„Na zawsze Różany” odcinek 4

 

10

Nie miała na Rakowicach rodzinnego grobowca. Jej dziadkowie, pradziadkowie i prapradziadkowie byli pochowani na Powązkach i w Stanisławowie, który teraz nazywał się Iwano-Frankowsk, Kazia nie miała grobu, rodziców zaś sama pogrzebała w płytkiej mogile na cmentarzyku w środku tajgi.
Kiedyś użalała się nad sobą, bo we Wszystkich Świętych nie miała gdzie zapalić im świeczki. Teraz myślała, że to nie ma znaczenia. Zmarli są przede wszystkim w nas, dopiero potem w ziemi. Albo gdzieś na dnie morza, jak jej siostra.
Kazia… Były chwile, gdy jej zazdrościła. Kiedy ledwie powłócząc nogami, szła na wyrąb, gdy ramiona paliły ją żywym ogniem od ciągnięcia długiej piły, od mrozu schodziła skóra z twarzy i pękały ręce, albo gdy pokaleczonymi dłońmi zbierała bawełnę pod palącym słońcem, myślała, że wolałaby umrzeć tam, na barce, przytulona do mamy, tak jak jej siostra.
Doleciał ją zapach rozgrzanych sosnowych igieł i wydało się jej, że czuje woń żywicy. Tak pachniał słannik, wywar z jedliny, najtańszy środek przeciwko cyndze. Ciemnobrązowy jak miód i w pierwszej chwili słodkawy, potem tak wstrętny, że sztuką było opanować odruch wymiotny. Komuniści odebrali jej nie tylko rodziców, siostrę i młodość, także radość ze spacerów po lesie i z zapachu choinki.
Przyspieszyła kroku. To już gdzieś tu. Nie była na tym cmentarzu od pięćdziesiątego ósmego roku, gdy wyjechała do Ameryki, bo przysięgła sobie, że jej noga nie postanie na ziemi, nad którą władzę mają komuniści. Dotrzymała słowa. Strach jest silnym bodźcem.
Nawet teraz, po tylu latach, gdy wysiadła z samolotu na Okęciu, bolał ją żołądek i czuła ucisk w gardle. To nie było wzruszenie ani radość z powrotu do ojczyzny, tylko zimny, lepki strach.
„Zostawili w twojej duszy głębokie ślady walonek”, powiedział jej kiedyś Aleksander.
Zatrzymała się, wyprostowała plecy i kilka razy głęboko odetchnęła. Nie da się. Nie pozwoli, by ciągle padał na nią cień tamtych lat. Polska znów była wolna, od roku należała do Unii Europejskiej, a ona, Marynia, była obywatelką amerykańską. Nic jej nie mogli zrobić.
Przy grobowcu Hulewiczów ktoś stał. Wysoki, bardzo szczupły, w świetnie skrojonym letnim garniturze. Siwe włosy lśniły w słońcu.
Aleksander.
Zdajemy sobie sprawę, jacy jesteśmy starzy, dopiero gdy zobaczymy kogoś z naszej młodości.
Odwrócił głowę na głos jej kroków.
– Dzień dobry, Maryniu. Pięknie wyglądasz.
Przełknęła ślinę. Kiedyś za ten jego uśmiech dałaby się pokroić żywcem.
– Dzień dobry. Skąd się tu wziąłeś? Myślałam, że zobaczyłam ducha.
– Nie boisz się duchów, prawda?
– Zawsze mówiłeś, że boję się tylko Boga i komunistów.
Roześmiał się, a ona mu zawtórowała.
Podszedł, objął ją i ucałował w oba policzki. Na chwilę zamknęła oczy.
– Dostałaś list od córki Stasia?
– Skąd wiesz?
– Domyśliłem się.
– Nadal pracujesz w Mosadzie?
– A ty ciągle swoje. Ile razy mam ci powtarzać, że jestem dziennikarzem. A właściwie już tylko emerytem.
– Akurat.
– Jedziesz na ten ślub?
– A ty nie?
– Jestem za stary na takie imprezy.
– Kokiet.
Znów się uśmiechnął.
– Nie mów nikomu, że byłem w Krakowie.
– „Byłem”?
– Jutro wracam. No, może pojutrze.
– Jak tam jest? Nigdy nie byłam w Izraelu.
Nie miała odwagi pojechać. Choć wiele razy wyobrażała sobie, że tam mieszka. Z nim.
– Gorąco. Dużo piasku, trochę za mało wody. Ale mamy wszystko, całkiem jak w Ameryce. – Mrugnął do niej. Jego szarozielone oczy nic się nie zmieniły, choć teraz były otoczone zmarszczkami. – Wszystko oprócz poziomek. Mamy drzewa poziomkowe, tylko że ich owoce z poziomkami nie mają nic wspólnego.
– Pamiętasz, jak Zuzia mówiła, że nie mogłaby mieszkać w Anglii, bo tam nie ma robaczków świętojańskich?
– Pamiętam.
Marynia spojrzała na niedawno wykuty napis, błyszczący nowością na szarym kamieniu: „Zuzanna Hulewicz 1920–2004, Stanisław Borucki 1935–2004. Najukochańsi. Niech spoczywają w pokoju”. Wyjęła z torebki znicz i zapalniczkę.
– Ciągle palisz?
– Nie, już dawno rzuciłam. Ale lubię tę zapalniczkę i zawsze mam ją w torebce.
Tak jak dwa cukierki, które zastąpiły skórkę z chleba, która zastąpiła kromkę chleba.
– Byłeś na pogrzebie?
– Nie.
– Ale wiedziałeś, że umarła?
– Tak, tylko było już za późno, żeby przyjechać.
– Ja się domyślałam, ale dowiedziałam się dopiero z listu córki Stasia.
– Nie pisałyście do siebie z Zuzanną?
Marynia spuściła głowę.
– Ja rzadko. Coraz rzadziej. Czasem dzwoniłam. Bo… rozumiesz… przypominanie sobie o tych, których się tam zostawiło, bolało… Bardzo. Ale jak nie przyszła kartka na Boże Narodzenie, a potem na Wielkanoc… – Pociągnęła nosem.
Objął ją ramieniem.
– Do mnie też pisała na każde święta, a ja nigdy jej nie odpisałem.
On także chciał wyrwać wspomnienia o Zuzannie i o tym mieście jak drzazgę spod paznokcia.
– Właściwie dlaczego wtedy wyjechałeś?
– W trzydziestym siódmym?
– Nie wygłupiaj się. W sześćdziesiątym siódmym.
– Mój kraj toczył wojnę. A gdy jest wojna, to z Izraela się nie ucieka, do Izraela się wraca.
Czasem – bez powodzenia – próbowała naśladować jego ton: przyjacielski, a jednocześnie ucinający wszelkie pytania.
Gdzieś niedaleko stukał dzięcioł, ćwierkały ptaki, zza muru słychać było szum przejeżdżających aut.
Marynia czuła na ramieniu dłoń Aleksandra, drugim ramieniem dotykała jego boku i walczyła z sobą, żeby nie objąć go w pasie, nie przytulić się mocniej… Podobał się jej zapach jego perfum. Jakich używał kiedyś? Nie mogła sobie przypomnieć.
Chciała go o to zapytać, o to i o tysiąc innych rzeczy, ale milczała, bo nie wiedziała od czego zacząć. Nie widzieli się… ile właściwie? Mozolnie obliczyła w pamięci. Czterdzieści siedem lat.
– Gdzie się zatrzymałaś?
– U przyjaciół mojej kuzynki. Mają duży dom w Borku Fałęckim. A ty?
– W hotelu.
– Pewnie w Sheratonie.
– Zgadłaś.
– Nic się nie zmieniłeś.
Przytulił ją na moment, a potem opuścił rękę.
Co teraz? Pożegnają się i już nigdy go nie zobaczy?
– Masz czas po południu? Może dałabyś się zaprosić na kolację?
– Z przyjemnością.
– Na Świętej Gertrudy koło dawnego Royalu jest dobra restauracja. Może tam?
– Jeśli mówisz, że dobra, to na pewno już ją sprawdziłeś.
– Znasz mnie lepiej, niż myślałem. Przyjechać po ciebie? – I zanim zdążyła się odezwać, sam sobie odpowiedział: – Nie, wolisz przyjechać tramwajem.
Roześmiała się.
– Znasz mnie lepiej, niż myślałam.

*

Kościół Matki Boskiej Zwycięskiej czuwał nad miastem z wysokości Góry Borkowskiej jak w czasach jej dzieciństwa. Ale sama Góra się zmieniła: wydawała się Maryni niższa i znikły z niej asfaltowe fałdy. Kiedyś asfalt spływał na upale jak lody z patyka i tworzył garby, a opony zostawiały w nich głębokie ślady. Jezdnia była poznaczona kołami jak piaszczysta wiejska droga, tylko trwalej.
Niebieskie tramwaje. Teraz nie kołysały się na boki i nie zgrzytały potępieńczo na zwrotnicach. Oczywiście nie było już otwartego pomostu z ozdobną kutą kratą ani siedzącego wysoko konduktora z równymi stosikami monet na odpowiednio wyżłobionej deseczce, który wołał: „Kto z państwa nie ma jeszcze biletu!?”, zgarniał monety do skórzanej torby, odchylał na bok deseczkę i schodził ze swego tronu między pasażerów.
Nie było zakładów Solvaya i ulicy Zakopiańskiej nie przecinały tory kolejki wąskotorowej. Marynia pamiętała wysokie fabryczne budynki z szarymi od pyłu oknami, dymiące kominy i grubą kobietę bez wieku, która wkraczała na jezdnię z czerwoną chorągiewką i zatrzymywała ruch, gdy na Zakopiańską wjeżdżała mała lokomotywa ciągnąca sznur wagoników wypełnionych popielatym kamieniem wapiennym z Zakrzówka.
Nad klasztorem w Łagiewnikach górowała nowa wieża, którą gospodarze Maryni nazywali wieżą Barad Dur i trudno było odmówić im racji. Rondo Matecznego było całkiem nowe, za to niezmieniona pozostała wąska ulica Kalwaryjska z rzędem niskich, kiedyś podmiejskich domów i schodami prowadzącymi na wzgórze Krzemionek. Nic się nie zmienił most Marszałka Piłsudskiego ze stalową kratownicą, której w dzieciństwie się bała, bo myślała, że może nagle opaść i przygnieść idących mostem ludzi.
Ulica Krakowska zaczynała się ogrodem otoczonym murem, za którym nie było już jednak wielkiego domu dla starców żydowskich. Trwał za to kościół Bonifratrów, którego fasadą zachwycał się ojciec Maryni. Zawsze, kiedy tędy przechodził, zatrzymywał się na chwilę, a zdejmując kapelusz, oddawał hołd, jak mówił, Bogu i Placidiemu, który zbudował to cudo.
Podcienia po lewej zaskoczyły ją jak zwykle, bo przebito je w czasie wojny i po raz pierwszy zobaczyła je w pięćdziesiątym siódmym roku, ale widok po prawej, na wieżę ratusza na Wolnicy, był taki sam jak kiedyś.
Kraków znów był czysty, prawie jak przed wojną, a ona siedziała w nowoczesnym wagonie, z nosem niemal przyklejonym do szyby. Nie wiedziała, że tak za tym wszystkim tęskniła.
„Kraków, jestem w Krakowie”, powtarzała w myślach. Młodość Ameryki budziła w niej niepokój, wiek Krakowa dawał poczucie bezpieczeństwa. Pozwalał myśleć, że te strzeliste kościelne wieże, secesyjne kamienice i kawiarnie ze stolikami o marmurowych blatach istniały i będą istnieć zawsze, a ona razem z nimi.
Tramwaj pokonał zakręt za Wolnicą i Marynia zobaczyła Stradom. Wstała i skierowała się do drzwi. Serce biło jej mocno, ale się nie wahała. Do restauracji, w której umówiła się z Aleksandrem, był jeszcze jeden przystanek, miała jednak dość czasu, żeby ten kawałek przejść pieszo.
Szła powoli, bo brakowało jej tchu. Tu była kwiaciarnia, tam księgarnia, pasmanteria, delikatesy, kiosk, kino, krawiec, cukiernia. Nie było żadnej z tych rzeczy, ale ona je widziała. W tym okrągłym kiosku na rogu Świętej Agnieszki tatuś kupował gazety, w tamtej cukierni ona zawsze zamawiała napoleona, a Kazia ptysia z bitą śmietaną. Różowy krem, chrupiące francuskie ciasto rozdzielające się na delikatne listki… Kiedyś zamówiła sobie podobne ciastko w Nowym Jorku, ale smakowało inaczej niż to ze Stradomia.
Brama jej kamienicy była zamknięta. Stara klamka została wymieniona na elegancką gałkę. Przy guzikach błyszczącego nowością domofonu nie było nazwisk.
Nie były jej potrzebne. Pod trójką mieszkała Zuzia, pod czwórką Iza, a ona pod piątką.
Zakręciło się jej w głowie i musiała się oprzeć o bramę. W tym samym momencie brama się otworzyła i Marynia byłaby upadła, gdyby ktoś jej nie podtrzymał. Aleksander.
Nie zapytał, skąd się tu wzięła.
– Chcesz wejść do siebie na górę? To znaczy do Doliwów? – spytał cicho.
Przecząco pokręciła głową.
– Chciałabym zobaczyć sień.
Szerzej otworzył drzwi.
Czas się cofnął i nagle znów był trzeci września trzydziestego dziewiątego roku. Tatuś pakował do samochodu ostatnią walizkę. Pomagał mu jego kuzyn Paweł Doliwa, który spędzał wakacje w Rabce, a teraz zabierał ich do swego majątku pod Stanisławowem, gdzie rodzice postanowili przeczekać wojnę. Mama i Kazia już siedziały w aucie, a ona stała w bramie, wahając się, czy do nich dołączyć, czy pobiec z powrotem na górę, schować się w szafie i nie pozwolić się wywieźć z Krakowa. Odwróciła wzrok od ponaglającej ją gestem mamy i spojrzała przez ramię na drzwi na podworzec, ciemnobłękitną posadzkę, marmurowy stopień i drzwi z kolorowymi szybkami prowadzące na schody…
– Dobrze się czujesz?
Głos Aleksandra przywrócił ją do rzeczywistości.
Posadzka w sieni była teraz antracytowa, drzwi na podworzec nowe, zostały tylko te z kolorowymi szybkami, prowadzące na marmurowe schody.
To już nie był jej dom. A gdyby zapukała do środkowych drzwi na pierwszym piętrze, nie otworzyłaby jej Zuzia. Trzeba się pogodzić z przemijaniem.
– Chodźmy – szepnęła.
Wzięła Aleksandra pod ramię. Brama zamknęła się za nimi bezszelestnie.
Chodnik był równy, prawie jak przed wojną, i Marynia szła bez potykania się, choć niewiele widziała przez łzy.
Obeschły, gdy doszli do Wawelu, i wtedy spojrzała na Aleksandra.
– O nic nie pytasz?
– Nie muszę – odrzekł i mocniej przycisnął jej rękę.
Dopiero teraz zauważyła, że niósł bukiet. Gladiole, goździki, cynie i astry. Taki sam kupił dla niej na powitanie we wrześniu pięćdziesiątego siódmego, gdy wracała ze zsyłki. Pamiętał.
Chyba usłyszał jej myśli, bo powiedział:
– Dam ci ten bukiet dopiero w restauracji. Jest dość ciężki.
Skręcili w Świętej Gertrudy. Restauracja była tuż za rogiem.
Kelner zaprowadził ich do stolika, podał karty, przyniósł wazon na kwiaty.
Marynia spojrzała na stronę ze specjalnością zakładu i uśmiechnęła się do Aleksandra.
– To dlatego mnie tu zaprosiłeś?
– Zgadłaś.
– A co ty będziesz jadł?
– Mają dobre sznycle wiedeńskie.
– Paniczyk – powiedziała, ale zabrzmiało to miękko, nie złośliwie.
Aleksander skinął na kelnera.
– Dla pani golonka z pieca i duże piwo, Żywiec, dla mnie sznycel po wiedeńsku. A wcześniej to, co zamówiłem, rezerwując stolik.
Kelner skłonił głowę i odszedł.
– Co wcześniej zamówiłeś?
– Zobaczysz.
Nie musiała czekać. Wiedziała. Szampan i truskawki. Tym ją żegnali, gdy wyjeżdżała do Ameryki.
– Co u Miszy? – spytał.
– Odziedziczył fabrykę po Ryszardzie i ją prowadzi. Dobrze mu idzie. Poza tym jest bardzo troskliwym ojcem. Może Zuzia ci pisała, że ma dwóch synów i córkę. Lena to moja ulubienica. Mieszka teraz w Nowym Jorku. Jestem babcią, a wyobraź sobie, że niedługo zostanę prababcią, bo żona Borysa spodziewa się dziecka.
– Gratuluję! Cieszę się, że masz tak udaną rodzinę – powiedział, chociaż ani Richard junior, ani Borys, ani Lena nie byli jej wnuczętami, bo Misza nie był jej synem.
– Lubiłam Ryszarda. To był niezwykły człowiek.
Kiedyś jej opowiedział, w jaki sposób został właścicielem stalowni. Był już wtedy Richardem Sage, a nie Ryszardem Sagiewiczem, który wstawał codziennie o czwartej rano i rozwoził gazety. Po pięciu latach takiego życia zrozumiał, że w Ameryce nie ma miejsca dla drobnego biznesmena, który w dodatku jest przyjaźnie nastawiony do świata. Mały się nie liczy, chyba że dyszy chęcią wykończenia konkurenta i zdobycia monopolu. Wygrywa ten, kto pierwszy wyciągnie pistolet, bo jedenaste amerykańskie przykazanie brzmi: sięgaj po cudze.
Za uskładane w ciągu pięciu lat sprzedaży gazet pieniądze ubrał się elegancko, potem kupił narty i pojechał do Sun Valley w Idaho. Tam wypatrzył Mary Field, starszą od siebie o osiem lat córkę bogatego przemysłowca Jamesa Fielda. Najpierw ją uwiódł, a potem się jej oświadczył podczas zjazdu z Dollar Mountain.
– Był Polakiem i pewnie cię rozumiał – powiedział Aleksander. – Z Amerykaninem byłoby gorzej.
– Mary, żona Ryszarda, była amerykańska w każdym calu.
Długonoga, o pięknych zębach, zdrowej cerze i pustych oczach.
– Nigdy nie była w Europie i nie miała pojęcia, co tu się działo, prawda?
– Nie lubiła Europy ani Europejczyków. Zawsze powtarzała, że to malutki, klaustrofobiczny kontynent, na którym trudno oddychać, a Europejczycy są nudni i brak im ducha przedsiębiorczości. Od pokoleń tkwią w jednym miejscu i boją się z niego ruszyć.
– Nie ma to jak kategoryczne opinie o czymś, o czym nie ma się pojęcia.
– Ludzie tacy są. Nie tylko Amerykanie.
– Racja. Oni za to celują w obojętnej życzliwości i rozmowach o niczym.
– Zuzanna by powiedziała, że tam nie ma metafizyki.
Pili szampana, jedli truskawki, prawie tak smaczne jak czerwcowe, i co drugie zdanie zaczynali od „pamiętasz”: „Pamiętasz szwajcarską altanę w parku Bednarskiego?”, „A pamiętasz lodowisko w parku Krakowskim?”, „Pamiętasz lody cytrynowe u Włocha na Szewskiej?”, „A makagigi?”, „A targ na Dietla? Chłopów wołających rano: »Masło! Jaja! Kurczęta!«?”.
Kelner przyniósł Maryni golonkę i piwo. Spróbowała i głośno westchnęła.
– Dawno nie jadłam czegoś tak pysznego.
Na deser zamówiła pierogi z borówkami. W domu zażyje coś na trawienie.
Przy kawie i metaksie spytała:
– Właściwie dlaczego wyemigrowaliście do Boliwii, a nie do Palestyny?
– Tam ojciec miał kuzynów. Wtedy do Palestyny jechali tylko biedacy, którzy nie mieli nic do stracenia. Niewykształceni, za to umiejący ciężko pracować w polu. Poza tym mój ojciec nie uznawał ruchu syjonistycznego. Powtarzał słowa swego ojca, że dopiero jak przyjdzie Mesjasz, to Palestyna będzie dla Żydów. Nigdy nie wrzucał pieniędzy do puszki Keren Kajemet le’Israel, wiesz, na fundusz wykupywania ziemi od Arabów.
– Miał rację. Jak tak można przyjść po dwóch tysiącach lat i powiedzieć: „To jest nasza ziemia”?
– Wtedy się nad tym nie zastanawiałem. Marzyłem o miejscu, gdzie będę u siebie.
– I co?
– Marzenia rzadko się spełniają.
– Wiem coś o tym. – Alkohol krążył w jej żyłach, dlatego ciągnęła dalej: – Wiedziałeś, że… że się w tobie durzyłam? – Mimo wszystko nie miała odwagi powiedzieć: „że cię kochałam jak nikogo wcześniej i nikogo później”.
Uśmiechnął się tym swoim jedynym na świecie uśmiechem. Poczuła mrowienie w dole brzucha.
– Zdawało ci się, bo jak każda dziewczyna marzyłaś o miłości.
– Miałam trzydzieści pięć lat.
– Naprawdę?
Powinna dać spokój. Ale właściwie dlaczego. Miała już swoje lata i mogła robić, co jej się podobało. Starym kobietom wszystko wolno. Inaczej każda w dniu, w którym przekroczyła siedemdziesiątkę, wkładałaby głowę do piecyka gazowego.
– Dlaczego Zuzia, a nie ja?
Uśmiech zawsze pojawiał się najpierw w jego oczach, potem unosiły się kąciki ust.
– Nigdy nie dajesz za wygraną, co?
– Jak inaczej przeżyłabym przy rąbaniu tajgi?
Wziął jej dłoń w swoją i lekko uścisnął.
– Dlaczego nie ty? Kto to może wiedzieć. Bo utraciłaś niewinność? Zesłanie zmieniło cię w nihilistkę. Gorączkowo pragnęłaś szczęścia, bez względu na okoliczności. Tylko że tak naprawdę nic nie było w stanie cię ucieszyć, tak jak nic nie mogło cię zszokować. Za dużo widziałaś.
Zabolało. Nie takie jednak rzeczy przełykała bez mrugnięcia okiem.
– Nigdy o niej nie zapomniałeś, prawda?
– Jakżebym mógł. Była moją żoną.
– Ale chyba wiedziałeś, że przed tobą był Joachim, no i Piotr, jej dziewczęce zadurzenie.
– To była miłość, nie zadurzenie.
– Więc wiesz, że dostały ci się tylko okruchy.
– No, jeśli to były okruchy…
Na każde pchnięcie szpadą odpowiadał ciosem topora, w dodatku nie zdając sobie z tego sprawy.
Spojrzał przez Marynię jak przez szybę i uśmiechnął się tak, jakby po miesiącu błądzenia po pustyni zobaczył oazę.
Marynia nagle poczuła się zmęczona. Zapragnęła znaleźć się w domu, w swoim łóżku, gdzie nikt nie usłyszy jej płaczu.
Otworzyła usta, by poprosić Aleksandra, żeby ją odwiózł, gdy przypomniała sobie, że miała go zapytać o jeszcze jedną rzecz.
– Na lotnisku w Nowym Jorku zdarzyło mi się coś dziwnego. Usłyszałam, jak wzywają pasażerkę Susannah Hamilton von Ebert. Samolot na nią czekał. Zdążyła w ostatniej chwili.
– Zawsze czekają na pasażerów pierwszej klasy.
– Skąd wiesz, że leciała w pierwszej?
– Nigdy nie lata inaczej.
– A ty wiesz to wszystko, bo byłeś dziennikarzem?
– Dziennikarz musi być dobrze poinformowany.
– No tak… To jego córka?
– Wnuczka.
– Czy… czy Joachim żyje?
– Umarł w pięćdziesiątym czwartym roku.
– Zuzanna wiedziała?
– Sam jej o tym powiedziałem.
– Po wojnie nigdy o nim nie wspominała. Gdy ją o niego zapytałam, powiedziała, że wyjechał do Szkocji, ożenił się i zapomniał o niej.
– Wtedy tak myślała. Ale to nie było tak.
– A jak?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Blog. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „„Na zawsze Różany” odcinek 4

  1. Ola pisze:

    o nieee czemu już koniec?
    ja święcie przekonana byłam że będzie 5 rozdziałów i czekam i czekam 😀
    teraz tym bardziej wypatruję książki z większą niecierpliwością

  2. Magdalena pisze:

    Pani Bogno

    Jestem zakochana w Sadze o Różanach. Zwłaszcza poruszyła mnie historia Zazulki i Joachima <3 Na koniec czwartego tomu, płakałam jak bóbr… Dziękuję za te wszystkie książki. Zanurzenie się w nich było dla mnie czystą rozkoszą. CZytałam je jednym tchem. Nie mogę się doczekać piątej części, którą dostanę na Gwiazdkę. Szkoda tylko,że to już ostatnia część…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *