. Kropił deszcz, ale ja lubię deszcz. Być może lubiłabym mniej, gdybym biegła do pracy na szóstą, przez ciemne i mokre miasto. Lecz ja nie mam etatu – nie mam stałej pensji, urlopu, bonusów ani premii, za to rano nie budzi mnie budzik, na śniadanie mogę zjeść jajko na miękko i żaden szef nie mówi mi, co mam robić.

Pewien terapeuta, którego znam z opowiadań znajomej, poprosił ją, by codziennie znalazła pięć rzeczy, które ją uszczęśliwiły. Uznała, że to zadanie ponad jej siły. Może jedna rzecz na tydzień, ale pięć na dzień?
To mądry terapeuta. Wie, że takich rzeczy codziennie są dziesiątki.

Skończyłam dziś pracę nad pewną nudną książką, którą redagowałam i którą się opiekowałam podczas całego procesu wydawniczego. Już nigdy nie będę musiała wracać do jej wysilonych zdań. Co za radość!
Gdy po oddaniu pracy wracałam z wydawnictwa, na chwilę wyszło słońce. Akurat mijałam grupę brzóz, które zalśniły, jakby były zrobione ze szkła, srebra i starego złota.
Na przejściu dla pieszych na zielone światło czekała para nastolatków. Chłopiec uśmiechnął się i przymknął oczy, gdy rudy lok dziewczyny, uniesiony wiatrem, dotknął jego twarzy.
Dwie paczki od miesiąca zalegające pod ścianą dzięki parze zręcznych rąk pewnego przystojnego mężczyzny zmieniły się w bardzo potrzebny wieszak i śliczną komodę.
Nalałam sobie kieliszek wina. To francuski muscat pachnący miodem i kwiatami. Gdy poczułam na języku jego gorzkawą słodycz, przypomniał mi się pewien słoneczny dzień w Langwedocji – leżałam nad górską rzeką, wdychając zapach wody, trawy, tymianku, dzikich ziół i polnych kwiatów, których nazwy nie znałam. Byłam szczęśliwa.

Naiwne? Pewnie tak. Ale jakie przyjemne.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Blog. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *