Tłusty czwartek

Tradycją krakowskiego dodatku do „Gazety Wyborczej” jest wybieranie najlepszych krakowskich pączków w tłusty czwartek. Z początku oceniali je głównie dziennikarze,
w tym roku w jury nie było ani jednego przedstawiciela „Wyborczej”, relacja jednak ukazała się w gazecie jak co roku.

Pierwsze miejsce zdobył pączek z mojej ulubionej cukierni – od Michałka na Krupniczej. Dostał 89 punktów na 125 możliwych, więc nie oszołomił jury, które stwierdziło,
że w Krakowie nie ma już dobrych pączków, są tylko przyzwoite.

Nie do końca z tym się zgadzam. Tak naprawdę w tłusty czwartek pączki są najgorsze,
bo smaży się je w gigantycznych ilościach. Gdy zajdzie się do Michałka w inny dzień i kupi pączki, miniptysie z bitą śmietaną, cynamonki, paluszki z kminkiem albo makowiec warszawski, można poczuć niebo w gębie. Chrust jednak nie umywa się do chrustu mojej mamy.

chrust mojej mamy

 
Inne cukiernie wypadły gorzej. „Buła! Gdyby nie lukier i marmolada, mógłbym go jeść
z salami”, „Ma wszystkie walory zaprawy murarskiej”, „Obrzydliwość”, „Właściciel musi źle opłacać pracowników. Ciasto jak trzeba, róża też, ale to szprycowanie, forma. Toż to sabotaż”.

Co więc robić, żeby w tłusty czwartek nie trafić na „bułę z dżemem śniadaniowym”? Najlepiej samemu usmażyć pączki albo chrust. Tradycji stanie się zadość, pączek będzie miał 250, a nie 450 kalorii, no i ten smak…

Kilka lat temu, gdy pączek od Michałka też zajął pierwsze miejsce (6 pkt na 8 możliwych), tak go opisano: „Najmniejszy i najzgrabniejszy z konsumowanych; kolor głębokiego mahoniu, dobrze upieczony – w ogóle nie widać rantu; lukier i skórka kruche jak należy; bardzo smaczna róża w środku; nie czuć go przepalonym tłuszczem ani olejkami zapachowymi podejrzanej konduity. Minus za nieco zakalcowate ciasto”.

pączek od Michałka

 

Tegoroczna relacja z oceny pączków nie rzuciła mnie na kolana. W latach poprzednich dostawałam ataku śmiechu, a wiele wypowiedzi członków jury to moje ulubione cytaty: 

„Rozczarowanie dla wszystkich. Tak wygląda typowa smutna stara baba z polskiej wsi. Nadzienie perfumowane radzieckim dezodorantem z epoki Breżniewa, wygląd – niczym wymęczony but, którym Chruszczow walił w mównicę na forum ONZ. Ogólnie – kondycja jak Borysa Jelcyna oddającego urząd prezydenta Rosji”. 

„Chorujący na przewlekłą łuszczycę odłupującego się lukru”. 

„Nadzienia tyle, co kot napłakał. Choć ciasto podkoloryzowane jak konferencje prasowe byłego ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry i chemicznie żółtawe, cały pączek jednak zjadliwy, ogólnie smaczny. Szkoda, że ciało tego zawodnika potraktowano okrutną szprycą, wpychając mu nadzienie do brzucha niczym sportowcowi sterydy”.

„Dół, niestety, zmaltretowany jak po kickbokserskim mordobiciu”.

„Dystrybutor przeterminowanego oleju do smażenia zrobił z tą cukiernią deal roku. Ciężki, nasączony starym olejem zawodnik ma w sobie jeszcze kwas (nie kwasek) cytrynowy oraz nieokreślony smród à la stara lodówka, w której schował się ubiegłoroczny tłusty czwartek i śmieje się z nas do rozpuku”.

 „Bułka. Tłusta, płaska, jakby na niej przysiadł zawodnik sumo”.

 „Duży bladawiec. W środku podejrzanie mokry. W trakcie konsumpcji wybuchła gwałtowna dyskusja nad proweniencją zielonej skwarki widocznej na lukrze. Ogórek to czy tatarak spod Giżycka?”

 „Nie udało się ustalić, czy pachnie zwierzyną płową, kalką kreślarską czy samoopalaczem”.

„Pączek, którego skomplikowany bukiet wywołał mnogość interpretacji. Andrzej Zaręba, specjalista od awiacji, wysunął przypuszczenie, że w cyklu produkcyjnym zostały użyte oleje techniczne. Marmolada kwaśna z posmakiem dalekich plantacji cytrusowych wzbudziła w red. Mancewiczu tęsknotę za ucieczką na Południe. Inni wyczuwali delikatny zapach kiełbasy wiejskiej z Liszek, przyrównywali smak róży do smaku arbuza”.

„Z dużym rantem, blady i gąbczasty jak osobnik, który właśnie dowiedział się, że figuruje na liście Wildsteina”. 

„Skwarek tyle, że bardziej przypomina sznycel”.

„Dostał punkty za lukier – kruchy i dozowany rozsądnie. Reszta jest milczeniem”.

„Nie ma w środku szynki, jak podejrzewali na początku jurorzy. Co nie zmienia faktu, że powinien być degustowany w kategorii »bułki«. Typowy komiśniak, ciężki, zbity, z bladym, wyraźnie widocznym rantem. Jakość obniża róża o smaku poziomkowym, niewykluczone, że wydobyta z zapasów strategicznych Ludowego Wojska Polskiego. Ciasto tak gliniaste, że bez problemu można z niego wykonać szachy więzienne dla posła Pęczaka”.

„Ze względu na swoje gigantyczne rozmiary powinien nazywać się raczej »pąk«. Idealny do zadawania ran tłuczonych i w góry – można stosować jako poduszkę, zatyczkę do termosu albo obiad dla dużej grupy wycieczkowej. Polecamy także właścicielom kebabów – po wydłubaniu róży będzie idealną formą dla poszatkowanego mięsa i innych składników. Dziwnie podobny do kartaczy (kartoflane kule z Suwalszczyzny). Podobno wielkość jest dalekim echem powojennych kłopotów z aprowizacją, jakie kiedyś spadły na Kraków”.

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Blog. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *