„Na zawsze Różany” odcinek 3

 

6

Obiecał sobie, że już nigdy nie pojedzie do miasta, które śniło mu się prawie co noc. Był za stary – i na dalekie podróże, i na ból serca. Kiedy Medinat Israel, Państwo Izrael, wysłało go do Jugosławii i pewnego majowego dnia, dawno temu, stał na zagrzebskiej ulicy, czekając na tramwaj, poczuł nagły skurcz w gardle: ulica wyglądała jak Stradom. Od tamtej pory unikał austrowęgierskich miast. Wszystkie – Wiedeń, Budapeszt, Zagrzeb – były podobne do miasta jego młodości.
Nastawił budzik na piątą, ale obudził się wcześniej. Starzy ludzie nie potrzebują dużo snu. Wstał, otworzył żaluzje i patrząc na kępę drzew pomarańczowych i na kwitnące przez cały rok i dlatego niemające żadnego uroku kwiaty, odmówił poranną modlitwę. Kiedyś zaczynał dzień od tradycyjnej hebrajskiej formułki: „Baruch sze’lo asani goj, baruch sze’lo asani isza, baruch sze’lo asani ewed”. Błogosławiony bądź za to, że nie stworzyłeś mnie gojem, błogosławiony bądź za to, że nie stworzyłeś mnie kobietą, błogosławiony bądź za to, że nie stworzyłeś mnie niewolnikiem. Teraz po prostu dziękował, że się obudził. Niektórzy woleliby umrzeć we śnie. On chciał spojrzeć śmierci prosto w oczy i poczuć, jak to jest, gdy dusza i myśl oddzielają się od ciała.
W czterdziestym szóstym roku Sycylijczycy wyrzucili go ze statku do morza, po tym jak odmówił robienia z nimi interesów i broń dla żydowskiej partyzantki walczącej z Brytyjczykami w Palestynie nadal kupował od neapolitańskiej camorry. Kiedy wyciągnął ostrze ukryte w pasku od spodni i przeciął linę z przywiązanym do niej kawałem szyny, i gdy lekki i wolny płynął w górę, w stronę powierzchni lśniącej od księżycowego światła, był szczęśliwy. Po prostu szczęśliwy. Chyba tak czuje się dusza, gdy się pozbędzie ciężaru ciała i leci gdzieś wysoko, w stronę gwiazd i księżyca.
Bo jego dusza na pewno nie będzie przez siedem dni uparcie wracać z cmentarza do domu. Nie ma do kogo.
I co dalej? Ogród Edenu? Nawet jeśli jest, to on go nie zobaczy. Będzie tylko Sąd: sala rozpraw, długa lista grzechów, wyrok. A potem trzask zamykanej bramy do Raju, miejsce w tłumie przed bramą i wieczny żal, że trzeba tu zostać na zawsze.
Niedługo się przekona, co jest po tamtej stronie. Bo jest już stary.
Stary, stary, kiedy w końcu przestanie to powtarzać.
Zadzwonił budzik.
Aleksander go wyłączył i poszedł do łazienki.
Po raz pierwszy od wielu miesięcy przyjrzał się sobie uważnie w lustrze.
Kiedyś był silny jak koń i uchodził za przystojnego. Nie przejmował się swoim ciałem, bo nigdy nie sprawiało mu kłopotu. Zawsze mógł na nim polegać i w jakiś sposób go rozpieściło, nie przygotowało do niemocy.
Co by powiedziała Zuzanna, gdyby go teraz zobaczyła?
„Olek!? To ty?” „Poznałaś mnie”. „Nic się nie zmieniłeś. No, może trochę”. „Na korzyść, mam nadzieję”. Uśmiechnęła się łobuzersko. „Oszpetniał, sczerniał, schudł, ale jakoś dziwnie wyszlachetniał”.
Ile lat minęło od chwili, gdy go przywitała cytatem z Mickiewicza w wilgotnej, zliszajonej sieni na Stradomiu? Prawie pięćdziesiąt.
Ręce trzęsły mu się bardziej niż zwykle i golenie było prawdziwym wyczynem.
Hila, zrzędząc jak zawsze, spakowała mu wczoraj walizkę i zanim wyszła do domu, przygotowała ubranie na drogę. Chyba jej się wydawało, że jak jej matka służy u baronowej Rotszyld na Judengasse we Frankfurcie. W jej obecności nie odważyłby się przekroczyć progu własnej kuchni i nigdy nie komentował owijania każdej rzeczy wkładanej do walizki w szeleszczącą bibułkę.
Poprawił węzeł jedwabnego krawata i jeszcze raz spojrzał do lustra.
– Jesteś starym głupcem – powiedział do swego odbicia. – Szykujesz się jak na wesele, a jedziesz na cmentarz.

*

Na lotnisko Bena Guriona miał ponad dwadzieścia kilometrów. Ile razy na nim był? Sześć, może siedem. Kiedyś latał wyłącznie z Sde Dow, leżącego tuż obok Ramat Awiw, gdzie mieszkał od prawie czterdziestu lat. Dziś, w dobie satelitów, wszyscy wiedzieli, że obok cywilnego lotniska jest tam baza sił powietrznych Izraela, jednak w latach czterdziestych, gdy ją budowano, była to chroniona strefa. Przypomniał sobie pas startowy biegnący wzdłuż szerokiej piaszczystej plaży. Prawie takiej jak nad Bałtykiem.
Odsunął tę myśl. Nie po to zamieszkał w mieście, które nie miało jeszcze stu lat, by wspominać dawne czasy.
Wybrał Tel Awiw także dlatego, że przypominał mu Aricę: białe niskie domy, szerokie nadmorskie bulwary, starannie pielęgnowane parki i skwery. Tylko skala była inna: tam widok na Ocean Spokojny i Andy za plecami, tu Morze Śródziemne i teren płaski jak stół – po zniwelowanych wydmach nie zostało ani śladu. Pamiętał te wydmy, tak samo jak wydeptane przez wielbłądy ścieżki, które teraz były ruchliwymi arteriami.
Choroszaja – mruknął taksówkarz, patrząc na idącą chodnikiem młodą żołnierkę, która nawet w workowatym mundurze wyglądała zgrabnie. Amerykański karabin M 16, nonszalancko przewieszony przez ramię, sięgał jej do kostek.
Choroszaja – zgodził się Aleksander.
Russkij? – Taksówkarz odwrócił się do Aleksandra z szerokim uśmiechem.
– Moja mama pochodziła z Odessy. Ja też tam się urodziłem.
Nie dodał, że urodził się w roku, w którym wybuchła rewolucja nazwana później październikową, i że ta rewolucja wygnała jego rodzinę z Rosji. „Dopóki można, mówić prawdę, ale tylko tyle, ile to konieczne” – ta zasada weszła mu w krew.
– Odessa… Byłem tam kiedyś na urlopie. – Taksówkarz zamilkł na chwilę. – Ja jestem z Ufy. Gdy tu przyjechałem, też chciałem osiąść w Tel Awiwie. Ci z Sochnutu pokiwali głowami i powiedzieli: „Be-seder, oczywiście, Tel Awiw, dzielnica Negew”. Nie miałem pojęcia, że tak się nazywa pustynia i że stoją tam baraki bez prądu i wody. Teraz mieszkam w Aszdod. Na Tel Awiw nigdy nie będzie mnie stać, bo nie znam nikogo, kto by mi tu coś skombinował.
Kombina, załatwianie, jedno z pierwszych hebrajskich słów, których uczyli się przybysze. Także porzekadła, że w Izraelu nie trzeba mieć protekcji, wystarczą znajomości.
Jadący przed nimi samochód zwolnił, a potem stanął. Kierowca włączył światła awaryjne i wysiadł, uspokajająco kiwając ręką w stronę aut, które zmusił do zatrzymania się.
Taksówkarz zatrąbił ze złością.
– Z początku myślałem, że auta w tym gorącu psują się częściej niż u nas – powiedział. – Do głowy mi nie przyszło, że można tak się zatrzymać, żeby skoczyć do sklepu.
Z rykiem klaksonu ominął przeszkodę i wcisnął się na lewy pas tuż przed skrzyżowaniem. Wymuszanie pierwszeństwa szło mu tak dobrze, jakby tu się urodził. I jak sabra, a nie olim chadaszim, przybysz, trzymał dłoń na klaksonie, by zacząć trąbić, gdy tylko się zapali zielone światło.
Polanija – taksówkarz przeszedł na hebrajski, wskazując głową na dziewczynę przechodzącą przez ulicę.
Miała zgrabne nogi, szeroką słowiańską twarz, zadarty nos, jasne oczy i blond włosy.
– Tak? A może Czeszka albo Rosjanka?
– Za ładna. – Taksówkarz się odwrócił i puścił oko do Aleksandra. – I niech pan popatrzy, jak idzie i jaką ma wyniosłą minę.
Nie mówił Aleksandrowi „ty”, jak to w Izraelu było w zwyczaju. Po tym też poznawało się przybyszów.
– Wie pan, co to jest, gdy osiem Polek siedzi w kręgu?
– Nie.
– Igloo. – Taksówkarz roześmiał się głośno z własnego dowcipu. – A wie pan, ile Polek potrzeba, żeby wymienić żarówkę?
– Ani jednej, bo od czego ma męża pantoflarza?
– Dobre! Ale ja to znam inaczej. Ani jednej, bo powie: „Nie szkodzi, będę siedzieć w ciemnościach i cierpieć”. A jaka jest różnica między Polką a terrorystą?
Aleksander przestał słuchać. Od czasu do czasu kiwał głową i uśmiechał się, gdy taksówkarz wybuchał rżącym śmiechem.
Na skrzyżowaniu zatrzymał się przy nich motocyklista w koszulce z napisem „Maccabi Tel Awiw”.
Aleksander patrzył na jego opalone ramiona. Zazdrościł mu sprężystych mięśni pod młodą skórą. Dla tego chłopca nie istniał stary rabiniczny dylemat, czy ciało jest tylko sługą duszy, czy też zdrowe ciało może zapewnić zdrowie duszy. Pewnie nawet nie słyszał o „muskularnym judaizmie” i o jego twórcy Simonie Südfeldzie, który jako piętnastolatek porzucił studiowanie Tory, zadeklarował przynależność do narodu niemieckiego, zmienił nazwisko na Nordau, ożenił się z protestantką i miał do tego tyle szczęścia, że umarł szesnaście lat przed wybuchem wojny. Ojciec Aleksandra podziwiał Maxa Nordaua. Nie tylko jego działalność w Światowej Organizacji Syjonistycznej, także jego publicystykę, a nawet wiersze. „Cienkie trzciny grzechoczą na wietrze, trzepoczą postrzępione liście krzewów”… Jak to dalej szło? „A przerażona noc wzdryga się na krzyk brązowej sowy”.
Kiedyś Aleksander uważał wiersze Nordaua za grafomanię, dziś oceniał je łagodniej. Poszedł nawet na jego grób na Starym Cmentarzu w Tel Awiwie.
Czemu właściwie myślał o nim teraz? Żeby nie myśleć, z czym mu się kojarzy nazwa Maccabi. A raczej Makkabi.
Makkabi i Jutrzenka. Dwa krakowskie żydowskie kluby prowadzące świętą wojnę. Piłkarze Makkabi w koszulkach w biało-niebieskie pasy, Jutrzenki w biało-czarnych.
Ojciec kibicował Jutrzence i wziął Aleksandra na mecz z Węgrami, w którym wystawiono piłkarzy z Wisły, Cracovii i właśnie z Jutrzenki. Aleksander miał wtedy pięć lat, ale do tej pory pamiętał każdą minutę meczu – pierwszego, na jakim był w życiu. Przy ryku z piętnastu tysięcy gardeł Polacy rzucili się na Węgrów jak lwy. Stracili trochę animuszu po pierwszej bramce dla Węgrów, w dodatku samobójczej.
Ojciec i jego znajomi nie przestawali skandować: „Jó-zek-Klotz!” i razem z całym stadionem: „Pol-ska-go-la!”. Mimo to Polacy przegrali trzy do zera. Oczywiście Aleksander wolałby wygrać, ale nie przejął się porażką. Co innego było wtedy dla niego ważne. Upoiła go tamta atmosfera: wrzask uniesienia, gdy piłkarze kotłowali się pod węgierską bramką, jęk zgrozy, gdy piłka wpadała do siatki, skandowanie, poklepywanie się po plecach, roziskrzone oczy, zaczerwienione policzki i poczucie, że stadion jest jednym organizmem.
Do dziś nie odżałował, że nie zobaczył meczu rozegranego dwa tygodnie później w Sztokholmie, gdzie Polacy wygrali dwa do jednego, a Józek Klotz z Jutrzenki strzelił karnego. W lewy róg, tuż pod poprzeczką, spokojnie, bez rozbiegu, tak że bramkarz nie zdążył drgnąć.
– … inżynierem, tu jeżdżę na taksówce, ale nie narzekam. Żona pracuje w prywatnym przedszkolu, rosyjskim, dobrze zarabia, po pracy mogę coś obejrzeć na którymś z rosyjskich kanałów, kupujemy w rosyjskich sklepach… Pewnie, że o sowlanut, tolerancji, tylko gadają i każdy sabra uważa się za lepszego od nas. Ale powtarzam sobie to, co zawsze mówił mój dziadek: „Nie martw się, kiedy jest źle, bo będzie lepiej. Ty się martw, kiedy jest dobrze, bo na pewno będzie gorzej”.
Aleksander znacznie zaokrąglił kwotę za kurs i taksówkarz w pierwszej chwili się zawahał, potem jednak powiedział:
– Od kogoś innego bym nie wziął, ale od rodaka…
Wyjął walizkę Aleksandra z bagażnika i zaniósł ją aż do hali odlotów. Niósł, choć miała kółka, jakby wchodząc w rolę numerowego.
Numerowy. Zapomniane słowo nagle wypłynęło w pamięci Aleksandra. Poczuł smak powrotów z wakacji i niemal zobaczył tragarzy na krakowskim dworcu – w burych fartuchach i płóciennych czapkach, dźwigających na skórzanych pasach nieprawdopodobną ilość bagaży i troskliwie układających je w dorożce.
Stewardesa zaprowadziła go do saloniku dla VIP-ów. Siedziało tam tylko dwoje trzydziestoparolatków ze znudzonym dzieckiem i pięciu siwiejących mężczyzn, którzy jedli humus, nabierając go pitą ze wspólnego talerza. Rzucone obok oliwkowe kurtki rezerwistów nie pozostawiały wątpliwości – koledzy z wojska, być może lecący na jakieś spotkanie weteranów.
Aleksander nigdy nie brał udziału w takich zjazdach. Wiedział, że ma opinię „beznadziejnego outsidera”. Od wyjazdu z Krakowa w trzydziestym siódmym roku był człowiekiem bez swojego miejsca na ziemi i nawet wśród towarzyszy broni, za których bez wahania oddałby życie, doznawał nagłych ataków alienacji.
Stewardesa zaproponowała kawę i przekąski, ale podziękował. Od rana czuł ucisk w żołądku i wiedział, że niczego nie przełknie.
Siedzący przy stole mężczyźni spojrzeli na niego. Nie znał żadnego z nich. Na pewno nigdy się nie spotkali, bo zapamiętałby ich twarze.
Chyba jednak odgadli w nim oficera i poczuł, że za chwilę zaproszą go do towarzystwa.
Odwrócił się i podszedł do wielkiego okna, z którego roztaczał się widok na lotnisko. Oparł ręce na metalowej barierce. Była przyjemnie zimna. Chwycił ją rozgrzanymi dłońmi i nagle przeszył go palący ból. Z oczu popłynęły łzy. Ale to było nieważne, musiał się skupić na wytrzymaniu bólu. Zacisnął zęby, by zdusić krzyk.
Znowu było jak wtedy – w listopadzie trzydziestego siódmego i w lutym sześćdziesiątego siódmego roku. Orkiestra na brzegu grała Mazurka Dąbrowskiego, ludzie machali rękami, coś wołali, pasmo szarej wody było coraz szersze, a on stał na pokładzie i z całej siły ściskał zimną stalową barierkę – żeby nie krzyczeć, żeby nie skoczyć do wody i nie wrócić na brzeg. Rozpacz, która go wypełniła, była niemal namacalna. Czuł się tak, jakby ktoś okręcił jego wnętrzności wokół wielkiego świdra, wyrwał je, a potem wypełnił mu brzuch lodem.
Ostry atak nostalgii. Jeden z tysiąca, które przyjdą później, tylko że Aleksander jeszcze o tym nie wie. Jeszcze nie zna ich smaku i dziesiątków odcieni.
Jeszcze tu jest, jeszcze siłą woli próbuje zatrzymać statek, jeszcze sobie wyobraża, jak jednym skokiem pokonuje odległość między burtą a nabrzeżem.
Jego ciało jest mądrzejsze – wie, że to koniec świata. Wygnanie, z którego nie ma powrotu.
Patrz, zapamiętaj, bo już nigdy tego nie zobaczysz.
Podobno przed śmiercią widzi się nagle całą swoją przeszłość. Jakaś jego część właśnie umierała na tym statku i nic dziwnego, że wypełniły go obrazy wszystkich wakacji, wycieczek, harcerskich biwaków i wykapek, włóczęgi po Plantach z kolegami. Poczuł chłód murów Uniwersytetu, zapach bzu kwitnącego na podwórzu i woń świeżo umytych kafli w sieni na Stradomiu…
Otworzył oczy. Mikrobus z tabliczką „Cracow” dla pasażerów business class podjeżdżał do automatycznych drzwi.
Nie ma ucieczki przed wspomnieniami, choćby nie wiadomo jak się starał i myślał o wszystkim, by nie myśleć o najważniejszym: o Zuzannie i o tym, jak ją kochał. Jak nadal ją kocha.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Blog. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *